[KADR TYGODNIKA] Merida Waleczna w Śródziemiu, czyli kilka słów o „Wojnie Rohirrimów”
„Wojna Rohirrimów” udowadnia, że nie każda legenda Śródziemia potrzebuje filmowego rozwinięcia. Historia Helma Młotorękiego u Tolkiena była krótka, surowa i mroczna. W animacji Kenjiego Kamiyamy zmienia się w patetyczną opowieść o rudowłosej księżniczce, wojowniczkach z dopisku i scenach, które zbyt często każą tęsknić za Peterem Jacksonem.
Inne z kategorii
Śródziemie w świecie anime
„Kobiety tego kraju już dawno nauczyły się, że ci, którzy nie mają mieczy, wciąż mogą od nich zginąć. Nie lękam się ani śmierci, ani bólu” — mówi Éowina do Aragorna w „Dwóch Wieżach”. Peter Jackson mocno podkreślił tym samym hart ducha kobiet Rohanu. Kilkadziesiąt lat później ktoś uznał najwyraźniej, że zrobił to zbyt subtelnie.
Tak powstała „Wojna Rohirrimów” — animacja z 2024 roku w reżyserii Kenjiego Kamiyamy, osadzona około 200 lat przed wydarzeniami z „Władcy Pierścieni”. Film opowiada o Helmie Młotorękim, wojnie o Rohan i obronie twierdzy, która później stanie się znana jako Helmowy Jar. Punktem wyjścia są dodatki Tolkiena do „Powrotu króla”, ale twórcy szybko odchodzą od ich surowej, kronikarskiej siły.
Główną bohaterką filmu jest Hera, córka Helma — postać, której Tolkien nie wymienił nawet z imienia. Już pierwsze sceny sugerują, że będziemy mieli do czynienia raczej z „Meridą Waleczną” w realiach Rohanu niż z mroczną opowieścią o upadku, oblężeniu i królewskiej legendzie. Rudowłosa księżniczka nie chce wychodzić za mąż, woli galopować po stepach, karmić wielkie orły Manwego i demonstrować niezależność z taką intensywnością, że w tle niemal słychać disneyowskie „Gonię słońce, chwytam wiatr”.
Problemem nie jest sam pomysł na animację ani nawet próba dopowiedzenia historii. Problemem jest ton. „Wojna Rohirrimów” przejmuje z anime przesadny patos, nienaturalne monologi i sceny, w których czas uprzejmie zatrzymuje się, by bohaterowie mogli wygłosić swoje kwestie. Do tego dochodzi animacja, która chwilami nawiązuje wizualnie do filmów Jacksona, ale nie potrafi oddać emocji twarzy ani ciężaru dramatycznych momentów.
Nie-legendy na stepach Rohanu
Największą stratą jest jednak to, co film robi z materiałem Tolkiena. Oryginalna opowieść była krótka, brutalna i przez to bardzo mocna: Freka żąda małżeństwa syna z córką Helma, król odmawia, zabija go jednym ciosem, a wygnany Wulf wraca z armią. Rohan upada, synowie Helma giną, lud chroni się w twierdzy, przychodzi Wielka Zima, a sam Helm zmienia się niemal w upiorną legendę — króla wychodzącego nocą za mury, by gołymi rękami mordować wrogów.
To był materiał na prostą, mroczną historię. Film wybiera jednak efekciarstwo.
Twórcy dopisują do niej sporą dawkę współczesnych motywów, absurdalnych zwrotów akcji i scen żywcem przypominających trylogię Jacksona. Odsiecz królewskiego siostrzeńca wygląda jak powtórka z Éomera. Bitwa o twierdzę jest echem „Dwóch Wież”. Pojawia się nawet wielka kałamarnica, jakby okolice Morii niespodziewanie rozciągały się aż po stawy Rohanu, oraz mumakile, które najwyraźniej odbyły wycieczkę krajoznawczą z południa Śródziemia.
Są też tarczowniczki — zapomniany ród genialnych wojowniczek, oczywiście pomijanych na dworze. Jedną z nich jest Olwyn, służąca Hery, która mimo wieku potrafi skakać z wysokości drugiego piętra i przerzucać metalowe tarcze przez pół pola bitwy. Tradycyjna emerytura w Rohanie musiała mieć bardzo dobry program sprawnościowy.
Nie pomaga Wulf, którego motywacja coraz mniej przypomina polityczną zemstę, a coraz bardziej obsesję na punkcie Hery. Kulminacją tej decyzji jest scena, w której bohaterka staje do walki w sukni ślubnej, przekonana, że przeciwnik „będzie patrzył tylko na nią”. Brzmi to bardziej jak desperacka metafora niż strategia wojskowa.
Do boju, koniku!
Film potrafi też mimowolnie rozbawić. Śmierć młodszego syna Helma zostaje przerobiona na osobliwie sentymentalny epizod z ukochanym, starym kucykiem. Królewski syn Rohanu, kraju koni i jeźdźców, rusza na wojnę na zwierzęciu, które zwyczajnie nie powinno znaleźć się na polu bitwy. To scena, która miała wzruszać, a budzi raczej pytanie, kto w tej twierdzy odpowiadał za zdrowy rozsądek.
Nie znaczy to, że „Wojna Rohirrimów” jest katastrofą. Mogło być gorzej. Problem polega na tym, że bohaterowie nie są szczególnie irytujący — są po prostu nijacy. Trudno im kibicować, trudno im współczuć, trudno się nimi przejąć. Film zostawia widza z obojętnością, a miejscami z mimowolnym śmiechem wywołanym nadmiarem patosu i brakiem logiki.
Czy warto obejrzeć? Warto, ale głównie po to, by jeszcze bardziej docenić trylogię Petera Jacksona. „Wojna Rohirrimów” przypomina bowiem, że nie każda luka w świecie Tolkiena domaga się wypełnienia. Czasem legenda działa najlepiej wtedy, gdy pozostaje legendą.