Opinie Dzisiaj 17:48 | Jolanta Fischer
Wojna i (s)pokój  [FELIETON]

fot. AI/ ilustracyjne

Święta, także wielkanocne, to dla niektórych wielkie pole bitwy – o umycie okien, kuchenną logistykę i zdobycie ozdób jak z reklamy Polsatu. Wszystko ma być idealnie, rodzinnie i tradycyjnie. Nawet jeśli jednak uda się to osiągnąć, po niedzielnym śniadaniu zaczynają się poniedziałkowe wizyty krewnych. I wtedy pada to jedno zdanie, na miarę „Jak rozpętałem drugą wojnę światową” – „Ale nas pokradli, te złodzieje!”. Rodzinna sielanka zamienia się w polityczną batalię, w której – paradoksalnie – dyplomatyczny rozkrok lub milczenie jest najgorszym wyjściem, bo czyni nas celem obu stron. Oczywiście to najbardziej stereotypowy przykład. Rodzinne konflikty mają rozmaite przyczyny, często dużo istotniejsze niż polityka – wzajemne pretensje, różnice w wartościach czy dawne zranienia.

Same przygotowania potrafią człowieka wykończyć fizycznie i psychicznie. To właśnie na tym tle zrodził się nowy trend – całkowite odrzucenie tradycji i święta spędzone w samotności w tropikach. Tylko czy jeśli ferwor walki zamienimy na obcą ciszę, to rzeczywiście pozwoli nam przeżyć Święta, czy raczej zwykły weekend?

By móc uczciwie odpowiedzieć na to pytanie, należy dokonać rachunku sumienia po obu stronach. Polskie tradycje są przepiękne, ale stanowią jedynie naczynie do przechowywania treści i to właśnie treść jest najważniejsza. Nie powinniśmy więc zachowywać się niczym ewangeliczna Marta. Nie możemy oferować Świąt w formie kolorowej wydmuszki. Z drugiej strony popularne memy internetowe, które zwracają uwagę, że Chrystus zmartwychwstanie i bez umytych okien, także nie oddają do końca prawdy. Tak, zmartwychwstał – na długo przed pojawieniem się szyb. Tyle tylko, że to między innymi wypucowane okna są wyrazem naszego stosunku do tych wydarzeń. Świąteczne zwyczaje, drobne gesty, krótkie przebłyski wspomnień – zapach wody kolońskiej, powieszone na lodówce kilkudaniowe menu z rozpiską, co kiedy upiec, pobudka przed pierwszymi promieniami słońca i triumfalny śpiew „Zwycięzca śmierci”, kiedy głowa jeszcze na wpół spała – nawet małemu dziecku pozwalają zrozumieć, że dzieje się coś niezwykłego, doniosłego, sakralnego. To nie jest kolejny rodzinny weekend, tylko uobecnienie Odkupienia.

Tradycja religijna ma też po swojej stronie wielu… zadeklarowanych ateistów. W okolicach Świąt dzieją się rzeczy przedziwne i ludzie, na co dzień nawet atakujący Kościół, pokornie przynoszą doń koszyczki z pisankami. Przyczyny tego zjawiska mogą być rozmaite. Często jest to po prostu podświadoma tęsknota właśnie za treścią. Przynosimy święconkę, licząc że to w jakiś magiczny sposób odmieni „zwyczajność” dnia. Malowanie jajek jest proste. Atrakcyjne. Zabawne dla dzieci. Nadaje się więc do kultywowania, w przeciwieństwie do uczestnictwa w długiej Mszy Świętej. To postawa krytykowana choćby przez Benedykta XVI: traktowanie Kościoła jak sklepu samoobsługowego, z którego możemy wybrać to, co nam się podoba, a resztę wyrzucić. „Taka tradycja” – słychać często z ust tych osób. Ale dlaczego taka? Co symbolizuje i co właściwie chcemy przez nią powiedzieć?

Wreszcie z pomocą w tych okołoświątecznych rozterkach przychodzą „postępowe” media. Od kilku lat raczą nas one artykułami o „ucieczce od presji tradycji”, „świadomym wyborze” i „ładowaniu baterii”. Oderwanie się od codziennych problemów, toksycznych osób i dodatkowych obowiązków faktycznie może przynieść ulgę. Warto się jednak zastanowić, czy nie jest to forma ucieczki od samotności albo od prawdy o niej? Czy nie próbujemy w ten sposób sami siebie oszukiwać? Czy pozwala nam to przeżyć Święta, czy jedynie je przetrwać? Czym one się wtedy różnią od zwykłego urlopu?

Jeśli więc tradycjonaliści czasami proponują wydmuszki, to postępowcy namawiają do dezercji. W każdym z tych wariantów brakuje treści – albo poświęcamy ją na rzecz atrakcyjnej formy, albo odrzucamy razem z formą. Tymczasem w Świętach nie chodzi o to, by odpocząć, tylko by je przeżyć w pełni. Co więcej, uczynić to we wspólnocie, nawet jeśli wspólnota bywa wyzwaniem. Wujek, który ciągle próbuje politykować, wiecznie spóźniające się kuzynostwo, albo ciotka pytająca o „młodych kawalerów” i plany macierzyńskie bywają skrajnie irytujący, ale są ważną częścią swoistego rodzinnego folkloru. To głosy w chórze, za którymi kiedyś – paradoksalnie – możemy zatęsknić.

Warto więc dążyć nie do świętego spokoju, ale do świątecznego pokoju. Jeśli przyjdzie nam stoczyć przy tym kolejną rodzinną batalię – trudno. Chrześcijaństwo nigdy nie aspirowało do pacyfizmu. Nawet przy świątecznym stole.

Jolanta Fischer

Jolanta Fischer Autor

Dziennikarz Tygodnika Bydgoskiego
-->