Opinie Dzisiaj 17:47 | Jolanta Fischer
[OKIEM TYGODNIKA] Czapka-niewidka i potwór pod łóżkiem

fot. pixabay/ilustracyjne

Czasem wystarczy zamazać słowo, rozmyć symbol albo zastąpić niewygodne pojęcie łagodniejszym odpowiednikiem, by poczuć, że problem stał się odrobinę mniej groźny. Tyle że rzeczywistość nie działa jak dziecięca zabawa w chowanego. To, czego nie nazywamy wprost, nie znika — czasem po prostu trudniej nam to rozpoznać...

Ciężkie jest życie pedagoga nauczającego dzieci w spektrum autyzmu. Nie tylko ze względu na trudne warunki pracy i wielką odpowiedzialność. Od czasu do czasu pojawiają się bowiem także… irytująco logiczne pytania. Na przykład te, dotyczące „dziwacznych” rozwiązań w podręczniku od historii, bo „Dlaczego ten zły niemiecki znak nie jest odpowiednio «wyblurowany»”? Moja siostra zareagowała bez wahania – „Żebyś wiedział, że to właśnie ten znak i dlaczego jest zły”. Dobrze. To logiczne. I bardzo niewspółczesne. Dziecko doznaje dysonansu poznawczego. W sieci widzi podobne symbole zamazane. Ocenzurowane słowa. Garść tajemniczych gwiazdek i retorycznych popisów, byle tylko nie padło wprost określone słowo lub obraz. Portale tną zasięgi i blokują wpisy. Swastyka w odmętach internetu bywa absolutnie niedopuszczalna. Swastyka w podręczniku już tak. Algorytmy nie potrafią czytać kontekstu. Z równym zaangażowaniem pożerają zarówno zdjęcie tortu urodzinowego dla Adolfa Hitlera, jak i merytorycznie opisane historyczne fotografie z czasów okupacji.

Chodzi o coś znacznie poważniejszego niż blokowanie wartościowych treści i lingwistyczna gimnastyka w poszukiwaniu najbardziej kreatywnych eufemizmów. Kształtujemy bowiem przestrzeń, w której na zbyt brzydkie elementy nakładamy czapkę-niewidkę. Z ufnością godną kilkuletniego dziecka wierzymy, że jeśli tylko mocno zaciśniemy powieki, potwór zniknie. Zła wiadomość: wcale nie. Jeśli zamiast słowa „gwałt”, napiszemy „gw*łt”, nic się nie zmieni. Problemem pozostaje zjawisko, a nie jego określenie. Zło należy nazywać wprost. W przeciwnym razie pozwolimy mu kiełkować w cieple wygodnej ciszy. Unikając słów: „molestowanie”, „rasizm”, „samobójstwo”, niejako zagłaskując język i obraz, możemy utrudniać dzieciom rozpoznawanie i komunikowanie zagrożeń. Wiedzą, że pod łóżkiem jest potwór, ale nie potrafią opisać, jak wygląda. Nie rozumieją, czego się boją i kiedy powinny uciekać.

Oczywiście z drugiej strony istnieje zupełnie inne, ale wcale nie mniejsze niebezpieczeństwo – niedocenienia języka. To jak mówimy, może mieć ogromny wpływ na postawę społeczeństwa. Odczłowieczający język III Rzeszy pomagał legitymizować zbrodnie. Dziś również widać podobne próby. Nawet określenie zgodne z faktami potrafi przesuwać akcent i wpływać na sposób postrzegania opisywanego zjawiska. Niekiedy chętniej wspominamy na przykład o naukowym, ale bardziej bezosobowym i niezwiązanym wyłącznie z populacją ludzką „płodzie” niż o  „fazie płodowej życia człowieka” czy „dziecku w łonie matki”. Każde z tych określeń uruchamia nieco inną perspektywę. Jesteśmy też kreatywni na płaszczyźnie słów zastępczych. Z niewinnym uśmiechem sięgamy po „politykę informacyjną” zamiast po propagandę” i wolimy korektę cenową” od podwyżki cen”. Ale właśnie tutaj tkwi sedno sprawy. Zadaniem języka w debacie jest jak najdokładniejsze i jak najuczciwsze opisywanie rzeczywistości. Im poważniejszy temat, tym większa odpowiedzialność, a eufemizm może być zarówno przejawem empatii, jak i narzędziem wyparcia. Troska o tę precyzję powinna spędzać nam więc sen z oczu skuteczniej od dziecięcych strachów.

Mamy przecież do tego odpowiednie narzędzia. Język polski jest silnie fleksyjny i niezwykle produktywny słowotwórczo. Jest też… wrażliwy. Oferuje całą gamę zdrobnień, spieszczeń lub odwrotnie – przekleństw i zgrubień. To duże pole do popisu i do… potknięć. Poza tym korzystaliśmy z tabu, zanim to stało się modne. Słowo „niedźwiedź” (prasłow. „zjadacz miodu”) powstało prawdopodobnie właśnie wskutek próby „ominięcia” właściwej nazwy groźnego stworzenia. Zwierzę przetrwało ten lingwistyczny zamach i włos mu z pyska nie spadł. Polszczyzna także przetrwała – choć w nieco innej formie.

Dziecko w spektrum autyzmu wiedziało o istnieniu „złego niemieckiego znaku” i – na szczęście – jeszcze potrafiło go rozpoznać. Wcześniejsze próby cenzury nie sprawiły więc, że swastyka zniknęła. Pomidor nie przestanie być pomidorem, tylko dlatego, że nazwano go jabłkiem. Natomiast my możemy go wtedy błędnie zdefiniować. Zamiast rzeczywistości zmieniamy własną świadomość. A to dużo groźniejsze.

Jolanta Fischer

Jolanta Fischer Autor

Dziennikarz Tygodnika Bydgoskiego
-->