[OKIEM TYGODNIKA] Konstytucja awaryjna. W razie potrzeby zbić szybkę
fot. Jan Matejko „Konstytucja 3 maja 1791 roku”
To trochę jak z instrukcją przeciwpożarową: w teorii wszyscy powinniśmy ją znać, w praktyce zaglądamy do niej dopiero wtedy, gdy płomienie cudzych argumentów zaczynają parzyć skórę.
Inne z kategorii
[MIĘDZY WIERSZAMI] Czym jest życie? Trzech profesorów daje trzy odpowiedzi
[KADR TYGODNIKA] „Ania, nie Anna” – piękna katastrofa Netflixa
W Bydgoszczy było radośnie i grillowo, jak co roku. Rekonstrukcje, rajdy rowerowe, biegi pod flagą (choć miłośnicy aktywności pewnie pobiegliby pod każdym pretekstem) i wzniosłe przemowy o tym, że pod biało-czerwoną zmieści się każdy. Mieszkańcy od lat otrzymują także książeczki konstytucyjne do ręki i cieszą się, że niegdyś byli „pierwsi w Europie”. Najważniejsze są dobry humor, dobra pogoda i dobre słowa.
Co z tego, że — jak wynika z badań CBOS o znajomości ustawy zasadniczej — z treścią zapozna się najwyżej 14 proc. obdarowanych, a niemal połowa zapomni o istnieniu książeczki zaraz po powrocie do domu? Niedawno nawet niektórzy politycy ekscytowali się (zapominając, że majowy dokument obowiązywał zaledwie przez 14 miesięcy, a obowiązujący dziś pochodzi z 1997 roku), że „nasza Konstytucja ma już 225 lat (…) Trzyma się świetnie (…)!”.
3 maja to jeden z tych dni, kiedy — wspominając przeszłość — z zachwytem uznajemy obecną Konstytucję za królową prawa. Przynajmniej do chwili, gdy prawo przestaje nam odpowiadać. Wtedy zaczyna się gorączkowe szukanie innego monarchy — choćby Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej.
To trochę jak z instrukcją przeciwpożarową: w teorii wszyscy powinniśmy ją znać, w praktyce zaglądamy do niej dopiero wtedy, gdy płomienie cudzych argumentów zaczynają parzyć skórę.
„KON-STY-TU-CJA!” – krzyczeli zwolennicy jednej z frakcji, broniąc sądów uznawanych przez nich za upolitycznione — tyle że nie według ich własnych upodobań. W tym samym czasie postulowali uznanie małżeństw homoseksualnych.
„KON-STY-TU-CJA!” – odkrzykiwano im z prawej z uśmiechem politowania wymachując artykułem 18 o definicji i ochronie małżeństwa.
Nastała panika na miarę matury z języka polskiego. Co autor dokumentu miał na myśli? Może dałoby się to jakoś inaczej zinterpretować? Klucz maturalny jest przestarzały! Odpowiedzi „obrońców” ustawy zasadniczej przypominają słynny monolog z filmu „Asterix i Obelix: Misja Kleopatra”: „A, wie pan, moim zdaniem to nie ma tak, że dobrze albo że niedobrze. Gdybym miał powiedzieć, co cenię w życiu najbardziej, powiedziałbym, że ludzi (…) ”
Sięgamy po dokument z 1997 roku nie po to, by naprawdę realizować jego zapisy, lecz by znaleźć w katalogu praw te, którymi można zatkać usta ludziom o innych poglądach. Każda z grup ma jednak swoje zasoby papieru i prawników. To już nie fundament wspólnoty, ale awaryjna szybka: zbijana wyłącznie wtedy, gdy akurat pali się pod naszymi drzwiami.
Wreszcie, pod biało-czerwoną mieszczą się także ci, którzy Konstytucję RP chcieliby widzieć w nowej kreacji. Skoro bieli nie da się pogodzić z czerwienią, to należy sięgnąć po gaśnicę i od nowa spisać regulamin ppoż. Najlepiej uczynić to, zanim sądy będą musiały jeszcze raz rozpatrzeć sprawy przestępców, których wyroki, w wyniku sporu konstytucyjnego, uchylono. Takie sytuacje miały już miejsce. To między innymi historia Mariusza G. (tzw. Krwawego Tulipana), który odsiadywał dożywocie za zabójstwo trzech kobiet. W składzie orzekającym zasiadała jednak „neosędzia”, dlatego – decyzją Sądu Apelacyjnego w Szczecinie – sprawa musi toczyć się od nowa.
Trudno jest jednak uwrażliwić społeczeństwo na pożary, które parzą sąsiada, więc postulat wybrzmiewał dotąd cicho i traktowany był z pobłażliwym uśmiechem. Gaśnica źle się ostatnio kojarzy, a instrukcje są nudne.
Konstytucja 3 maja 1791 r. była pięknym owocem polskiego sprytu. Może i tym razem uda się w końcu coś wykombinować. Jeśli nie, znów usiądziemy przy okrągłym stole — grillowym — i będziemy oglądać igrzyska. Jako pierwsi w Europie.