Galilea i lekcja krajobrazu
Panorama Nazaretu fot. Michał Jędryka
Są miejsca, które najpierw czyta się w Ewangelii, a dopiero potem ogląda z okna autobusu. Galilea należy do tej kategorii.
Inne z kategorii
Polityczny inuityzm. O złudzeniach suwerenności i realnej polityce
Wzgórza, które z natury były cudownie piękne, jak fałdy drogiej szaty, światło ostre i czyste, niebo głęboko błękitne, linia jeziora, jak narysowana jednym pociągnięciem pióra...
A jednak między tym wszystkim nie łyżka, ale całe beczki dziegciu. To architektura, czy lepiej chciałoby się powiedzieć anty-architektura, która wygląda tak, jakby nikt nie zadał sobie pytania, czy dom może być czymś więcej niż schronieniem. Przypomina się definicja słynnego matematyka Hugona Steinhausa, który rozłożył słowo „architektura” na dwa: „archi” oraz „tektura”.
Miasta i miasteczka rozsypane są po stokach bez ładu. Betonowe kostki, nieotynkowane ściany, przypadkowe nadbudówki, dachy jakby doklejane w ostatniej chwili. Brak osi widokowych, brak szacunku dla panoramy, brak myśli o tym, jak budynek wpisze się w krajobraz. To jest jeszcze brzydsze niż blokowiska, które pamiętamy z czasów komunizmu, bo to nie jest nawet brzydota ideologiczna — ta bywała przynajmniej spójna. To raczej brzydota z braku formy, z pośpiechu, z doraźności.
Musimy oczywiście spróbować zdać sobie sprawę, z czego to wynika. Przede wszystkim z historii gwałtownej i przerywanej. Galilea nie dojrzewała przez stulecia pod jednym porządkiem kulturowym. Imperium Osmańskie, mandat brytyjski, powstanie państwa, wojny, fale migracji. Budowano szybko, często prowizorycznie, z myślą o funkcji i bezpieczeństwie. Estetyka była luksusem.
Po drugie, z presji demograficznej i politycznej. Osadnictwo, potrzeba natychmiastowego zamieszkania, brak stabilności. Kiedy liczy się czas i koszt, krajobraz przegrywa.
Po trzecie, z braku wspólnego kanonu. Europa przez wieki miała jeden kod estetyczny: proporcję, rytm, materiał lokalny, szacunek dla osi miasta i widoku na wzgórze. W Galilei spotykają się różne tradycje budowlane, modernizm, brutalizm, samowola, tania deweloperka. Każdy mówi innym językiem. Krajobraz odpowiada chaosem.
Patrząc na tę krajobrazową tragedię, nieodwracalnie niszczącą pola, łąki i pagórki, które przemierzał Jezus Chrystus, trudno oprzeć się refleksji, że chrześcijańska Europa jednak dbała o krajobraz wcześniej niż pojawiły się demokratyczne biurokracje i ministerstwa planowania przestrzennego. Średniowieczne miasta nie powstawały z myślą o wskaźniku PKB, lecz o ładzie — także symbolicznym. Kościół w centrum, rynek jako miejsce wspólnoty, proporcja ulic, materiał zgodny z naturą miejsca. Wystarczy spojrzeć na Asyż — miasto wyrastające ze wzgórza, jak naturalne przedłużenie skały. Albo Sienę z jej wachlarzowym Piazza del Campo. Carcassonne, gdzie mury i dachy tworzą jedną kompozycję z krajobrazem. Rothenburg ob der Tauber, które do dziś jest lekcją harmonii. Nawet Neapol — żywiołowy, niepokorny — zachowuje oś widokową na zatokę i Wezuwiusza, jakby pamiętał, że pejzaż jest częścią tożsamości. To nie była zasługa urzędników od „zrównoważonego rozwoju”. To był owoc kultury, która wierzyła, że ład zewnętrzny jest odbiciem ładu wewnętrznego. Że piękno nie jest dodatkiem, lecz elementem cywilizacji.
Galilea pokazuje coś odwrotnego. Budowanie szybciej i taniej, bez myśli o formie, nie prowadzi do ładu cywilizacyjnego. Prowadzi do przestrzeni, w której nikt nie czuje się u siebie, bo nic nie tworzy całości.
Można mieć wzgórza jak z Ewangelii i mimo to zgubić piękno. Można też mieć surową skałę i uczynić z niej miasto, które przez wieki będzie uczyć proporcji. To różnica między cywilizacją, która buduje, a cywilizacją, która jedynie wznosi mury.
Pytanie, czy nie grozi nam jeszcze gorsza dewastacja, jeśli nie przestaniemy postrzegać Europy w kategoriach jedynie miejsca, gdzie można sprowadzać tanią siłę roboczą, niech pozostanie pytaniem retorycznym.
Michał Jędryka