[KADR TYGODNIKA] „Ania, nie Anna” – piękna katastrofa Netflixa
Serial „Ania, nie Anna” miał być powrotem do świata znanego z kart powieści Lucy Maud Montgomery. Zamiast tego stał się przykładem produkcji, która zachwyca formą, ale jej treść budzi poważne wątpliwości.
Inne z kategorii
Czy Piastowie budowali państwo na handlu niewolnikami? Historyk odpowiada
Polska ma własny model cywilizacyjny. Rowiński: nie wolno go porzucić
Pod względem wizualnym produkcja stoi na bardzo wysokim poziomie. Kanadyjskie krajobrazy, naturalna paleta barw oraz dopracowana scenografia tworzą spójny i estetyczny obraz.
Na szczególne wyróżnienie zasługuje obsada – aktorzy są dobrze dobrani do ról, a ich gra przekonująca. Pod tym względem serial można uznać za jedną z ciekawszych współczesnych adaptacji literatury młodzieżowej.
Problem zaczyna się na poziomie scenariusza. Już w pierwszym sezonie widoczna jest tendencja do odchodzenia od literackiego pierwowzoru. Główna bohaterka, choć zachowuje część swojego charakteru, zostaje obciążona współczesnymi narracjami, które trudno pogodzić z realiami XIX-wiecznej kanadyjskiej wsi.
Wygłasza przed potencjalnymi nowymi opiekunami szereg feministycznych pretensji.
Scena ze wszech stron absurdalna. W realiach epoki, taka postawa dziecka byłaby nie do pomyślenia.
Twórcy próbują także pogłębić dramatyzm historii, rozbudowując wątki trudnego dzieciństwa Ani, by serial mógł trafić również do starszych odbiorców. Pokazują więc przeszłość bohaterki w szczegółach, o których ona sama, jako dziecko, nie chciała lub nie umiała powiedzieć. Zabieg ten momentami wydaje się uzasadniony, jednak często prowadzi do przerysowania i utraty równowagi między światłem a cieniem opowieści.
W kolejnych sezonach serial coraz wyraźniej odchodzi od klimatu oryginału. Pojawiają się liczne wątki społeczne i obyczajowe, charakterystyczne dla współczesnych debat – ciotka Józefina okazuje się lesbijką, organizaującą wielkie bale dla społeczności LGBTQ, nauczycielka to feministka, a całości tej katastrofy dopełniają motywy rasizmu, prześladowania rdzennej ludności i kryminalnych przygód bohaterów. To elementy, któryh w powieści Lucy Maud Montgomery w ogóle nie było, a większości z nich wręcz nie mogło być (ze względu na realia historyczne i społeczne epoki).
Twórcy przedstawiają je w sposób pozbawiony subtelności. W efekcie narracja traci spójność, a historia zaczyna przypominać raczej współczesny lewicowy manifest, niż adaptację powieści o wyobraźni, wrażliwości i dorastaniu.
To szczególnie odczuwalne dla widzów, którzy oczekiwali powrotu do atmosfery znanej z książki lub wcześniejszych ekranizacji, takich jak produkcja z 1985 roku z udziałem Megan Follows.
„Ania, nie Anna” pozostaje więc przykładem serialu, który dzieli odbiorców. Z jednej strony oferuje wysoki poziom realizacyjny i aktorski, z drugiej – budzi pytania o granice. Czy naprawdę każdy element kultury, współcześni twórcy muszą czytać poprzez matrycę poprawności politycznej i dlaczego, skoro chcą uwrażliwić odbiorców na pewne treści, sami tych treści nie stworzą, tylko żerują na twórczości innych artystów i pisarzy?…