Czym chata bogata...
fot. AI, ilustracyjne
Bydgoszcz obchodzi 45. rocznicę wydarzeń Bydgoskiego Marca 1981 roku. Podobne uroczystości – oprócz czysto patriotycznej oprawy – zawsze wprawiają władze w nastrój prawdziwej chłopomanii, a polska wieś jest odmieniana przez wszystkie przypadki. Było więc – jak co roku – podniośle i swojsko, a słowami świadka wydarzeń marcowych, Jana Rulewskiego, przypomniano mieszkańcom miasta, że Polska to spichlerz Europy. Nikt nie dodał, że to spichlerz, szykujący się na znacznie więcej niż siedem chudych lat.
Inne z kategorii
Czy można być zbawionym bez Chrystusa? Spór, który wraca
Nie polecam Habermasa. Polecam książkę, która go rozbraja [WIDEO]
Historia lubi się powtarzać — z tą różnicą, że dziś zamiast pałek i milicyjnych kordonów, polska wieś mierzy się z decyzjami podejmowanymi przy znacznie bardziej eleganckich stołach.
Uroczystości powinny nabrać nowego wymiaru w obliczu podpisania umowy z krajami Mercosuru. Polska sprzeciwiła się tej inicjatywie, ale politycy niewiele zrobili, by zbudować w UE mniejszość, konieczną do jej zablokowania. Co więcej, wiele wskazuje na to, że nie zamierzają zaskarżyć decyzji, podjętej z pominięciem Parlamentu Europejskiego do TSUE. Na taki krok zdecydował się sam Parlament Europejski, ale chodzi tu tylko o zgodność z traktatami — nie o skutki dla krajowych rynków. Tymczasem umowa ma zacząć działać od 1 maja.
Jeśli zmian nie uda się powstrzymać, rolników może czekać klęska urodzaju. Do kraju napłyną znacznie tańsze produkty spoza Europy, a rodzima hodowla i uprawy przestaną się opłacać. Unia Europejska potrafi jednak bić się o nie nasze interesy do ostatniego rolnika, więc możliwy jest scenariusz, według którego, po osłabieniu krajowego rynku, ceny importowanych produktów drastycznie wzrosną. Trudno bowiem oczekiwać, że zagraniczni producenci nie skorzystają z okazji, gdy dostrzegą, że brakuje im konkurencji. Nie będzie już wyboru. Ani zdrowia, bo przypomnijmy, że w krajach Mercosuru nie obowiązują restrykcyjne standardy produkcji – dopuszczone są m. in. środki ochrony roślin i hormony wzrostu zakazane w UE, co dodatkowo obniża koszty. Spichlerz najpierw zapełni się polskimi gnijącymi płodami rolnymi, a potem opustoszeje zupełnie. Zwolennicy umowy wskazują co prawda na korzyści dla innych sektorów gospodarki, jednak części samochodowe i usługi nie wyżywią społeczeństwa, ani nie pokryją strat w kraju, który rolnictwem stoi.
Nie każdy zdaje się to rozumieć, dlatego niedawne protesty rolników z całej Europy wywoływały mieszane uczucia. Część krytyków z życzliwością godną stereotypowego polskiego sąsiada spoglądała na nowoczesne ciągniki, blokujące bydgoskie drogi. Pojazdy oczywiście zakupione z unijnych dotacji. Dzięki nim wiele gospodarstw mogło zamienić swój sielsko-wiejski krajobraz na bardziej zmodernizowany. Skąd więc ta chłopska niewdzięczność? Otóż takie dopłaty potrafią też sporo kosztować. Rolnik musi kupić maszyny o ściśle określonych parametrach (pieniądze w ten sposób wypływają do innych krajów UE), a gdy tylko rusza nabór, producenci zgodnie podnoszą ceny pojazdów. Nowoczesne ciągniki, naszpikowane elektroniką, są znacznie droższe i trudniejsze w naprawie. UE zobowiązuje rolników do zaciągnięcia dużego kredytu na wkład własny. Przez 5 lat nie wolno również ciągnika sprzedać, wynająć ani zmienić charakteru upraw, a drobne uchybienia mogą wiązać się z ogromnymi karami.
Polskim chatom zagrażają jednak nie tylko umowa Mercosur i unijne miłosierdzie. Coraz częściej niebezpieczeństwo przychodzi z własnego podwórka. Na widok ceny skupu łopata wypada z rąk, a plony pokrywają się szronem. Za kilogram wołowiny kujawsko-pomorski rolnik otrzymuje obecnie około 11-18,50 zł. Po odliczeniu rosnących kosztów hodowli w ręku zostaje mu często 1,50-3 zł. Eksperci szacują, że po wprowadzeniu umowy Mercosur ten oszałamiający zysk może skurczyć się nawet o kilkadziesiąt procent. Hodowla bydła już balansuje na granicy opłacalności, a wkrótce ją przekroczy. Podobnie z owocami i warzywami, które rolnicy niejednokrotnie oddawali za darmo. Tu klęska urodzaju szczególnie dała się we znaki. W sezonach nadprodukcji ceny skupu jabłek przemysłowych spadały nawet poniżej kosztów zbioru. Po co jednak kupować własne jabłka czy maliny, kiedy można sprowadzić je z zagranicy? Wreszcie, po co pozwolić rolnikowi na pozamiejską swobodę, skoro można poczęstować go stosem skomplikowanych przepisów i biurokratycznych ram? Zamiast być gospodarzem, może przecież zostać znawcą urzędniczych formularzy i ekoaktywistą.
Oczywiście nie każdy rolnik jest ofiarą systemu. Znajdziemy takich, którym po prostu brakuje zaradności i takich, którzy odnaleźli się w gąszczu eDokumentów tak doskonale, że nawet w obecnych warunkach, z powodzeniem zarządzają swoją wiejską, zieloną korporacją. Nie zmienia to jednak obowiązków państwa, które powinno chronić własną gospodarkę i wspierać, a nie przeszkadzać obywatelom.
Wspólny unijny rynek w wielu kwestiach wiąże Polsce ręce. Wciąż jednak pozostaje kilka narzędzi, których warto użyć w obronie wsi, takich jak: ograniczenie sprzedaży gruntów cudzoziemcom, dostosowywanie wymogów do potrzeb polskich przedsiębiorstw, czy ograniczenie biurokracji. Kiedy trzeba, politycy powinni także być gotowi na ostrą walkę w Brukseli. W polityce nie chodzi o to, by się nie kłócić, ale o to, by się kłócić sprytnie i produktywnie. Nie każde łatwe pieniądze są rzeczywiście łatwe. Jeśli się tego nie nauczymy, stare polskie zaproszenie do wspólnego stołu: „Czym chata bogata!” szybko zamieni się w pytanie, bez odpowiedzi. Chata będzie bogata jedynie w przepisy — aż w końcu zabraknie już samych chat.