Pięć godzin, które wykuły polskie granice. Roman Dmowski w Paryżu, 29 stycznia 1919 r.
fot. snl.no
W historii dyplomacji są chwile, w których los państw rozstrzyga się nie salwami armatnimi ani patetycznymi deklaracjami, lecz wyczerpującym, logicznym wywodem. Do takich momentów należy wystąpienie Romana Dmowskiego przed Radą Dziesięciu podczas konferencji pokojowej w Paryżu 29 stycznia 1919 r.
Inne z kategorii
Bydgoskie szlaki pełne tajemnic – niezwykły rajd historyczny!
Przez blisko pięć godzin – po francusku i angielsku, bez pomocy tłumaczy – przedstawiał on sprawę polską z precyzją, która bardziej przypominała rozprawę przed trybunałem niż klasyczną mowę polityczną. Było to jedno z tych wystąpień, w których nie chodziło o zrobienie wrażenia, lecz o zmuszenie słuchaczy do przyjęcia konsekwencji przedstawionych faktów.
Dmowski przybył do Paryża z jasno sformułowaną wizją: Polska miała powrócić na mapę Europy nie jako efemeryda ani protektorat, lecz jako państwo zdolne do samodzielnego trwania między dwoma potęgami – Niemcami i Rosją. W tym sensie jego koncepcja była trzeźwa, wręcz surowa. Nie odwoływała się do sentymentów, lecz do rachunku sił. Granice – dowodził – muszą być takie, aby nie prowokowały natychmiastowej rewizji; gospodarka – na tyle kompletna, by państwo nie było skazane na cudzą łaskę; dostęp do morza – nie jako nagroda, lecz jako warunek realnej suwerenności. Historia, etnografia, ekonomia i strategia splatały się w jednym zasadniczym argumencie: Polska bez odpowiednich granic zachodnich i bez Bałtyku będzie konstrukcją nietrwałą, a więc zagrożeniem dla pokoju europejskiego, który konferencja miała przecież ustanowić.
Szczególnie istotny był sposób, w jaki Dmowski mówił o Niemczech. Nie demonizował ich retorycznie, lecz opisywał metodę działania: tworzenie faktów dokonanych, a następnie próby ich legalizacji przy stole negocjacyjnym. Ostrzegał, że jeśli konferencja pozwoli na takie postępowanie w sprawach polskich, otworzy drogę do kolejnych konfliktów. W jego wywodzie powracał też motyw zobowiązań aliantów wynikających z rozejmu – skoro w dokumentach pojawiła się Polska, nie można było traktować niemieckich działań przeciw Polakom jako marginalnego „problemu lokalnego”. Był to argument niewygodny, bo uderzał w wygodną pokusę odkładania trudnych decyzji na później.
Relacje z obrad zgodnie podkreślają, że mowa Dmowskiego wywarła na zachodnich politykach silne wrażenie. Imponowała erudycją, pamięcią do danych, a także spokojem, z jakim odpowiadał na pytania. Zarazem jednak budziła irytację – właśnie dlatego, że ograniczała pole manewru. Logiczny wywód, poparty mapami i statystykami, zmuszał do reakcji. Trudno było go zbyć uprzejmym milczeniem. W tym sensie Dmowski nie był dyplomatą „miłym”, lecz skutecznym: nie zabiegał o sympatię, lecz o decyzje.
Efekty tego wystąpienia widać w postanowieniach traktatu wersalskiego, choć w formie kompromisu. Polska odzyskała Wielkopolskę i znaczną część ziem zaboru pruskiego, uzyskała dostęp do morza poprzez Pomorze Gdańskie, a jej państwowość została jednoznacznie uznana przez zwycięskie mocarstwa. Jednocześnie jednak nie wszystko przybrało kształt, o jaki zabiegał Dmowski. Gdańsk stał się Wolnym Miastem, a nie integralną częścią państwa polskiego; część rozstrzygnięć odłożono na plebiscyty i komisje międzynarodowe. Były to decyzje, które łagodziły obawy mocarstw, lecz zarazem pozostawiały zarzewie przyszłych sporów. Wersal realizował więc program Dmowskiego tylko częściowo – dawał Polsce minimum konieczne do funkcjonowania, ale nie maksimum bezpieczeństwa, które uważał on za warunek trwałego pokoju.
Paradoksem historii jest to, że w niepodległej Polsce pamięć o tej roli Dmowskiego szybko stała się politycznie niewygodna. Po 1926 r. obóz sanacyjny konsekwentnie marginalizował wkład Narodowej Demokracji w odbudowę państwa, budując własny mit założycielski. Dmowski, współarchitekt sukcesu dyplomatycznego w Paryżu, nie pasował do tej narracji. Jego znaczenie było pomniejszane, a wizerunek upraszczany. Symbolicznym świadectwem tej ambiwalencji stał się jego pogrzeb w styczniu 1939 r. – wielka manifestacja społeczna przy jednoczesnym dystansie władz państwowych.
Po II wojnie światowej los pamięci o Dmowskim był jeszcze bardziej jednoznaczny. W realiach Polski Ludowej nie było miejsca na uznanie roli polityka, który myślał o państwie narodowym jako podmiocie suwerennym i zakorzenionym w zachodniej cywilizacji. W oficjalnej narracji sprowadzano go do wygodnych uproszczeń, odcinając od kontekstu paryskiego sukcesu i jego realnego wkładu w kształt granic II Rzeczypospolitej.
Dlatego rocznica 29 stycznia 1919 r. jest dobrą okazją, by spojrzeć na to wystąpienie bez partyjnych filtrów i propagandowych skrótów. Pięć godzin mowy Dmowskiego w Paryżu przypomina, że polityka – zwłaszcza w momentach przełomowych – bywa rzemiosłem wymagającym cierpliwości, wiedzy i odwagi mówienia rzeczy nieprzyjemnych. To nie był moment patosu, lecz moment rozumu. I właśnie dlatego warto do niego wracać, gdy pytamy, jak naprawdę wykuwa się miejsce państwa w Europie.
29 stycznia 1919 r. – dzień, w którym Polska mówiła pełnym głosem
Miejsce: Paryż, obrady konferencji pokojowej
Organ decyzyjny: Rada Dziesięciu (Council of Ten) – faktyczne centrum władzy konferencji
Kto zasiadał w Radzie (każde z państw reprezentowane przez szefa rządu i ministra spraw zagranicznych):
-
Francja: Georges Clemenceau
-
Wielka Brytania: David Lloyd George
-
USA: Woodrow Wilson
-
Włochy: Vittorio Orlando
-
Japonia: przedstawiciel rządu cesarskiego
Delegacja polska:
-
Roman Dmowski (Komitet Narodowy Polski, główny mówca)
-
Ignacy Jan Paderewski (formalny premier i minister spraw zagranicznych, obecny, lecz w tym dniu nie on prowadził wywód)