Opinie Dzisiaj 17:50 | Jolanta Fischer
[OKIEM TYGODNIKA] Stary niedźwiedź wcale nie śpi, czyli opowieści z Jednomilowego Lasu

fot. Pixabay

Dziki nie plądrują śmietników w proteście przeciwko cywilizacji, wilki nie prowadzą walki narodowowyzwoleńczej, a niedźwiedzie nie kierują się moralnością rodem z filmów Disneya. Dzikie zwierzęta robią to, co podpowiada im instynkt. To człowiek musi rozsądnie rozstrzygać konflikty między ochroną przyrody a bezpieczeństwem ludzi.

Ludzkość dzieli się na dwa obozy — tych, których dzieciństwo zdewastowała śmierć Mufasy w „Królu Lwie” i tych, którzy odpowiadają: „hej, a widziałeś kiedyś, jak myśliwy zabija matkę Bambiego?”. Od tej drugiej kategorii wzięło się zresztą popularne określenie „bambinizmu”. Oto okazało się bowiem, że wielu z nas nigdy z tych disneyowskich klisz nie wyrosło, a bajki, które miały uwrażliwić dziecko na cudzą krzywdę, ostatecznie zatarły w umyśle granicę pomiędzy światem ludzi i zwierząt.

Może dlatego wielu aktywistów reaguje rozczuleniem, gdy leśna fotopułapka zarejestruje wilka czy niedźwiedzia, ale już mniej, gdy ten wilk rozszarpie stado owiec lokalnego gospodarza. To swoją drogą ciekawa ironia, kiedy człowiek w tym wilczo-owczym pojedynku zaczyna opowiadać się po „ciemnej stronie mocy”. O wilcze prawa upomniało się nawet niedawno Ministerstwo Klimatu i Środowiska, wypowiadając wojnę zwierzęcym stereotypom i dyskryminującym te ssaki przysłowiom. W serii specjalnych grafik naród został więc pouczony, by nie mówić „człowiek człowiekowi wilkiem” czy „wilczy bilet”. Wszak to skandaliczna próba zrzucenia na niewinne istoty odpowiedzialności za ludzkie winy! Tyle teoria. Praktyka nie wygląda jednak lepiej.

Dyskusja o stygmatyzacji, prawie do życia i okrutnym społeczeństwie wraca z każdą wizytą dzikich zwierząt na terenach miejskich i przydomowych. W ostatnich latach bydgoskie służby kilkukrotnie częstowały środkami nasennymi łosie, które przywędrowały na lokalne place zabaw, spacerowały po rondzie czy z zaciekawieniem spozierały na sklepowe szyldy galerii handlowej. „Masowej zbrodni” dokonano w Warszawie na rodzinie dzików, która prowadziła intensywną akcję poszukiwawczą w blokowym śmietniku w pobliżu bawiących się dzieci. Z kolei makabryczny atak wilków na przebywające w zamknięciu i zabezpieczone owce w Jeżewie niedaleko Łabiszyna (zginęło wtedy 27 owiec, a blisko 60 zostało rannych), w wielu komentarzach skwitowano jedynie suchym zdaniem o konieczności jeszcze większych zabezpieczeń, winie gospodarza i – najważniejsze – całej ludzkości, która „kradnie zwierzętom las”.

Ten ostatni argument to filar wielu obrońców braci mniejszych. Tyle tylko, że filar chwiejny. Dane bowiem są nieubłagane – w Polsce powierzchnia lasów regularnie się… zwiększa. W 2025 roku o 1,8 tys. hektarów. Lesistość Polski wynosiła 29,6 proc. — wobec niespełna 21 proc. bezpośrednio po wojnie. Oczywiście problem jest bardziej złożony, bo większe zalesienie nie oznacza tej samej jakości ekosystemu. Niekiedy lasy mieszane zastępowane są monokulturami. Nie bez znaczenia pozostają także lokalne wycinki drzew pod inwestycje. W tych konkretnych miejscach zwierzęta rzeczywiście mogą być zdezorientowane i wkraczać na tereny zamieszkane już przez człowieka. Nie składają się one jednak na obraz ogólnokrajowego „wielkiego wywłaszczenia”.

Wiele przypadków dotyczy zjawiska dużo bardziej prozaicznego – łatwego dostępu do pożywienia. Dziki i niedźwiedzie lubią zaglądać do rogu obfitości w postaci naszych śmietników i kompostowników, łosie — mówiąc językiem Disneya — są po prostu „zakochane”, a podczas wielokilometrowej wędrówki do ukochanych niestraszne im płoty ani samochody. Wilki, podobnie jak inne drapieżniki, wolą atakować bezbronne ofiary niż trudzić się godzinami polowań i pościgów. To kwestia oszczędzania energii i zasobów.
Zamiast więc snucia opowieści o rzekomo wycinanym Jednomilowym Lesie i tragedii biednych zwierząt, lepiej zastanowić się nad tym, co naprawdę dobre dla natury. Interes gatunku nie zawsze pokrywa się przecież z interesem konkretnego osobnika. Stołujący się przy domu niedźwiedź przyzwyczaja się do ludzi i braku zagrożenia. Zatraca więc wrodzoną płochliwość. Podobny proces może dotyczyć wilków, jeśli oswoją się z obecnością człowieka i zaczną podchodzić do zabudowań w poszukiwaniu łatwej zdobyczy. Wtedy zagrożone mogą być nie tylko owce, lecz także psy. Majestatyczne stworzenia tracą to, za co tak je kochamy — swoją dzikość i niezależność. Stają się też bardziej podatne na ataki.

Nieśmiertelny argument o kradzieży lasu wydaje się zresztą zupełnie pusty. Jeśli cofniemy się w czasie odpowiednio daleko, z łatwością odkryjemy, że absolutnie każda działalność ludzkości siłą rzeczy zajmowała miejsce natury. Cały świat był kiedyś oceanem, lasem, pustynią lub tundrą. Cóż więc uczynić, by odpokutować ten straszliwy grzech? Jeśli wędrówki zwierząt są naszą winą – podążając logiką części współczesnych komentatorów – musimy je pokornie zaakceptować. Nawet gdy dochodzi do naprawdę groźnego spotkania, internet huczy od oburzonych głosów: sami jesteśmy sobie winni, bo to zwierzęta były tu pierwsze. Czyje dziecko powinniśmy więc złożyć w ofierze krwawemu bóstwu przyrody? Tego już nikt nie odważył się wskazać. Zresztą wydaje się to wyjątkowo dziecinnym podejściem: „kto pierwszy, ten lepszy”. Natura nigdy nie działała w ten sposób. Od zarania dziejów poszczególne gatunki ze sobą rywalizowały i wzajemnie się wypierały. Ewolucja rzadko się rozczula.

W wielkim procesie moralnym dzikie zwierzęta nie są oskarżonymi ani ofiarami. One kierują się wyłącznie jedną ideologią – ideologią przetrwania. To ludzie muszą więc rozsądnie zarządzać konfliktem natury i bezpieczeństwa. Oni także są jej częścią i także mają prawo do jej kształtowania. Tym bardziej że ona sama nie zna raportów o lesistości, haseł o ekologii oraz dziejowej winie człowieka. Nie płacze za zastrzeloną matką Bambiego i nie stawia lwa w roli władcy uszczęśliwionych zebr. Przyroda to nie stado samotnych bohaterów, tylko ogromny system zależności. Dobro wilków nie jest ważniejsze od dobra owiec.

Na razie za wcześnie na masową panikę. Przyzwyczailiśmy się do tego, że stary niedźwiedź mocno śpi. Drapieżniki znamy i kochamy w naszej wyobraźni – tym bezpiecznym miejscu, w którym mówią ludzkim głosem i zabijają jedynie w razie konieczności. Ale wkrótce może się okazać, że niedźwiedź już od dawna jest rozbudzony i wcale nie w nastroju do opowiadania bajek.

Jolanta Fischer

Jolanta Fischer Autor

Dziennikarz Tygodnika Bydgoskiego
-->