Opinie Dzisiaj 13:06 | Michał Jędryka
Arystokracja dyplomu. Co masz, czego byś nie otrzymał? [FELIETON]

fot. AI, ilustracyjne

Czy dzisiejsza merytokracja naprawdę jest sprawiedliwsza od dawnych przywilejów urodzenia? Felieton o maturach, lordach, dyplomach i o tym, że życiowy sukces rzadko jest wyłącznie naszą zasługą.

W Wielkiej Brytanii kończy się pewna epoka. Dziedziczni lordowie — potomkowie dawnych rodów — tracą prawo zasiadania w izbie wyższej parlamentu. Większość powie oczywiście: najwyższy czas. Można też wzruszyć ramionami, bo przecież co nas obchodzi brytyjski ustrój? Ciekawsze jest coś innego: symboliczne znaczenie pochodzenia.

Bo oto odchodzi model, który bez wstydu mówił: pozycja społeczna nie bierze się wyłącznie z osobistej zasługi. Człowiek coś dziedziczy. Nazwisko, majątek, kulturę domu, pozycję, obowiązki, a czasem także ciężar odpowiedzialności wobec przodków.

Współczesny świat bardzo lubi powtarzać, że to niesprawiedliwe. I zapewne czasem było niesprawiedliwe. Ale czy nasz dzisiejszy model jest rzeczywiście tak krystalicznie sprawiedliwy, jak sam o sobie opowiada?

W Polsce trwają matury. Matura ma zamierzoną funkcję selekcyjną: otwiera drogę na studia, a studia otwierają drogę do stanowisk, biurek, gabinetów, wpływów i lepszych pensji. Tak powstaje nowoczesna warstwa wyższa — nie z herbu, lecz z dyplomu.

Człowiek z dyplomem bardzo często mówi: „Zawdzięczam wszystko sobie”. Uczyłem się, pracowałem, zdałem, dostałem się, skończyłem, awansowałem. Wszystko odbyło się przecież według jasnych reguł. Matura była obiektywna, egzamin jednakowy, punkty policzone, komisja bezstronna. A więc wygrał ten, kto zasłużył. Wygrałem, bo zasłużyłem.

Tylko że to jest półprawda. A półprawda bywa bardziej zarozumiała od zwykłego kłamstwa.

Bo zanim ktoś usiadł do matury, bardzo wiele już otrzymał. Otrzymał dom, w którym dało się uczyć. Rodziców, którzy nie przeszkadzali, a może wspierali. Pokój, biurko, książki, komputer, korepetycje. Otrzymał język, którym w tym domu mówiono. Otrzymał nawyk czytania albo choćby przekonanie, że nauka ma sens. Otrzymał spokój, którego inne dzieci nie miały. Otrzymał także zdolności, pamięć, temperament, odporność psychiczną.

Człowiek religijny powie: to są dary Boże. Człowiek niereligijny powinien powiedzieć przynajmniej tyle: to są rzeczy, których sam sobie nie dałem.

Także inteligencja nie jest zasługą. Nawet pracowitość często wyrasta albo z wychowania, albo z wrodzonych predyspozycji. Ambicja też nie bierze się z próżni. Ważnym czynnikiem rozwoju jest kultura otoczenia, która uczy, że warto czytać, myśleć i odkładać przyjemność na później, a ta kultura jest spadkiem po poprzednich pokoleniach.

Dlatego nowoczesna merytokracja ma swoją własną pychę. Dawna arystokracja przynajmniej wiedziała, że coś odziedziczyła. Nowa „arystokracja dyplomu” lubi udawać, że sama siebie stworzyła z niczego.

Nie chodzi o to, by bronić przywilejów urodzenia. Chodzi o to, by przypomnieć, że każdy sukces ma w sobie element daru. A jeśli jest darem, powinien rodzić wdzięczność, nie pogardę wobec tych, którym dano mniej.

Święty Paweł napisał krótko i celnie: „Cóż masz, czego byś nie otrzymał? A jeśliś otrzymał, czemu się chełpisz, tak jakbyś nie otrzymał?” (1 Kor 4,7). To zdanie mogłoby być drukowane na każdym dyplomie, wisieć nad każdym uniwersytetem i nad niejednym biurkiem człowieka sukcesu.

Michał Jędryka

-->