[KADR TYGODNIKA] Jezus z bliska. „The Chosen” między Ewangelią a współczesną wrażliwością
„The Chosen” to serial, który jednych zachwyca świeżym spojrzeniem na Ewangelię, a innych niepokoi swobodą interpretacji. I trudno się dziwić obu stronom. Produkcja Dallasa Jenkinsa nie jest bowiem prostą ekranizacją Pisma Świętego, ale próbą opowiedzenia historii Jezusa i Jego uczniów językiem współczesnych emocji, pytań i lęków.
Inne z kategorii
Twórcy serialu nie zatrzymują się na prostym odtworzeniu wydarzeń opisanych w Ewangelii. Dopisują bohaterom biografie, konflikty, traumy i psychologiczne motywacje. Dzięki temu apostołowie stają się bardziej „ludzcy”, a ich droga za Chrystusem łatwiejsza do zrozumienia. Widz może zobaczyć w nich nie posągowe figury z kościelnego obrazu, lecz ludzi słabych, porywczych, zagubionych i stopniowo przemienianych przez spotkanie z Jezusem.
To działa szczególnie dobrze w przypadku Mateusza, ukazanego jako osoba w spektrum autyzmu. Kreacja jest wyrazista i poruszająca, ale jednocześnie pokazuje, jak daleko serial potrafi odejść od tego, co wynika z samego tekstu Ewangelii. Podobnie jest z innymi wątkami: prywatnym śledztwem Nikodema, dopisanymi losami Marii Magdaleny czy zmienionymi relacjami między postaciami. Są to zabiegi atrakcyjne dramaturgicznie, lecz widz powinien pamiętać, że ogląda interpretację, a nie rekonstrukcję biblijną.
Największe kontrowersje budzi jednak sposób przedstawienia Jezusa. W „The Chosen” jest On bliski, pogodny, ciepły, często żartuje i funkcjonuje wśród uczniów niemal jak przyjaciel z codziennego życia. Taka wizja może pomagać w osobistym odbiorze Ewangelii, ale momentami osłabia poczucie sacrum. Chrystus-Król, Pan i Zbawiciel schodzi tu czasem na dalszy plan wobec Jezusa-terapeuty, przewodnika i towarzysza rozmowy. To nie musi być błąd, ale jest przesunięciem akcentów, którego nie sposób zignorować.
Serial bywa też zbyt wyraźnie podporządkowany współczesnej wrażliwości. Twórcy podejmują tematy traumy, wykluczenia, niepełnosprawności, uzależnień, pozycji kobiet czy kryzysów emocjonalnych. W wielu scenach wypada to przekonująco, ale niekiedy odnosi się wrażenie, że starożytna Galilea mówi językiem dzisiejszego gabinetu psychologicznego. Ewangelia zostaje przez to przybliżona, lecz chwilami również spłaszczona.
Osobnym problemem są zmiany w wymowie znanych scen. Wypędzenie kupców ze świątyni pokazano nie jako gwałtowną reakcję na profanację Domu Ojca, ale jako długo przygotowywany gest o charakterze strategicznym. To drobna różnica tylko pozornie. W praktyce zmienia ona sposób rozumienia czynu Chrystusa. Podobnie utożsamienie Weroniki z kobietą uzdrowioną z krwotoku nadaje jej późniejszemu gestowi bardziej osobisty, wdzięcznościowy charakter, podczas gdy w tradycji katolickiej jest on przede wszystkim aktem bezinteresownego miłosierdzia.
Nie wszystko wypada też równo pod względem artystycznym. Obok bardzo dobrych kreacji Jezusa, Nikodema i Mateusza pojawiają się role słabsze, a niektóre sceny rozpaczy czy napięcia brzmią zbyt teatralnie. Serialowi zdarza się również nadmiernie wydłużać dialogi i podkreślać emocje tam, gdzie większą siłę miałoby milczenie. Dawne kino religijne wiedziało czasem, że nie każde poruszenie duszy trzeba od razu objaśniać pełnym zdaniem.
Mimo tych zastrzeżeń „The Chosen” ogląda się z dużym zainteresowaniem. Serial potrafi wzruszyć, zatrzymać i skłonić do ponownego spojrzenia na dobrze znane fragmenty Ewangelii. Nie powinien być jednak traktowany jako źródło wiedzy religijnej ani zastępstwo dla Pisma Świętego. To raczej artystyczna interpretacja — miejscami piękna, miejscami ryzykowna, ale niewątpliwie poruszająca.
Najuczciwiej powiedzieć, że „The Chosen” nie tyle katechizuje, ile zaprasza do osobistego spotkania z historią Jezusa i apostołów. A jeśli po seansie widz sięgnie po Ewangelię, by sprawdzić, co naprawdę zostało w niej zapisane, serial spełni jedno ze swoich najważniejszych zadań.