[OKIEM TYGODNIKA] Zeczłowieczenie. Nowe szaty psa
fot. Pixabay
Kogo uratowałbyś z niebezpieczeństwa — własnego psa czy obce dziecko? Moglibyśmy kochać zwierzęta i nadal cieszyć się pełnią społecznych więzi, ale coraz częściej, by uszyć strój dla psa, zrywamy go z ramion człowieka.
Inne z kategorii
Niedawno na Facebooku znowu rozgorzała dyskusja. Tym razem wywołana pytaniem, które na pierwszy rzut oka wydawałoby się oczywiste: kogo uratowałbyś z niebezpieczeństwa — własnego psa czy obce dziecko? Odpowiedzi też okazały się… współcześnie oczywiste, choć nadal przerażające. Zdecydowana większość komentujących bez wahania wybrała psa – „przyjaciela”, „członka rodziny”. Kto by się przejmował obcym „bachorem”? Pilnowanie go to – zdaniem niektórych – zadanie jego rodziców. Wydaje się więc, że nie chodzi tu wyłącznie o podział zwierzę–człowiek, lecz o podział mój–obcy. Godność człowieka jako takiego stopniowo zanika w świadomości społecznej. By zyskać wartość w cudzych oczach, trzeba najpierw wkupić się w łaski. Niekoniecznie pieniędzmi. Wystarczą pozytywne emocje.
Zwierzęta mają tę przewagę na start, w postaci miękkiego futra, merdającego ogona i pociesznych ruchów. Dzieci są trudniejsze. Cudze. Często irytujące głośnym zachowaniem, ciekawością świata i nadmiarem energii. Oczywiście trudno traktować wirtualną dyskusję jak diagnozę społeczną. Facebook to raczej izba wytrzeźwień dla najbardziej spektakularnych pomysłów, ale może właśnie przez to wyraźniej widać tu linie napięcia. Wylewa się ono wreszcie także na ulice. Pod Bydgoszczą można już spotkać pary pchające dziecięcy wózek, w którym zamiast dziecka siedzi zdrowy, nieco zdezorientowany pies. Dziś, niczym krawcy z baśni Hansa Christiana Andersena, stroimy naszych pupili w ludzkie szaty. Dosłownie, ale i symbolicznie. Różnicę widać bowiem także w samym języku. Istnieją „psie mamy” i roszczeniowe „madki”, „psiecka” i zwykłe „kaszojady” lub „bombelki”, a przyjaciółka, kiedy ostatnio rozmawiała ze swoją znajomą przez telefon, dopiero po godzinie zorientowała się, że gdy słyszy opowieść o „mojej dziewczynce”, nie chodzi wcale o córkę, tylko o suczkę yorka. Kiedyś słowo „zezwierzęcenie” było wielką obelgą. Dziś doczekaliśmy się jego lustrzanego odbicia: „zeczłowieczenie”. W Szwajcarii doszło ostatnio do głośnego skandalu, kiedy kilka osób podzieliło się ze swoimi pupilami… Eucharystią. Profanacja Najświętszego Sakramentu w Kościele katolickim karana jest ekskomuniką. Na to się jednak nie zdecydowano, uznając, iż wierni… nie byli świadomi, że w ten sposób jej dokonują. Chętnie projektujemy własne emocje i oczekiwania na zwierzęta. Ich zachowanie bywa tłumaczone na ludzki język i interpretowane według klucza naszych osobistych intencji. Zapominamy przy tym, że pożyczone szaty bywają dla psa niewygodne. Czworonogi mają szereg innych potrzeb i – zaryzykuję tezę – te zdrowe wolałyby jednak spacerować na czterech łapach niż w wózku. Dlaczego więc próbujemy na siłę je „zeczłowieczyć”?
W debatach często wybrzmiewa argument samotności. Pies staje się wtedy substytutem człowieka, zamiennikiem leku na odrzucenie. To zamiennik tańszy – bo zwierzę nie może nas świadomie zdradzić, oszukać czy wypomnieć dawnych win – ale przy tym jedynie doraźny. Nie uderza w przyczynę, tylko działa trochę przeciwbólowo. Taka więź zawsze będzie asymetryczna, oparta na opiekunie i podopiecznym. By pies był szczęśliwy, wystarczy regularne karmienie, spacery i codzienny powrót do domu. Ludzkie relacje mają większe wymagania i zdecydowanie większe ryzyko. Potrzebują czasu, rozmowy i pracy. Nie dają gwarancji zwrotu.
Jest też spór głębszy, moralny. Tradycjonaliści przypominają o ludzkiej duszy i godności. To prawda. Przynajmniej w teorii ludzie nie wyrzucają ze swoich gniazd najsłabszych i chorych (choć współczesny świat i do tego dąży). Miłośnicy zwierząt wskazują natomiast, że czworonogi nie czerpią przyjemności z cudzego cierpienia, a największą bestią jest właśnie człowiek. To także prawda. Zwierzę nie buduje obozów, nie pisze donosów, nie tworzy ideologii pogardy. Ludzie potrafią dołożyć do przemocy sens, uzasadnienie i satysfakcję. Poruszamy się w szerszej skali: możemy osiągnąć szczyty niedostępne sferze instynktów, ale tym samym nasz upadek bywa znacznie boleśniejszy. W naszym zakresie jest bezinteresowność, poświęcenie i miłość, tak samo jak zdrada, egoizm i sadyzm. W zakresie zwierzęcia jest przywiązanie, zdobycie pokarmu, terytorium i wydanie na świat potomstwa. Możemy oczywiście filtrować ten obraz przez ludzką wrażliwość i – niczym w bajkach Disneya – projektować rzeczywistość, w której zebry żyją szczęśliwie u boku lwów, ale będzie to jedynie piękna fantazja. Nowe szaty „króla” istnieją wyłącznie w naszej głowie.
Nie one są jednak głównym źródłem problemu. Moglibyśmy kochać zwierzęta i nadal cieszyć się pełnią społecznych więzi, ale coraz częściej, by uszyć strój dla psa, zrywamy go z ramion człowieka. W Bydgoszczy mieliśmy już kocią kawiarnię, a kolejne lokale chwalą się naklejkami z informacją, że są przyjazne dla czworonogów. Na ulicach w ciepłe dni wystawia się miski z wodą. Jednocześnie pojawiają się na całym świecie miejsca i imprezy, gdzie dzieci nie są mile widziane. Internet pęka w szwach od oburzonych głosów pasażerów, którzy musieli w czasie lotu lub jazdy tramwajem znosić płacz niemowlęcia. Narzekamy na złe zachowanie maluchów, które dopiero uczą się funkcjonować w społeczeństwie, a trudno się tego nauczyć, żyjąc poza wspólnotą. Być może więc nie tyle zeczłowieczamy zwierzęta, ile zezwierzęcamy człowieka. To rodzaj gatunkowej ojkofobii: niechęci do własnej natury. Zapałaliśmy obrzydzeniem do ludzkości jako takiej i podświadomie przyczyniamy się do ograniczenia naszego wpływu na otoczenie. Tyle tylko, że świat raczej się przez to nie naprawi.
Troska o zwierzęta jest oczywiście potrzebna i dobra, a przejawy okrucieństwa wobec nich powinny być surowo karane. Nie wolno nam jednak zapominać o trosce wobec siebie nawzajem, nawet jeśli nie mieszkamy w tym samym bloku.
W baśni Andersena to właśnie dziecko jako pierwsze ma odwagę krzyknąć, że król jest nagi. Dziś prosimy je, by było cicho, bo piesek śpi.