Opinie Dzisiaj 17:44 | Jolanta Fischer
Czym chata bogata...

fot. AI, ilustracyjne

Bydgoszcz obchodzi 45. rocznicę wydarzeń Bydgoskiego Marca 1981 roku. Podobne uroczystości – oprócz czysto patriotycznej oprawy – zawsze wprawiają władze w nastrój prawdziwej chłopomanii, a polska wieś jest odmieniana przez wszystkie przypadki. Było więc – jak co roku – podniośle i swojsko, a słowami świadka wydarzeń marcowych, Jana Rulewskiego, przypomniano mieszkańcom miasta, że Polska to spichlerz Europy. Nikt nie dodał, że to spichlerz, szykujący się na znacznie więcej niż siedem chudych lat.

Historia lubi się powtarzać — z tą różnicą, że dziś zamiast pałek i milicyjnych kordonów, polska wieś mierzy się z decyzjami podejmowanymi przy znacznie bardziej eleganckich stołach.

Uroczystości powinny nabrać nowego wymiaru w obliczu podpisania umowy z krajami Mercosuru. Polska sprzeciwiła się tej inicjatywie, ale politycy niewiele zrobili, by zbudować w UE mniejszość, konieczną do jej zablokowania. Co więcej, wiele wskazuje na to, że nie zamierzają zaskarżyć decyzji, podjętej z pominięciem Parlamentu Europejskiego do TSUE. Na taki krok zdecydował się sam Parlament Europejski, ale chodzi tu tylko o zgodność z traktatami — nie o skutki dla krajowych rynków. Tymczasem umowa ma zacząć działać od 1 maja.

Jeśli zmian nie uda się powstrzymać, rolników może czekać klęska urodzaju. Do kraju napłyną znacznie tańsze produkty spoza Europy, a rodzima hodowla i uprawy przestaną się opłacać. Unia Europejska potrafi jednak bić się o nie nasze interesy do ostatniego rolnika, więc możliwy jest scenariusz, według którego, po osłabieniu krajowego rynku, ceny importowanych produktów drastycznie wzrosną. Trudno bowiem oczekiwać, że zagraniczni producenci nie skorzystają z okazji, gdy dostrzegą, że brakuje im konkurencji. Nie będzie już wyboru. Ani zdrowia, bo przypomnijmy, że w krajach Mercosuru nie obowiązują restrykcyjne standardy produkcji – dopuszczone są m. in. środki ochrony roślin i hormony wzrostu zakazane w UE, co dodatkowo obniża koszty. Spichlerz najpierw zapełni się polskimi gnijącymi płodami rolnymi, a potem opustoszeje zupełnie. Zwolennicy umowy wskazują co prawda na korzyści dla innych sektorów gospodarki, jednak części samochodowe i usługi nie wyżywią społeczeństwa, ani nie pokryją strat w kraju, który rolnictwem stoi.

Nie każdy zdaje się to rozumieć, dlatego niedawne protesty rolników z całej Europy wywoływały mieszane uczucia. Część krytyków z życzliwością godną stereotypowego polskiego sąsiada spoglądała na nowoczesne ciągniki, blokujące bydgoskie drogi. Pojazdy oczywiście zakupione z unijnych dotacji. Dzięki nim wiele gospodarstw mogło zamienić swój sielsko-wiejski krajobraz na bardziej zmodernizowany. Skąd więc ta chłopska niewdzięczność? Otóż takie dopłaty potrafią też sporo kosztować. Rolnik musi kupić maszyny o ściśle określonych parametrach (pieniądze w ten sposób wypływają do innych krajów UE), a gdy tylko rusza nabór, producenci zgodnie podnoszą ceny pojazdów. Nowoczesne ciągniki, naszpikowane elektroniką, są znacznie droższe i trudniejsze w naprawie. UE zobowiązuje rolników do zaciągnięcia dużego kredytu na wkład własny. Przez 5 lat nie wolno również ciągnika sprzedać, wynająć ani zmienić charakteru upraw, a drobne uchybienia mogą wiązać się z ogromnymi karami.

Polskim chatom zagrażają jednak nie tylko umowa Mercosur i unijne miłosierdzie. Coraz częściej niebezpieczeństwo przychodzi z własnego podwórka. Na widok ceny skupu łopata wypada z rąk, a plony pokrywają się szronem. Za kilogram wołowiny kujawsko-pomorski rolnik otrzymuje obecnie około 11-18,50 zł. Po odliczeniu rosnących kosztów hodowli w ręku zostaje mu często 1,50-3 zł. Eksperci szacują, że po wprowadzeniu umowy Mercosur ten oszałamiający zysk może skurczyć się nawet o kilkadziesiąt procent. Hodowla bydła już balansuje na granicy opłacalności, a wkrótce ją przekroczy. Podobnie z owocami i warzywami, które rolnicy niejednokrotnie oddawali za darmo. Tu klęska urodzaju szczególnie dała się we znaki. W sezonach nadprodukcji ceny skupu jabłek przemysłowych spadały nawet poniżej kosztów zbioru. Po co jednak kupować własne jabłka czy maliny, kiedy można sprowadzić je z zagranicy? Wreszcie, po co pozwolić rolnikowi na pozamiejską swobodę, skoro można poczęstować go stosem skomplikowanych przepisów i biurokratycznych ram? Zamiast być gospodarzem, może przecież zostać znawcą urzędniczych formularzy i ekoaktywistą.

Oczywiście nie każdy rolnik jest ofiarą systemu. Znajdziemy takich, którym po prostu brakuje zaradności i takich, którzy odnaleźli się w gąszczu eDokumentów tak doskonale, że nawet w obecnych warunkach, z powodzeniem zarządzają swoją wiejską, zieloną korporacją. Nie zmienia to jednak obowiązków państwa, które powinno chronić własną gospodarkę i wspierać, a nie przeszkadzać obywatelom.

Wspólny unijny rynek w wielu kwestiach wiąże Polsce ręce. Wciąż jednak pozostaje kilka narzędzi, których warto użyć w obronie wsi, takich jak: ograniczenie sprzedaży gruntów cudzoziemcom, dostosowywanie wymogów do potrzeb polskich przedsiębiorstw, czy ograniczenie biurokracji. Kiedy trzeba, politycy powinni także być gotowi na ostrą walkę w Brukseli. W polityce nie chodzi o to, by się nie kłócić, ale o to, by się kłócić sprytnie i produktywnie. Nie każde łatwe pieniądze są rzeczywiście łatwe. Jeśli się tego nie nauczymy, stare polskie zaproszenie do wspólnego stołu: „Czym chata bogata!” szybko zamieni się w pytanie, bez odpowiedzi. Chata będzie bogata jedynie w przepisy — aż w końcu zabraknie już samych chat.

Jolanta Fischer

Jolanta Fischer Autor

Dziennikarz Tygodnika Bydgoskiego
-->