Opinie Dzisiaj 17:44 | Jolanta Fischer
[KADR TYGODNIKA] Jak powstaje potwór? Recenzja „Ballady ptaków i węży” Suzanne Collins

„Ballada ptaków i węży” to nie tylko prequel „Igrzysk śmierci”, ale przede wszystkim mroczne studium narodzin tyrana. Suzanne Collins pokazuje, że zło nie zawsze przychodzi nagle. Czasem dojrzewa powoli — karmione strachem, głodem, ambicją i przekonaniem, że kontrola jest jedynym sposobem na ocalenie świata.

W historii literackich złoczyńców nie brakuje postaci, które po prostu rodzą się złe. Są też tacy bohaterowie, których w stronę okrucieństwa popychają traumatyczne doświadczenia. Znacznie rzadziej trafia się jednak opowieść o trzeciej drodze: o złu, które nie jest ani biologicznym wyrokiem, ani prostym skutkiem jednej tragedii. To zło narasta stopniowo, żerując na instynkcie przetrwania, lęku przed utratą pozycji i garści arystokratycznych ambicji.

Właśnie taką historię opowiada Suzanne Collins w „Balladzie ptaków i węży”, prequelu swojej bestsellerowej trylogii „Igrzyska śmierci”.

Akcja powieści rozgrywa się w czasie dziesiątych Głodowych Igrzysk. To Panem inne niż to znane z historii Katniss Everdeen. Kapitol nie jest jeszcze symbolem niewyobrażalnego bogactwa, kiczu i moralnego rozkładu. To miasto wciąż podnoszące się po wojnie, głodne, przestraszone i spragnione odzyskania kontroli nad zbuntowanymi dystryktami.

Właśnie w takim świecie Suzanne Collins pokazuje początki systemu, który później stanie się jedną z najbardziej bezwzględnych machin przemocy w literaturze młodzieżowej. I robi to bez łatwych uproszczeń.

Bohaterem „Ballady ptaków i węży” jest Coriolanus Snow — przyszły prezydent Panem. Tutaj poznajemy go jednak jako nastolatka z arystokratycznym nazwiskiem, ale bez majątku. Jego rodzina ukrywa biedę, wspomnienia wojny są wciąż żywe, a rodowe hasło „Śnieg zawsze na szczycie” brzmi bardziej jak desperackie zaklęcie niż triumfalna deklaracja.

Snow marzy o studiach, które mogłyby zapewnić rodzinie lepszą przyszłość. Aby zdobyć stypendium, zostaje mentorem trybutki z Dwunastego Dystryktu — Lucy Gray Baird. To dziewczyna charyzmatyczna, ekscentryczna i obdarzona artystyczną duszą. Między nią a Coriolanusem rodzi się uczucie, ale od początku trudno jednoznacznie stwierdzić, gdzie kończy się miłość, a zaczyna kalkulacja.

Dziesiąte Głodowe Igrzyska nie przypominają jeszcze perfekcyjnie wyreżyserowanego spektaklu znanego z późniejszych części. Nie ma tu zaawansowanej technologii, efektownych aren ani stylistycznego przepychu. Jest surowa, brudna brutalność.

Trybuci są traktowani raczej jak kara i przypomnienie o wojnie niż jak uczestnicy wielkiego show. Collins dobrze pokazuje moment, w którym społeczeństwo zaczyna oswajać się z okrucieństwem. Najpierw pojawia się krzywda, potem pragnienie odwetu, a na końcu wygodne usprawiedliwienie przemocy.

Największą siłą powieści jest portret psychologiczny Snowa. Collins nie akcentuje jednego momentu, w którym bohater nagle zmienia się w potwora. 

Coriolanus nie staje się kimś zupełnie innym. Raczej dojrzewa w nim to, co miał w sobie od początku: ambicja, lęk przed słabością, potrzeba kontroli i przekonanie o własnej wyjątkowości. Początkowo pewne rzeczy go przerażają. Z czasem zaczyna tłumaczyć je koniecznością. Kolejne wybory coraz mocniej oddalają go od moralności, aż w końcu przemoc zaczyna wyglądać dla niego jak narzędzie porządku.

„Ballada ptaków i węży” jest mniej dynamiczna niż oryginalna trylogia. Znacznie więcej dzieje się tu w głowie bohatera niż na arenie. To może rozczarować tych, którzy oczekują tempa znanego z „Igrzysk śmierci”, ale właśnie w tej psychologicznej warstwie tkwi sens powieści.

Collins nie pisze kolejnej przygodowej historii o walce z systemem. Pisze o tym, jak taki system powstaje — i jak człowiek zaczyna wierzyć, że kontrola, strach i przemoc są jedyną drogą do przetrwania.

Suzanne Collins stworzyła opowieść o błędnym kole przemocy, w którym ofiary i oprawcy potrafią z czasem zamieniać się miejscami. To także książka o społeczeństwie, które stopniowo przyzwyczaja się do okrucieństwa, bo wcześniej samo zostało zranione.

A kiedy „Śnieg zawsze na szczycie” przestaje być rodzinnym mottem, zaczyna brzmieć jak ostrzeżenie.

Zapraszam do obejrzenia materiału wideo i do dyskusji w komentarzach: czy skrajne okoliczności tworzą zbrodniarza, czy tylko wydobywają z człowieka to, co było w nim od początku?

Jolanta Fischer

Jolanta Fischer Autor

Dziennikarz Tygodnika Bydgoskiego
-->