Cisza Benedykta. Trzy lata od odejścia papieża, którego świat zagłuszył fajerwerkami
Sergey Kozhukhov, CC BY-SA 3.0, via Wikimedia Commons
Ostatni dzień roku bywa dniem bilansów, ale też hałaśliwego zapominania. Trzy lata temu, niemal niezauważenie, w cieniu sylwestrowych fajerwerków i medialnego zgiełku, odszedł Benedykt XVI. Papież ciszy, precyzyjnego myślenia i odwagi mówienia prawdy w czasach, które nie chciały jej słuchać.
Inne z kategorii
Co naprawdę nie działa dziś w szkole – i dlaczego skracanie programu nic nie da
Szkoła bez człowieka. O czym naprawdę pisze Arkadiusz Robaczewski
Papież, który odszedł w ciszy
Dla mnie ten ostatni dzień roku to dzień doświadczeń braku. Nie wspomnę o wszystkich; wspomnę to sprzed trzech lat – odejście Ojca Benedykta, papieża Benedykta XVI. Odbyło się ono jakby na zapleczu naturalnych przecież w tym dniu przygotowań do sylwestrowych bali, zabaw, towarzyskich spotkań. Jego śmierci spodziewaliśmy się od kilku dni, była poniekąd oczekiwana, nie nagła. Odszedł, jak żył – w cichości. Cisza śmierci Ojca Benedykta została skontrastowana ze zgiełkiem sylwestrowych szaleństw, „miłość, miłość w Zakopanem”, wybuchami fajerwerków. Świat się nie zatrzymał. Kilka zdawkowych zdań wypowiedział Franciszek.
Pamiętam ogłoszenie abdykacji, którą kojarzyłem i tłumaczyłem sobie przez pryzmat ewangelicznego strząśnięcia pyłu z sandałów. Niesłuchani prorocy. Ojciec Benedykt był bardzo przenikliwy we wskazywaniu – precyzyjnie – bolączek naszego czasu, ich przyczyn i możliwego remedium. Żyliśmy tak, jakby nie istniał; nawet jego śmierć zagłuszyły fajerwerki mijającego czasu.
Mimo pełnienia przez niego tak eksponowanych funkcji, zajmowania się sprawami pierwszoplanowymi – był człowiekiem cichym, wcale niekoncentrującym na sobie uwagi. Choć przecież emanującym godnością. Tak było w czasie, gdy był prefektem Kongregacji Nauki Wiary, tak było – cóż za brak koincydencji między postawą a miejscem, które zajmuje – gdy został papieżem. Tak też umarł – mało kto poświęcił mu uwagę, świat był zajęty celebracją przemijania, nie bardzo zapewne wnikając w jego, przemijania, istotny sens i cel.
Spotkanie na pustym placu św. Piotra
Dwa razy w życiu miałem okazję dotknąć go, odczuć bliskość, raz w Polsce. Innym razem było to w Rzymie, w roku 2002, może 2003, w listopadzie. Byłem tam z racji wystąpienia na konferencji o przemianach cywilizacyjnych. Końcówka listopada, akurat trafiły się deszczowe dni – pochmurne, całymi dniami ulewy przechodzące w mżawki, mżawki zmieniające się w ulewy. Tego ranka akurat mżyło, a ja wstałem wcześnie, by wybrać się do Bazyliki św. Piotra, zanim dotrą tam turyści – co prawda nieliczni, zarówno z powodu pory roku, jak i przypadającej na te dni pogody. Nocowałem w jakimś albergo wyznaczonym przez organizatorów, w okolicach Campo de’ Fiori; przeszedłem zatem w ten dżdżysty poranek na piechotę.
Gdy byłem już w pobliżu Placu św. Piotra, zupełnie puściusieńkiego, zobaczyłem wchodzącą od przeciwnej strony drobną postać, niewątpliwie księdza, w sutannie, w długim czarnym płaszczu, w berecie, z teczką niesioną w ręku. Nic nadzwyczajnego w Rzymie. Ale jeden szczegół mnie poruszył, bowiem spod czarnego beretu wyraźnie wysuwała się purpura piuski – skrawek zaledwie, ale wystarczający, by dostrzec. Wytężyłem wzrok. „Ależ to Ratzi!!!” – zakrzyknąłem w myśli, może nawet wyszeptałem ten wewnętrzny okrzyk, i puściłem się przez plac szybkim krokiem, by przeciąć drogę postaci.
Tak, to był kard. Ratzinger. Szedł zamyślony, ale ja byłem pozbawiony skrupułów. Zabiegłem mu drogę, stanąłem, zmuszając do zatrzymania także jego. Widziałem jego twarz. Żadnych oznak zniecierpliwienia, żadnego wyrzutu, żadnego pytania w rodzaju: „o co chodzi?”. Być może przerwałem mu modlitwę, może myśli dotyczące spraw, które czekały na niego w Palazzo del Sant’Uffizio. Jakkolwiek było – nie było wyrzutu.
Zobaczyłem skoncentrowany na mnie wzrok, w którym było z jednej strony coś dziecięcego, bezgranicznie ufnego, z drugiej – uderzająca dojrzałość, pociągająca, wprowadzająca pokój. Zresztą, trudno mi to opisać. Spotkanie było krótkie. Przedstawiłem się, napomknąłem, że jestem z Polski, że jestem na konferencji na zaproszenie prof. Roberta de Mattei (aprobujący ruch głową). Podziękowałem za męstwo i jasność w nauczaniu, za Dominus Iesus. Kardynał wypytywał o konferencję, o wystąpienie. Całość nie trwała nawet pięciu minut. Pobłogosławił. Tyle tego było, a ja zapamiętałem – zapadło we mnie mocno – to spotkanie. Już wówczas myślałem, zaraz po nim: „To święty”.
W czasie pontyfikatu Franciszka rzadko był wspominany. Teologowie także niechętnie biorą się za komentowanie i odnoszenie do jego myśli; myśl Ratzingera/Benedykta XVI nie znajduje dla siebie miejsca w teologicznych warsztatach. W Polsce chlubnym wyjątkiem jest ks. prof. Jerzy Szymik, kulowska edycja Opera omnia, której redakcję nadzoruje ks. prof. Krzysztof Góźdź, oraz Centrum Studiów Ratzingera w Bydgoszczy.
Dlaczego czas Benedykta XVI jeszcze nadejdzie
Czas Benedykta XVI nadejdzie. Nadejdzie, gdy przetoczą się spory o ważność II Soboru Watykańskiego, gdy przebrzmią odgłosy dzisiejszej wojny między progresywizmem a tradycjonalizmem w Kościele. Benedykt XVI wyprzedzał swoją epokę. Nazywali go – niektórzy – konserwatystą, czyniąc z tego zarzut. Inni, ci bardziej tradycyjni, uważali, że jest jednak modernistą, wdrażającym postanowienia II Soboru Watykańskiego, a filozoficznie Niemcem (czyli kantystą i rahnerystą – same najgorsze rzeczy).
Benedykt XVI nie był ani modernistą, ani konserwatystą. Był kimś znacznie trudniejszym: człowiekiem, który wiedział, że prawda się nie zmienia, ale sposób jej odczytywania – tak. Że nie można jej zamknąć w muzeum z nobliwościami, bo wtedy przestaje przemawiać, traci swą moc; ale też że ma ona moc absolutną, co czyni ją niezmienną, ważną w każdym czasie. Chciał, by to, co wiecznotrwałe, znów stało się widoczne – w świecie innym niż dawniej, w języku innym niż dawniej, wobec pytań, których dawniej nie zadawano.
W tym sensie był tradycjonalistą – przekazywał i przekazuje nowej epoce to, co wiecznotrwałe. Interesowało go nie to, co wygra najbliższy, przyciągający oczy i reflektory spór między tradycjonalistami a progresistami, lecz to, co pozwoli przyszłości w ogóle istnieć. Wiedział, że bez ciszy nie ma słowa, które ma moc; bez prawdy nie ma wolności; a bez sensu, który nadaje Jezus Chrystus – odwieczny Logos – nie ma nadziei.
Arkadiusz Robaczewski