[OKIEM TYGODNIKA} Love&Peace, czyli regulamin ogrodu
fot. pixabay/ilustracyjne
Czy tolerancja rzeczywiście jest wartością samą w sobie, czy po prostu indywidualnym, neutralnym zasobem, który może poprowadzić zarówno w dobrą, jak i w złą stronę? Na razie coraz częściej jest po prostu słowem-wytrychem; wygodnym politycznym kluczem do przytulnej szklarni.
Inne z kategorii
Było sielankowe, słoneczne popołudnie. Mała dziewczynka prowadziła na smyczy szczeniaka. Obok dumnie kroczyła mama. W pewnym momencie smycz wyślizgnęła się z rąk dziecka i rozległo się siarczyste przekleństwo, ostro kontrastujące z cienkim, dziecięcym głosem. Reakcja rodzicielki była natychmiastowa i – o ironio – głęboko edukacyjna.
„Bo jak ci w pysk dam, cholerna gówniaro, to się oduczysz takiego słownictwa!” – ryknęła matka, niosąc kaganek kultury w przyszłość narodu.
Współczesność: Autoportret.
Malujemy go coraz częściej – i coraz grubszą kreską. Jest więcej „mam”, które w heroicznej walce o kulturę języka, gotowe są odtworzyć cały słownik kuluarowej polszczyzny. Z takich właśnie scen składa się codzienność, którą potem z dumą oprawiamy w jubileuszowe ramy.
Bydgoszcz obchodzi swoje 680. urodziny. Miasto pogranicza, gdzie kultury uczyły się siebie znosić, dziś pewnie dzierży sztandar otwartości i tolerancji. Współczesna „tolerancja” ma jednak coraz krótszy lont i rosnące ambicje. Zapominamy, że słowo to nie wzięło się z zachwytu, lecz z trudu. Łacińskie tolerare to nie radosna afirmacja czy obowiązkowe brawa; to po prostu „ścierpieć”, „dźwigać ciężar”. To szorstka, bydgoska umiejętność współistnienia z kimś, kto nas drażni, czyja odmienność nas uwiera. Tymczasem w przestrzeni dookoła: języku miejskich galerii i teatru, a nawet bezpośrednich akcjach, jak np. „Szkoła otwarta i tolerancyjna” uczy się wersji po semantycznym zamachu stanu. Pod pięknym hasłem kryje się żądanie akceptacji. Budujemy sterylny ogród. Szukamy chwastów na własnej rabatce. Chcemy otwartości, pod warunkiem, że wszyscy zakwitną w tym samym odcieniu postępowego różu. I biada temu, kto choćby wspomni o pogarszającej się pogodzie za ścianami szklarni. Obraz z bydgoskiego parku, jest tylko lokalnym odbiciem zjawiska, które wzmocnione przez media i internet, rozgrywa się dziś na skalę globalną.
Nowe dzieci-kwiaty zdobywają pokój w internetowych bataliach i szerzą miłość, przycinając każdą roślinę, która rośnie pod niewłaściwym kątem. Ten zwyczaj nie zna barw partyjnych – kwitnie po obu stronach, jednak szczególnie ironicznie wybrzmiewa tam, gdzie otwartość jest chętniej brana na sztandary. Jednym z najgłośniejszych przykładów stała się autorka serii książek o „Harrym Potterze”. J.K. Rowling trudno uznać za pisarkę prawicową. Od lat jest zadeklarowaną feministką o dość postępowych poglądach. Ale niewystarczająco postępowych. Opinii publicznej naraziła się co najmniej dwukrotnie. Raz, gdy stanęła w obronie urzędniczki, zwolnionej z pracy za twierdzenie, że transkobiety to mężczyźni, a płci biologicznej nie da się zmienić. Po raz drugi – już wyraźniej – gdy oznajmiła zszokowanym fanom, że jej zdaniem tylko kobiety przechodzą menstruację. To, zdaniem niektórych, stanowiło wyraz transfobii i obrazy dla osób LGBTQ+. Reakcje były różne – od ostrej krytyki i prób bojkotu, aż po „wyrazy miłości” w postaci gróźb śmierci wobec pisarki i jej rodziny czy ujawnienia ich adresu zamieszkania. Wytwórnie filmowe rozważały, czy w ogóle opłaca im się tworzenie kolejnych ekranizacji powieści o młodym czarodzieju. J.K. Rowling nie pojawiła się nawet w dokumencie, wydanym z okazji jubileuszu pierwszego filmu na podstawie jej własnej książki.
Ideologia Love&Peace dotarła także do naszego kraju. Środowiska, które w imię pokoju, wypowiadają wojnę „faszystom”, niedawno w Łodzi skandowały entuzjastycznie „ Katole, wy ch...je, Antifa was wymorduje”. To jeszcze poziom słów – brutalnych, ale wciąż słów.
Gdzie indziej bywa gorzej. We Francji pod koniec lutego zakatowano 23-letniego Quentina Deranque. Na środku ulicy, w pobliżu politycznego wiecu. Student matematyki ochraniał prawicową manifestację. To nie spodobało się – jak wynika z relacji świadków i doniesień medialnych – przedstawicielom środowisk skrajnie lewicowych. Niektóre źródła mówią o bójce dwóch grup, inne o nieuzasadnionym ataku. Faktem jest, że chłopaka biło co najmniej sześciu napastników.
Oczywiście są to przykłady radykalne. Najczęściej chwasty pleni się nie poprzez wyrywanie, tylko zaduszanie. Niepoprawne głosy są przemilczane, a kiedy nie da się tego zrobić, wyśmiewane lub wykluczane z debaty. Tolerancja staje się nietolerancyjna wobec tego, co sama uzna za nietolerancyjne. Miłość kończy się tam, gdzie zaczynają się inne poglądy i niespodziewane argumenty. Pokój zaczyna się tam, gdzie kończą się niewygodni rozmówcy.
Z drugiej strony większa część społeczeństwa ma świadomość, że nawet piękne hasła muszą mieścić się w pewnych ramach moralnych. Mieliśmy na przykład głośną i potrzebną kampanię: „Zero tolerancji dla przemocy”. Prawo nie powinno być „otwarte” na przestępstwa, a ludzie – obojętni na wszystko. To jednak rodzi kolejne pytanie – czy tolerancja rzeczywiście (jak twierdzą piewcy postępowości) jest wartością samą w sobie, czy po prostu indywidualnym, neutralnym zasobem, który może poprowadzić zarówno w dobrą, jak i w złą stronę?
Na razie coraz częściej jest po prostu słowem-wytrychem; wygodnym politycznym kluczem do przytulnej szklarni.
Ogród musi kwitnąć. W bezpiecznej, wydzielonej przestrzeni. Posegregowany odcieniami kwiatów. Każdy, kto zaburzy porządek, natychmiast odbierze lekcję kultury, jaką dała kiedyś w parku matka swojej córeczce. A społeczeństwo pójdzie dalej swoją drogą, z pięknym hasłem: nie tyle Love&Peace, co Above&Pleased – moralnie wyżej i serdecznie zadowoleni z tego faktu.