Opinie Dzisiaj 17:50 | Jolanta Fischer
Niech żyje bal [FELIETON]

fot. Pixabay

W zeszłym roku lokalne media obiegła nowina szczęśliwa, jak samo miasto: „Bydgoszcz wśród najszczęśliwszych miast świata”! To pokłosie rankingu Happy City Index, przygotowanego przez londyński Institute for Quality of Life. Zestawiono w nim 200 miast z całego świata, a Bydgoszcz zajęła 161 miejsce. Wśród dziewięciu polskich „konkurentów” była szósta. Mimo to wiadomość została w mediach społecznościowych przyjęta z wyraźną sympatią – jak to zwykle bywa, gdy ktoś z daleka powie o nas coś miłego. Czy to źle? Z jednej strony nie. To znana strategia PR-owa, stosowana przez wiele samorządów. Z drugiej jednak… niepokojąco przypomina politykę międzynarodową naszego kraju, który zdaje się spijać każde słowo z ust zagranicznych mocarzy, w desperackim pragnieniu sympatii.

Kwintesencję tego zjawiska obserwowaliśmy podczas wyborów prezydenckich w USA. Część polskich polityków niemal natychmiast ogłosiła zwycięstwo Kamali Harris i zaczęła pouczać innych, jak powinni się wobec niej zachowywać. Z drugiej strony wybrzmiewały triumfalne komentarze o tym, że Donald Trump powiedział kilka miłych słów pod adresem Polonii. W tym zamieszaniu prawie nie było słychać najprostszej rady: poczekać na wynik i przygotować się do współpracy z każdym, kto obejmie urząd. Szkoda.

Coraz częściej można odnieść wrażenie, że polską dyplomacją rządzą nie interesy, lecz emocje i kompleksy. Polska jawi się jako młoda dziewczyna na balu. Jest zjawiskowo piękna, ma spory posag, ale kroczy po marmurach zgarbiona, niepewnie zerkając, który z gości obdarzy ją uśmiechem. Przygląda się swojemu odbiciu w ich oczach, by ocenić, czy może się podobać, czy jest wystarczająco fajna”. Nie rozumie, że to nie jest impreza dżentelmenów, tylko biznesmenów. Sama jest gotowa oddać wszystko, co ma, za jeden gest życzliwości, choć często to tylko uprzejma poza. Uśmiechają się do niej ci, którzy chcą coś ugrać. Proszą do tańca, ale to oni wybierają muzykę i prowadzą. A ona wciąż liczy, że jeśli będzie wystarczająco grzeczna, zostanie oszczędzona. Gdy tłum zacznie wyzywać jakiegoś nielubianego gościa, ona będzie krzyczeć z nim, tylko jeszcze głośniej, by dostrzegli jej lojalność i poświęcenie. Chce się przyjaźnić, a nie współpracować.

Tymczasem w polityce nie ma czegoś takiego, jak przyjaźń. Można podarować komuś dwa tańce, jeśli tempo będzie odpowiadało obu stronom, ale potem należy iść dalej. Można rozmawiać uprzejmie, lecz nie zakładać, że ktokolwiek skoczy za nas w ogień. W polityce każdy skacze w ogień przede wszystkim za siebie. Kiedyś, mimo bardzo ostrych podziałów, dla większości polskiej klasy politycznej było to oczywiste.

Roman Dmowski na konferencji pokojowej w Paryżu w 1919 roku przez 5 godzin, po francusku i angielsku, przekonywał aliantów nie o tym, że Polska wiele wycierpiała i zasługuje na niepodległość, tylko o tym, że istnienie niepodległej Polski im się opłaca. To język interesu. Jedyny, w jakim powinien rozmawiać wytrawny polityk z drugim politykiem.

Polska może być lubiana, ale najważniejsze, by była szanowana. Powinna przypominać o swoich zasługach i umieć stawiać wymagania. Powinna mieć też kilka kart w rękawie, gdy przyjdzie usiąść do stołu. Jeśli ich zabraknie, powinna nauczyć się blefowania, albo zachować pokerową twarz i – w myśl starej zasady – dwa razy się zastanowić, zanim nic nie powie.

Wtedy zwykle pojawia się klasyczny argument: kraj jest za mały i zbyt słaby, by konkurować z mocarstwami. To jednak nic innego, jak właśnie wyraz kompleksów. Nie trzeba być potężnym, by prowadzić asertywną politykę. Nikt też nie każe Polsce rozpychać się na scenie łokciami czy porzucić zupełnie język wartości. Chodzi tylko o to, by odejść od politycznego bambinizmu – naiwnej wiary, że inne narody podzielą nasz romantyczny idealizm.

Tymczasem nasi politycy przygotowują osobną retorykę dla rodaków, buńczucznie zapewniając, że nikt ich w Europie „nie ogra”, i dla zagranicy, gdzie potulnie podpiszą wszystko, byle tylko nie otrzymać krzywego spojrzenia. To nie jest cecha jednej partii. Większość robi to samo. Jedni zapowiadają „wgniatanie Putina w ziemię” (świetny pomysł na przykucie uwagi i sprowokowanie wroga), inni ze wzruszeniem ogłaszają się „sługami obcego narodu”. Prześcigają się, kto szybciej naskarży na siebie do Brukseli lub Waszyngtonu. Expose ministra spraw zagranicznych nie zawiera prawie żadnych informacji o strategii zagranicznej, za to całe mnóstwo partyjnych przepychanek. I w tym wszystkim, przy ochoczej współpracy mediów, gra w polityczne szachy zamienia się w program „Tato, a UE/Trump powiedział...”.

Na takiej „strategii” zyskaliśmy tyle, że we Lwowie powstaje wojskowa szkoła o nazwie „Banderowiec” – i to w momencie szczególnie dogodnym, by Polska zaczęła czegokolwiek wymagać. Zyskaliśmy też tyle, że Unia Europejska potrafi według własnego uznania przydzielać lub blokować nam środki finansowe. Podpisaliśmy Zielony Ład, nie zebraliśmy wymaganej mniejszości, by zablokować umowę z krajami Mercosuru i nie walczymy realnie z paktem migracyjnym. Udało się co prawda „przebić” z tematem bezpieczeństwa, ale właśnie dlatego, że inne kraje odnalazły w tym swój interes.

Polska nie musi się przytulać do USA, ani do Rosji, ani do Unii Europejskiej. Ze wszystkimi powinna być w razie czego gotowa na pogawędkę, a nawet taniec, ale w każdej chwili może lekko zmienić rytm i zrobić kilka kroków w swoją stronę. Odrobina zdrowego, narodowego egoizmu to jeden z podstawowych elementów patriotyzmu. Zadaniem polityków jest przede wszystkim zadbanie, by to Polska się uśmiechała, a nie inni do niej. Na prawdziwym balu szacunek zdobywa się bowiem nie wdziękiem, lecz pewnością kroku.

Jolanta Fischer

Jolanta Fischer Autor

Dziennikarz Tygodnika Bydgoskiego
-->