Historia Dzisiaj 13:44 | Redaktor
Ostatni ślad wołyńskich parafii prowadzi do Torunia

fot. Facebook/Maria Kalas

Na cmentarzu parafii św. Jakuba w Toruniu znajduje się pięć niepozornych grobów, w których spoczywa dziesięciu kapłanów diecezji łuckiej. Po wojnie znaleźli schronienie przy swoim biskupie, wygnanym z Wołynia przez władze sowieckie. Dziś ich nagrobki są jednym z ostatnich materialnych śladów diecezji, która utraciła swoje świątynie, archiwa i wiernych.

Diecezja, która ocalała na wygnaniu

Przy głównej alejce cmentarza św. Jakuba stoją cztery nagrobki po jednej stronie i piąty po drugiej. Spoczywa tam dziesięciu księży diecezji łuckiej. W rocznicę Krwawej Niedzieli pojawiają się biało-czerwone chorągiewki, ale z roku na rok coraz trudniej odczytać wykute w kamieniu nazwiska.

Na ten fragment toruńskiego cmentarza zwróciła uwagę Maria Kalas. Na podstawie prac historyk Marii Dębowskiej oraz własnych poszukiwań przygotowała krótkie biogramy pochowanych tu duchownych. 

Ich mogiły  to ostatni ślad diecezji, która po II wojnie światowej utraciła swoje terytorium, świątynie i większość wiernych.  Biskup łucki Adolf Piotr Szelążek został w styczniu 1945 roku aresztowany przez NKWD. Więziono go najpierw w Łucku, a następnie w Kijowie. Po uwolnieniu nie pozwolono mu wrócić do swojej diecezji. Ostatecznie zamieszkał w Zamku Bierzgłowskim pod Toruniem. Zamek szybko przestał być jedynie domem rekolekcyjnym. Stał się siedzibą nieformalnej kurii łuckiej. Nie była to kuria w zwyczajnym znaczeniu. Nie miała już własnego terytorium, katedry ani rozbudowanego urzędu. Istniała jednak kancelaria biskupa, prowadzono korespondencję i starano się zachować ciągłość dawnych struktur. Szelążek używał pieczęci z napisem: „Kuria Biskupia Łucka w Zamku Bierzgłowskim, powiat Toruń”. Wokół niego zgromadzili się wygnani kapłani, a parafia św. Jakuba stała się zapleczem dawnej kurii łuckiej. Przywieźli ze sobą księgi, naczynia liturgiczne i pamiątki z pałacu biskupiego – resztki świata, którego już nie było.

Świadkowie utraconego Wołynia

Wśród pochowanych na toruńskim cmentarzu jest jest ks. Jan Szych, przedwojenny kanclerz kurii łuckiej, który zabiegał o uwolnienie uwięzionego biskupa i dokumentował los diecezji po wojnie. Obok spoczywa ks. Florentyn Czyżewski, archiwista, który przez lata opracowywał księgi metrykalne Wołynia. Po zagładzie wielu polskich parafii jego praca stała się jedynym świadectwem istnienia całych wspólnot.  Kontynuował  ją nawet wtedy, gdy władze sowieckie odebrały mu prawo pobytu w Łucku i skonfiskowały część zgromadzonych materiałów. Po wojnie zamieszkał przy biskupie w Zamku Bierzgłowskim. Tam dalej odtwarzał dane z pozostawionych na Wschodzie ksiąg.

Szczególne miejsce zajmuje także ks. Witold Kowalski, proboszcz Kisielina. 11 lipca 1943 roku został ciężko ranny w głowę podczas ataku UPA na kościół, w którym schronili się wierni. Wszystko wydarzyło się  podczas niedzielnej Mszy świętej. Ludzie zabarykadowali się na piętrze plebanii i przez wiele godzin bronili przed napastnikami. Tego dnia parafia kisielińska właściwie przestała istnieć. Jej proboszcz trafił do szpitala we Włodzimierzu Wołyńskim, a następnie wyjechał na zachód. Po wojnie pracował między innymi jako proboszcz w Turznie pod Toruniem. 

Historia ks. Michała Żukowskiego pokazuje inny wymiar tamtych wydarzeń. Kapłan był proboszczem w Zasmykach. W lipcu 1943 roku, gdy wieś została zagrożona przez oddziały UPA, Niemcy ewakuowali jego i część mieszkańców do Kowla. Podczas drogi doszło do walki. Po zaledwie kilku dniach Żukowski napisał do biskupa Szelążka z prośbą o pozwolenie na powrót. Dręczyło go sumienie, że opuścił parafian w najtrudniejszym momencie. Wrócił, gdy w Zasmykach powstawał jeden z najważniejszych polskich ośrodków samoobrony na Wołyniu. Został jego kapelanem. Organizował życie religijne ludzi, którzy w otoczonych wsiach próbowali ochronić siebie i uciekinierów z okolicznych miejscowości. Po wojnie  pracował jeszcze na terenach sowieckiej Ukrainy. W Barze ostrzegli go przed aresztowaniem parafianie. Zdołał uniknąć NKWD, lecz w 1946 roku musiał wyjechać. Osiadł w Toruniu, gdzie zajmował się między innymi apostolatem trzeźwości. Właśnie te słowa – „Apostoł trzeźwości” – umieszczono później na jego nagrobku. 

Ostatnia przystań

Wśród pochowanych na toruńskim cmentarzu są także księża Antoni Wojniłowicz, Franciszek Korwin-Milewski ( w liście do biskupa pisał, że chce trwać na miejscu, dopóki będzie to możliwe, choć zdawał sobie sprawę, że może stracić życie) , Konrad Moszkowski, Gustaw Jełowicki, Leopold Szuman i inni duchowni, których parafie przestały istnieć. Każdy z nich utracił nie tylko miejsce posługi, ale także wspólnotę budowaną przez lata.

Po śmierci biskupa Szelążka w 1950 roku kapłani łuccy spotykali się przy jego grobie w kościele św. Jakuba. Mieli świadomość, że są ostatnim pokoleniem duchowieństwa swojej diecezji. Obawiali się, że wraz z ich odejściem zniknie pamięć o Wołyniu i o ludziach, którym służyli.

Nekrolog człowieka, który jeszcze żył

W historii ks. Witolda Kowalskiego pojawia się jeszcze jeden niezwykły wątek. Dotyczy jego brata, ks. Józefa Kowalskiego, który pozostał po sowieckiej stronie granicy. Witold opublikował w 1930 roku wspomnienie pośmiertne. Według informacji, jakie otrzymała rodzina, Józef miał umrzeć we wrześniu 1929 roku w kijowskim więzieniu. Został wcześniej potajemnie wyświęcony i pracował wśród katolików w Kijowie oraz Fastowie. Późniejsze badania wykazały jednak, że wiadomość o śmierci była nieprawdziwa. Ks. Józef nadal żył. Został skazany na łagier i trafił między innymi na Wyspy Sołowieckie. Dokumenty z 1934 roku wymieniają go wśród więzionych duchownych, dla których organizowano pomoc. Zginął dopiero w 1937 roku, rozstrzelany przez władze sowieckie. Witold Kowalski napisał więc nekrolog własnego brata, który w tym czasie nadal cierpiał w sowieckim więzieniu. Nie był to błąd wynikający z niedbalstwa. Był to rezultat systemu, który odbierał więźniom nie tylko wolność, ale także możliwość przekazania rodzinie wiadomości, że jeszcze żyją.

Pamięć zapisana w kamieniu

Dziś pięć nagrobków przy jednej z głównych alejek toruńskiego cmentarza pozostaje niemal niezauważonych. Litery na kamieniu stopniowo się zacierają, a plany ustawienia tablic informacyjnych nigdy nie zostały zrealizowane.

To niewielki fragment cmentarza, ale zarazem symboliczny cmentarz wygnanej diecezji. Wystarczyłoby zabezpieczyć nagrobki i opowiedzieć historię ludzi, którzy po utracie Wołynia znaleźli ostatnią przystań w Toruniu – zanim z kamienia znikną także ich nazwiska.

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor
-->