Opinie Dzisiaj 17:44 | Jolanta Fischer
[KADR TYGODNIKA] Ohana znaczy rodzina. Ale czy na pewno? Recenzja aktorskiego „Lilo i Stitcha”

fot. kadr z filmu „Lilo i Stitch”

Czy bycie niegrzecznym zawsze oznacza złe wychowanie? Czy adopcja zwierzątka to wyłącznie dziecięcy kaprys? I wreszcie: czy w rodzinie można… iść na studia? Nowa wersja „Lilo i Stitcha” próbuje odpowiedzieć na te pytania, miejscami zaskakująco dobrze, miejscami zaś tak, jakby ktoś przy scenariuszu zgubił nie tylko Stitcha, ale i kilka najważniejszych sensów oryginału.

Disney wraca na Hawaje

„Lilo i Stitch” to kolejna produkcja Disneya wpisująca się w trwający od lat trend przenoszenia klasycznych animacji na język filmu aktorskiego. Po doświadczeniach z podobnymi przedsięwzięciami można było podchodzić do tej premiery z uzasadnionym lękiem. Czy twórcy znów postanowią poprawiać historię, która nie wymagała naprawy? Czy w imię współczesnych mód rozmontują jedną z najpiękniejszych i najbardziej wartościowych opowieści Disneya?

Po seansie można jednak odetchnąć. Nowego „Lilo i Stitcha” da się obejrzeć bez estetycznych i etycznych mdłości. To już całkiem sporo, zważywszy na obecne standardy przerabiania klasyki. Disney tym razem opowiada historię dość wiernie, choć nie bez zmian. Niektóre okazują się trafione. Inne są co najmniej dyskusyjne.

Samotność Lilo wybrzmiewa mocniej

Największą zaletą nowej wersji jest pogłębienie sytuacji rodzinnej Lilo. W animacji dziewczynka była samotna, niezrozumiana i trudna dla otoczenia. W filmie aktorskim jej wyobcowanie zostaje pokazane jeszcze mocniej. Lilo nie tylko czuje się inna. Ona zostaje wprost odrzucona przez rówieśników. Nie ma przyjaciół, koleżanki ciągle się z niej wyśmiewają, a zapracowana starsza siostra Nani, nie jest w stanie zapewnić jej takiego wsparcia, jakiego dziewczynka potrzebuje.

Dzięki temu pragnienie adopcji „pieska” staje się bardziej zrozumiałe. Lilo nie chce po prostu zwierzątka, które można przytulić, nakarmić i nazwać. Ona szuka kogoś, kto będzie przy niej. Kogoś równie niepasującego do świata jak ona sama.

Stitch działa tu jako jej lustrzane odbicie. Rozrabia, niszczy i doprowadza otoczenie do rozpaczy, ale za tym chaosem kryje się samotność. Tak jak Lilo, Stitch czuje się odrzucony. Tak jak ona, tęskni za rodziną. I tak jak ona, potrzebuje kogoś, kto zobaczy w nim coś więcej niż problem do usunięcia.

Komisarz Bąbel traci legendę

Nie wszystkie zmiany wyszły jednak filmowi na dobre. Najbardziej boli przepisanie postaci komisarza Bąbla. W animacji był jedną z najbardziej enigmatycznych figur. Do końca trudno było jednoznacznie określić, jakie są jego faktyczne intencje. Budził respekt, niepokój i ciekawość. Był postacią, której nie trzeba było dopowiadać zbyt wiele, bo właśnie w tym tkwiła jej siła.

W nowej wersji tajemnica znika. Bąbel zostaje sprowadzony do roli agenta CIA, który ma chronić Ziemię przed kosmitami, a ostatecznie pomaga głównej bohaterce. Zamiast intrygować, chwilami zaczyna po prostu bawić. I choć humor sam w sobie nie jest grzechem, to w tym przypadku odbywa się kosztem jednej z ciekawszych postaci oryginału.

Zmiana odbiera  postaci to, co było w niej najciekawsze.

David na marginesie, Nani w centrum wątpliwości

Szkoda również, że ograniczono rolę Davida. W animacji chłopak Nani był dla niej realnym wsparciem. Pomagał, trwał obok, był częścią ich świata. W filmie aktorskim staje się raczej nieśmiałym, nieco fajtłapowatym młodzieńcem, który podkochuje się w Nani, ale nie odgrywa większej roli w życiu sióstr. To postać sympatyczna, lecz wyraźnie mniej potrzebna niż pierwowzór.

Osobną sprawą jest sama Nani. Filmowa wersja tej bohaterki budzi pewien dysonans, zwłaszcza w zestawieniu z Lilo. Starsza z sióstr nie jest wizualnie podobna do młodszej, co momentami wybija z rodzinnej relacji. Oczywiście podobieństwo aktorek nie jest warunkiem dobrej opowieści, ale tutaj kontrast jest na tyle wyraźny, że trudno go nie zauważyć.

Największy problem z Nani nie leży jednak w wyglądzie, lecz w zmianie ciężaru całej historii. W animacji opowieść była przede wszystkim o rodzinie, której nie wolno porzucić. W filmie coraz mocniej przebija się pytanie o to, czy Lilo nie stoi siostrze na drodze do samorealizacji. To temat ważny, ale wprowadzony w sposób, który osłabia pierwotny morał.

Brakuje sceny, która łamała serce

W nowym „Lilo i Stitchu” zabrakło też jednej z najbardziej wzruszających scen oryginału. Widzowie pamiętający animację mogą czekać na moment, w którym Stitch błąka się po lesie i powtarza złamanym głosem, że się zgubił oraz że „ohana znaczy rodzina”. 

W filmie aktorskim rozwiązano to inaczej. Stitch wraca do schroniska i mówi, że jest zły, bo zepsuł rodzinę. To scena mniej dotkliwa, bardziej zachowawcza. Być może twórcy chcieli oszczędzić najmłodszym widzom zbyt mocnego emocjonalnego ciosu. Być może starszym też — przyznajmy uczciwie, nie wszyscy wychodzimy cało z takich disneyowskich szantaży emocjonalnych.

Mimo wszystko szkoda. Oryginał nie bał się wzruszenia. Nowa wersja czasem sprawia wrażenie, jakby obawiała się własnej siły.

Maia Kealoha kradnie film

Na duże uznanie zasługuje natomiast odtwórczyni roli Lilo. Maia Kealoha znakomicie udźwignęła tę postać. Jest urocza, ale nie przesłodzona. Budzi współczucie, wzruszenie, a chwilami także irytację — i właśnie dlatego wypada wiarygodnie. Lilo nie jest tu grzeczną dziewczynką z katalogu zabawek. Jest dzieckiem zranionym, upartym, samotnym i głodnym miłości.

Relacja Lilo ze Stitchem została pokazana bardzo dobrze. Widać między nimi podobieństwo, ale też napięcie. Oboje są trudni. Oboje sieją chaos. Oboje potrzebują kogoś, kto nie ucieknie po pierwszej katastrofie.

Dużym plusem filmu jest również humor, zwłaszcza w pierwszych scenach rozgrywających się w kosmosie. „Różowa psychopatka” marząca o wysadzeniu Ziemi czy przesadnie entuzjastyczny ufoludek zafascynowany ludźmi, naprawdę robią robotę. Później bywa słabiej, szczególnie gdy dialogi skręcają w stronę fizjologicznego humoru, ale na szczęście nie przekracza to granicy nieznośności.

Opieka społeczna z planety Chaos

Większym problemem pozostają meandry działania opieki społecznej na wyspie. Kuratorka najpierw surowo weryfikuje warunki życia Lilo, potem daje Nani kolejne szanse, by w końcu zacząć namawiać ją do zrzeczenia się praw do opieki nad siostrą. Zapewnia przy tym, że dziewczynka i tak będzie mogła się z nią widywać.

Brzmi to co najmniej ryzykownie. Co, gdyby Lilo została adoptowana przez kogoś z drugiego końca świata? Co, gdyby kontakt sióstr został ograniczony? Co, gdyby system zadziałał nie tak, jak życzliwie zakłada scenariusz? Film tych pytań właściwie nie zadaje, choć sam do nich prowokuje.

Finał, który zmienia sens „ohany”

Największe wątpliwości budzi jednak końcówka. W animacji morał był jasny, mocny i wzruszający: ohana znaczy rodzina, a w rodzinie nikogo się nie porzuca. W filmie aktorskim akcent zostaje przesunięty. Lilo zaczyna jawić się jako przeszkoda na drodze Nani do rozpoczęcia wymarzonych studiów. W końcu sama namawia siostrę, by wyjechała z wyspy i zajęła się swoim życiem.

Pada zdanie: „Musisz się nią opiekować, ale musisz się też zaopiekować sobą”. Brzmi ono jak wyłom w fundamencie opowieści.

Dziewczynkę przygarnia sąsiadka. I tu pojawiają się pytania, na które film nie odpowiada. Dlaczego ta sama sąsiadka nie pomogła siostrom wcześniej, skoro była na to gotowa? Dlaczego musiało dojść do całej afery z kuratorką i niemal utratą praw do opieki nad Lilo? Na jakiej podstawie wszyscy zakładają, że sąd bez większych komplikacji powierzy dziecko właśnie jej?

To rozwiązanie jest wygodne scenariuszowo, ale emocjonalnie mniej przekonujące. Pozwala Nani ruszyć dalej, lecz rozmywa prostotę i siłę pierwotnego przesłania.

Warto obejrzeć, ale animacja zostaje królową

Aktorskiego „Lilo i Stitcha” można oglądać z przyjemnością. Film ma serce, kilka udanych scen, dobrą główną rolę i momenty autentycznego humoru. Od czasu do czasu widz się uśmiechnie. Od czasu do czasu być może nawet spoci mu się oko.

A jednak to animowana wersja pozostaje opowieścią mocniejszą, mądrzejszą i bardziej wartościową. Paradoksalnie to właśnie bajka sprzed lat mniej bała się trudnych emocji i mówiła o rodzinie z większą odwagą. Nowy film bywa ładny, sympatyczny i wzruszający, ale oryginał miał w sobie coś, czego nie da się tak łatwo odtworzyć aktorskim kostiumem i komputerowym stworkiem.

Najlepiej więc zrobić rzecz najrozsądniejszą: obejrzeć nową wersję z ciekawości, a potem wrócić do animacji. Z kubkiem herbaty, paczką chusteczek i świadomością, że „Lilo i Stitch” nigdy nie był tylko bajką dla dzieci.

Szersze omówienie filmu znajdą Państwo w dołączonym materiale wideo.

Jolanta Fischer

Jolanta Fischer Autor

Dziennikarz Tygodnika Bydgoskiego
-->