Opinie Dzisiaj 17:47 | Jolanta Fischer
Między klasyką a prowokacją. „Wichrowe Wzgórza. Love to Die” w Teatrze Polskim

fot. Facebook/Teatr Polski

Najnowsza premiera Teatru Polskiego – „Wichrowe Wzgórza. Love to Die” w reżyserii Klaudii Hartung-Wójciak – to spektakl, który próbuje zmierzyć się z jednym z najbardziej znanych romansów w historii literatury. Już na wstępie warto zaznaczyć: nie jest to klasyczna adaptacja powieści Emily Brontë, lecz raczej swobodna, współczesna interpretacja, inspirowana zarówno literackim pierwowzorem, jak i osobistymi doświadczeniami twórców.

Ku pewnemu zaskoczeniu, odniesienia do oryginału są w spektaklu wyraźnie obecne. Choć przefiltrowane przez współczesne standardy i narrację, nie znikają całkowicie, jak bywa w wielu dzisiejszych realizacjach scenicznych. Twórcy zapowiadają, że osią przedstawienia jest temat niespełnienia – utraconych szans, niezrealizowanych pragnień i emocji, które powracają po latach w formie wspomnień czy fantazji.

Na scenie sześcioro aktorów dzieli się historiami własnych relacji – zarówno tych spełnionych, jak i niespełnionych. Poszczególne wątki splata postać babci reżyserki, pani Ireny z Brodnicy, miłośniczki „Wichrowych Wzgórz”, której osobista historia staje się symbolicznym spoiwem całej opowieści. Pomiędzy  kartami swojego egzemplarza powieści, kobieta zostawiła niezaadresowany list o bardzo intymnej, kontrowersyjnej treści. 

Jednym z najmocniejszych atutów przedstawienia jest poczucie humoru. Patetyczne momenty i cięższe refleksje zostały przełamane sarkazmem oraz autoironicznym dystansem, co pozwala widzowi złapać oddech i nadaje całości nieco lżejszy ton.

Twórcy uprzedzają również widzów o obecności treści mogących budzić dyskomfort. Lista poruszanych tematów jest długa i wyraźnie sygnalizuje, że spektakl ma wywołać silne emocje. 

Jednocześnie to właśnie sposób przedstawienia relacji międzyludzkich może budzić największe kontrowersje. Klasyczny wątek Heathcliffa został przekształcony (zmieniono płeć bohatera, kładąc nacisk na relację homoseksualną). W spektaklu dominuje estetyka prowokacji – zarówno w warstwie inscenizacyjnej, jak i w środkach wyrazu. Pojawiają się sceny o wyraźnie erotycznym charakterze, momentami rozciągnięte do granic, które dla części widowni mogą okazać się trudne w odbiorze.

Mężczyźni na scenie noszą kobiece stroje i często wcielają się w kobiece role. 

Zabiegi takie jak zamiana ról płciowych czy wykorzystanie nietypowych rekwizytów (np. odciętych dłoni, które aktorzy oblizują) wpisują się w znany już język współczesnego teatru, który chętnie operuje dekonstrukcją i szokiem. Pytanie jednak, czy w tym przypadku środki te rzeczywiście służą pogłębieniu opowieści, czy raczej ją przesłaniają.

Warto podkreślić, że sama powieść Brontë była dziełem odważnym, operującym silnymi emocjami, namiętnością i destrukcyjną relacją między bohaterami. Spektakl zdaje się jednak iść o krok dalej, akcentując przede wszystkim fizyczny wymiar relacji, co nie zawsze przekłada się na ich emocjonalną wiarygodność.

Deklaracje bohaterów o wielkiej, niemal absolutnej miłości często nie znajdują potwierdzenia w działaniach scenicznych. Zamiast tego widz obserwuje ciąg epizodów opartych na przelotnych fascynacjach i niespełnionych oczekiwaniach. Powracające w spektaklu zdanie o tym, że „mogło wydarzyć się wszystko, a nie wydarzyło się nic”, można odczytać jako jego niezamierzone podsumowanie.

Jolanta Fischer

Jolanta Fischer Autor

Dziennikarz Tygodnika Bydgoskiego
-->