[OKIEM TYGODNIKA} Wszyscy będą sejf. Europejskie oszustwo „na policjanta”
fot. pixabay/ilustracyjne
Unia obiecuje Polsce bezpieczeństwo na kredyt, ale w pakiecie dokłada instrukcję obsługi naszego własnego sejfu. Program SAFE ma wyglądać jak wspólna odpowiedź na zagrożenie, a coraz bardziej przypomina wakacje z teściową: ktoś płaci, ktoś decyduje, a rachunek i tak zostaje przy naszym nazwisku.
Inne z kategorii
Fora internetowe to najcierpliwsze gabinety psychoterapeutyczne. Co jakiś czas pojawiają się na nich historie z cyklu „okruchy życia” . Niedawno pewien zrozpaczony użytkownik podzielił się opowieścią o tropikalnych wakacjach, na które jego rodzinę zaprosiła teściowa.
Wszystko zapowiadało się wspaniale. Kobieta opłaciła pobyt i wyżywienie. Szybko jednak bańka prysła. Okazało się, że rodzina nie miała nic do powiedzenia w sprawie wyboru hotelu, menu ani sposobu spędzania czasu. Jej rola ograniczała się w zasadzie do wykonywania rozkazów starszej pani, która ostatecznie zażądała zwrotu pieniędzy. Teściowa wróciła do domu dumna ze swojego „dobrego uczynku”, a nieszczęśliwi współtowarzysze podróży — bardziej wykończeni niż po roku bez urlopu.
Historia jakich wiele — i to nie tylko w skali rodzinnej. Na podobne „wakacje” nieraz zaprasza Polskę Unia Europejska. W ramach międzynarodowej paniki wojennej politycy odeszli od postępowych zapewnień o budowaniu mostów, dialogu i wiecznej przyjaźni na rzecz nowego wyścigu zbrojeń. Tyle że podpisana przez nasz kraj umowa SAFE przypomina bardziej popularne oszustwo „na policjanta” niż prawdziwą interwencję.
Europa zadzwoniła z informacją, że ktoś dobiera się do naszych drzwi. Nie musimy się jednak martwić, o ile szybko zakupimy zbrojenia. Ona chętnie udzieli pożyczki — szczegóły, takie jak oprocentowanie, dogadamy już po podpisaniu. Będzie ono — jak miejsce na liście radnego z Dopiewa w „Ranczu” — godne. Oczywiście, że godne.
Potrzebny jest tylko kod do naszego sejfu. Dlaczego? Bo to Unia będzie rozstrzygać, na co i kiedy wydamy kredyt oraz jakie będą raty. Podstawą mają być zatwierdzone wcześniej przez nią plany inwestycyjne. Gorzej, gdy państwo członkowskie zechce dostosować swoje plany do zmiennej sytuacji politycznej albo jego pomysł na obronność nie spodoba się europejskiemu superpaństwu.
Mamy też, doskonale znany z programu KPO, system uznaniowy. Unia Europejska może udzielać pożyczki i wycofywać ją na podstawie kryteriów równie przejrzystych jak polskie prawo podatkowe. Wystarczy więc, że polski rząd zmieni się na mniej wygodny politycznie, i już pancerne drzwi sejfu mogą zatrzasnąć się przed naszym nosem.
Na razie jednak nie ma powodów do paniki. Jesteśmy grzeczni, lubiani i zadłużeni — na niemal 44 miliardy euro i kilka pokoleń.
Tymczasem część politycznej elity zachowuje się tak, jakby własnymi rękami zarobiła te miliardy dla Polski i jeszcze heroicznie przechytrzyła prezydenta oraz polską konstytucję. Gdyby kredyt był wzięty w banku, pracownicy otrzymaliby nagrodę za doprowadzenie klienta do bezkrytycznej euforii.
Podobnie jak na wakacjach z teściową, pod szyldem SAFE Polska nie tylko będzie musiała prosić o zgodę na swoje zakupy, lecz także robić je według instrukcji napisanej w Brukseli. Większość komponentów w całym łańcuchu dostaw ma pochodzić z Europy, a zamówienia mają być wspólne. Komisja Europejska będzie mogła sprawdzać wydatki przed uruchomieniem kolejnych transz.
To nie inwestycja, lecz sprzedaż niezależności na raty. Oddajemy bezpieczeństwo w obce ręce w zamian za złudne poczucie, że ktoś zatroszczy się o nie w naszym imieniu. Warto też pamiętać, że wstrzymanie transz nie oznacza wstrzymania długu. Dług zostaje. Pieniądze mogą nie przyjść, ale rachunek — jak to rachunek — zawsze znajduje adresata.
Oprocentowanie pożyczki może być niskie, ale biznes rządzi się mniej sentymentalną logiką. W Rumunii niektórzy dostawcy — według dostępnych informacji także niemiecki Rheinmetall — mieli podnieść ceny ofertowe nawet o 30 procent.
Każdy mechanizm finansowania wymaga zabezpieczeń. Problem w tym, że Unia kolejny raz buduje je z pominięciem Europarlamentu i z niewielkim zrozumieniem dla różnych potrzeb obronnych państw członkowskich.
To jednak nie cała zawartość sejfu. Na jego dnie spoczywa coś znacznie groźniejszego od samego programu: złudne przekonanie, że spokój można po prostu kupić i zamknąć w metalowej skrzyni. Wystarczy mieć sto groźnie wyglądających śmigłowców, by pomylić stan magazynowy z bezpieczeństwem państwa.
Nowoczesne uzbrojenie jest oczywiście bardzo potrzebne, ale fundamentem pozostają umiejętna polityka międzynarodowa, mądre wydatkowanie środków i kultura obronności. Społeczeństwo musi wiedzieć, jak reagować na zagrożenie, gdzie szukać schronienia i jak — w ostateczności — użyć broni. Taka edukacja to wieloletni proces, a nie dwugodzinne szkolenie za europejskie pieniądze.
Niektórzy politycy wydają się rozumieć przynajmniej przemysłową część tego problemu. Bydgoszcz niedawno cieszyła się z kontraktu Belmy na dostawę min przeciwpancernych dla wojska. Polskie wojsko, polska firma i ponad sto nowych miejsc pracy. To dobrze. Tyle tylko, że odporność państwa nie kończy się na kontraktach zbrojeniowych , a w tym samym czasie upada kilka innych bydgoskich przedsiębiorstw.
Kłopoty dotyczą zresztą również — o ironio — producentów broni. Wystarczy spojrzeć na przykład radomskiego Łucznika. Państwo przez lata mówiło: zwiększajcie moce, inwestujcie, zatrudniajcie ludzi, bo bezpieczeństwo jest dziś sprawą pierwszorzędną. Zakład rozbudował więc produkcję i przygotował się do większej skali. Nagle okazało się jednak, że największym problemem nie są ani puste patriotyczne deklaracje, ani kompetencje fabryki, lecz nieprzewidywalny strumień zamówień.
Polskie zakłady mają inwestować, dostosowywać się, czekać, spełniać kryteria i ufać, że pieniądze rzeczywiście przyjdą. A jeśli nie przyjdą albo dotrą za późno? Hala, pracownicy i koszty zostają. Brukselski formularz nie zapłaci pensji operatorowi obrabiarki.
Liczy się także mniej widowiskowy ekwipunek. Po co żołnierzom drogie rakiety, jeśli zabraknie im zimowych płaszczy i zwykłych karabinów? A co, jeśli USA, Korea albo jakikolwiek inny partner odmówi nam sprzętu? Polska powinna się zbroić, ale nie wyłącznie cudzymi działami. Tylko że własne działa nie powstają z przemówień, lecz z hut, fabryk, obrabiarek i zamówień podpisanych na czas.
Patriotyzm przemysłowy nie polega na tym, że minister pozuje do zdjęć przy gotowym kontrakcie, ale na tym, że państwo potrafi utrzymać przy życiu cały łańcuch firm — zanim trzeba będzie w panice szukać śrubki do rakiety, ale również wtedy, gdy europejskie umowy wygasną. .
Unia Europejska przekonuje, że dzięki nowemu programowi wszyscy będziemy SAFE. Wystarczy podpis i pełne dumy przemówienia w telewizji. Tyle tylko, że w tej historii sejf jest nasz, dług jest nasz, ryzyko jest nasze. Tylko kod ma trzymać ktoś inny.