Opinie Dzisiaj 09:12 | Redaktor
Winnicki odpowiada Zełenskiemu: „Nie zaakceptujemy kultu ludobójców”

Decyzja Wołodymyra Zełenskiego o nazwaniu jednej z ukraińskich jednostek wojskowych mianem UPA wywołała w Polsce mocną reakcję. Robert Winnicki opublikował obszerny wpis, w którym tłumaczy, dlaczego dla Polaków kult Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii nie jest „sporem o symbole”, lecz sprawą pamięci o ludobójstwie.

Robert Winnicki w swoim wpisie postawił pytanie: jaki problem mają Polacy z Banderą, historią UPA i decyzją prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego o nazwaniu jednostki wojskowej imieniem Ukraińskiej Powstańczej Armii? Odpowiedź rozbudował w szeroką historyczną opowieść, obejmującą okres międzywojenny, II wojnę światową, ludobójstwo dokonane na Polakach oraz późniejsze polskie akcje odwetowe.

Już na początku zaznaczył, że chce przedstawić sprawę szerzej, także z myślą o odbiorcach ukraińskich. Jego zdaniem problem nie sprowadza się do dawnych polsko-ukraińskich sporów ani do samego faktu, że Ukraińcy budują własny panteon bohaterów narodowych. Granica, której Polacy — według Winnickiego — nie mogą zaakceptować, przebiega tam, gdzie zaczyna się kult sprawców masowych mordów na ludności cywilnej.

Źródła konfliktu: od II RP do OUN

Winnicki rozpoczyna swój wywód od przypomnienia sytuacji po 1918 roku. Polska odzyskała niepodległość po 123 latach zaborów, ale była państwem wielonarodowym. Oprócz Polaków zamieszkiwali ją Żydzi, Ukraińcy, Białorusini, Litwini i inne grupy narodowe. Ukraińcy stanowili znaczącą część obywateli II Rzeczypospolitej.

Autor wpisu podkreśla, że ukraiński nacjonalizm okresu międzywojennego wyrósł z klęski prób stworzenia własnego państwa po I wojnie światowej oraz z wojny polsko-ukraińskiej o Małopolskę Wschodnią. Dla wielu działaczy ukraińskich porażka ta miała być dowodem, że droga kompromisu i polityki parlamentarnej zawiodła. Z tej atmosfery — jak relacjonuje Winnicki — wyrosły najpierw Ukraińska Organizacja Wojskowa, a następnie Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów.

Ważne miejsce w tym opisie zajmuje Dmytro Doncow i jego doktryna integralnego nacjonalizmu. Winnicki przypomina, że Doncow odrzucał demokratyczny pluralizm i humanitaryzm, stawiając w ich miejsce wolę, fanatyzm, przemoc polityczną i bezkompromisowość. To właśnie ta ideologia miała przygotować grunt pod późniejszy terror.

„Dekalog ukraińskiego nacjonalisty” i logika przemocy

Wpis Winnickiego zwraca uwagę na dokumenty ideowe ukraińskiego nacjonalizmu, w tym „Dekalog ukraińskiego nacjonalisty” Stepana Łenkawskiego. Autor wskazuje szczególnie na hasła mówiące o zdobyciu państwa ukraińskiego albo śmierci w walce, o nienawiści i bezwzględnej walce z wrogami narodu oraz o gotowości do najniebezpieczniejszych czynów, jeśli wymaga tego sprawa.

Winnicki nie neguje przy tym, że po stronie ukraińskiej istniał rachunek krzywd. Wymienia walki o Lwów, polonizację, ograniczanie ukraińskich aspiracji narodowych i represyjne działania państwa polskiego, w tym pacyfikację Małopolski Wschodniej w 1930 roku. Jednocześnie stawia mocną tezę: Polska nie prowadziła wobec Ukraińców planowej eksterminacji, natomiast radykalny nurt ukraińskiego nacjonalizmu świadomie wybrał terror jako narzędzie polityczne.

Jako przykłady tej przemocy wskazuje zabójstwa Tadeusza Hołówki, Bronisława Pierackiego i Iwana Babija. Szczególnie podkreśla postać Hołówki — polskiego polityka szukającego porozumienia z Ukraińcami — oraz Babija, Ukraińca krytycznego wobec skrajnego nacjonalizmu. Zdaniem Winnickiego pokazuje to, że OUN uderzała nie tylko w Polaków, lecz także w Ukraińców uznanych za przeszkodę dla rewolucyjnej linii ruchu.

Od terroru do ludobójstwa

Najobszerniejsza część wpisu dotyczy wydarzeń II wojny światowej. Winnicki pisze, że po upadku państwa polskiego we wrześniu 1939 roku Polacy znaleźli się pod okupacją dwóch totalitaryzmów — niemieckiego i sowieckiego. Równocześnie, jak twierdzi, narastał ukraiński terror wymierzony w ludność polską.

Według autora od 1943 roku przybrał on formę zaplanowanej, masowej i metodycznej eksterminacji ludności cywilnej. Kulminacją była antypolska akcja OUN i UPA na Wołyniu oraz w Galicji Wschodniej. Winnicki przypomina, że w latach 1943–1947 zginęło co najmniej 100 tys. Polaków, a w innych szacunkach pojawia się liczba do 130 tys. ofiar. Zaznacza też, że ofiarami ukraińskich nacjonalistów byli również Ormianie, Żydzi, Czesi oraz Ukraińcy, którzy odmawiali udziału w mordach albo pomagali Polakom.

W opisie pojawiają się najważniejsze daty i miejsca: Parośla, zaatakowana 9 lutego 1943 roku; tzw. krwawa niedziela 11 lipca 1943 roku; Janowa Dolina; Ostrówki i Wola Ostrowiecka; Podkamień; Huta Pieniacka; Chodaczków Wielki. Winnicki akcentuje nie tylko skalę zbrodni, ale także ich metodę: jednoczesność ataków, mordowanie całych wsi, palenie zabudowań, zabijanie kobiet, dzieci, starców i duchownych.

W jego ujęciu nie była to seria przypadkowych ekscesów ani brutalna partyzantka. Była to — jak pisze — „ideologicznie uzasadniona i organizacyjnie kierowana kampania przemocy”, która od 1943 roku przyjęła postać ludobójstwa.

Polskie akcje odwetowe: „bez symetrii”

Winnicki osobny fragment poświęca polskim akcjom odwetowym. Zaznacza, że uczciwość wymaga opisania także przemocy po stronie polskiej. Przyznaje, że takie akcje miały miejsce, bywały brutalne i prowadziły do śmierci ukraińskich cywilów, również kobiet i dzieci.

Jako przykłady wymienia Sahryń z marca 1944 roku oraz Pawłokomę z marca 1945 roku. Nie relatywizuje tych wydarzeń i nazywa je ciężkimi zbrodniami. Zarazem jednak stanowczo odrzuca symetrię między polskim odwetem a działaniami OUN-UPA.

Według Winnickiego różnica polegała na skali, charakterze i celu. Po stronie OUN-UPA — jak twierdzi — mieliśmy do czynienia z centralnie inspirowaną, masową akcją eksterminacyjną wymierzoną w polską zbiorowość. Po stronie polskiej były samoobrona, walka z UPA i akcje odwetowe, które czasem stawały się zbrodnicze, ale nigdy nie przybrały formy całościowego planu zagłady Ukraińców.

To jeden z kluczowych punktów jego wywodu: polskie zbrodnie odwetowe należy pamiętać i potępiać, ale nie mogą one — zdaniem Winnickiego — służyć do zacierania zasadniczej różnicy między odwetem a ludobójstwem.

Ukraina, Polska i Rosja

W końcowej części wpisu Winnicki przechodzi od historii do politycznej refleksji nad współczesnością. Przypomina, że historia ukraińska jest dramatyczna, a Ukraińcy — podobnie jak Polacy — są narodem zahartowanym w wielowiekowej walce.

Zwraca też uwagę na szerszy kontekst geopolityczny. Jego zdaniem zachodnia część Rusi zachowała przez stulecia odrębność od Moskwy m.in. dzięki unii Wielkiego Księstwa Litewskiego z Królestwem Polskim i obecności Rzeczypospolitej na tych terenach. Winnicki formułuje tu dwie tezy: że dorzecza Dniepru nigdy nie udawało się bronić przed Moskwą bez wsparcia znad Wisły oraz że gdy Dniepr wpadał w ręce Moskwy, zaczynała się presja na dorzecze Wisły.

To ważny element jego tekstu, bo pokazuje, że nie jest to wpis antyukraiński w prostym sensie. Winnicki uznaje dramatyczne doświadczenie Ukrainy, jej walkę z Rosją i prawo do budowania własnej tożsamości. Ale właśnie dlatego uważa, że powrót do kultu OUN-UPA jest dla Ukrainy historycznym i moralnym błędem.

„Nie zaakceptujemy kultu ludobójców”

Najmocniej brzmi końcowy apel. Winnicki pisze, że Polacy mogą zrozumieć, iż Ukraina szuka bohaterów narodowych. Mogą przyjąć, że część tych bohaterów była z polskiego punktu widzenia kontrowersyjna, tak jak część polskich postaci może być kontrowersyjna dla Ukraińców. „Trzeba czcić wojowników” — stwierdza w swoim stylu.

Ale natychmiast dodaje, że czym innym jest cześć dla wojowników, a czym innym kult ludzi odpowiedzialnych za masowe mordy kobiet i dzieci. Tego — podkreśla — Polacy nie zrozumieją i nie zaakceptują.

Winnicki porównuje też ukraiński problem z kultem OUN-UPA do rosyjskiego kultu Stalina, Armii Czerwonej i NKWD. Zaznacza jednak różnicę: Rosjanie często czczą masowych zbrodniarzy świadomie i bez wstydu, natomiast Ukraińcy — jego zdaniem — raczej wypierają prawdę o ludobójczym charakterze działalności OUN-UPA. W tym dostrzega „nieśmiałą nadzieję na przyszłość”, ale jednocześnie stwierdza, że obecnie „nie mamy gdzie się spotkać”.

Wpis kończy osobistym podpisem. Robert Winnicki przypomina, że jest praprawnukiem Anny Hołówko, grekokatoliczki z województwa tarnopolskiego, której syn i wnuk — dziadek Winnickiego — cudem uniknęli śmierci z rąk OUN-UPA w czasie II wojny światowej. W ten sposób historyczny i polityczny wywód zostaje zamknięty osobistym świadectwem pamięci rodzinnej.

Poniżej osadzamy oryginalny wpis Roberta Winnickiego z Facebooka.

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor
-->