[KADR TYGODNIKA] Włos jak heban, skóra niczym oliwki. Nowa „Śnieżka” gubi sens baśni
fot. Filmweb
Disneyowska „Śnieżka” miała być nowoczesną wersją klasycznej opowieści. W praktyce dostajemy musical, który próbuje poprawiać baśń, ale po drodze gubi jej prostotę, logikę i urok. Zostają efektowne dekoracje, kilka udanych żartów krasnoludków i sporo pytań o to, po co właściwie sięgać po klasykę, skoro chce się opowiedzieć zupełnie inną historię.
Inne z kategorii
Baśń „poprawiona” na współczesną modłę
Doczekaliśmy się. Królewna Śnieżka wróciła — najpierw do kin, a potem na ekrany użytkowników Disney+. W wersji odświeżonej wizualnie i, rzecz jasna, kulturowo. Kto jednak liczył na klasyczną baśń o królewnie z włosami jak heban i cerą białą jak śnieg, może poczuć się zaskoczony.
Nowa „Śnieżka” jest bowiem nie tyle ekranizacją dawnej opowieści, ile jej gruntowną przebudową. Główna bohaterka, grana przez Rachel Zegler, ma latynoską urodę, co samo w sobie nie jest problemem. Problem zaczyna się tam, gdzie twórcy próbują jednocześnie zachować tytuł, symbolikę i mitologię pierwowzoru, a zarazem udawać, że opowiadają coś całkiem innego.
Sama Zegler jeszcze przed premierą dolała oliwy do ognia, krytykując oryginalną fabułę jako przestarzałą. Zapowiadano więc królewnę, która nie będzie czekała na prawdziwą miłość, lecz odkryje w sobie... silną, niezależną liderkę.
Krasnoludki, złodzieje i magiczne zwierciadło
Pierwsze zwiastuny sugerowały, że nawet krasnoludki mogą zejść na dalszy plan, zastąpione przez wielokulturową drużynę wędrownych złodziei. Ostatecznie jednak się pojawiają i — trzeba to uczciwie przyznać — wnoszą odrobinę ciepła oraz humoru. To jedne z nielicznych momentów, w których film przypomina, że baśń powinna mieć wdzięk.
Gorzej wypada strona wizualna. Choć widać tu inspiracje klasyczną animacją, a niektóre miejsca — jak studnia czy zaczarowany las — mają swój urok, całość często sprawia wrażenie przesadnie komputerowej. Leśne zwierzęta i krasnoludki bywają tak sztuczne, że zamiast zachwytu pojawia się chłodna świadomość patrzenia na efekt cyfrowy.
Osobną sprawą jest Gal Gadot jako zła królowa. Magiczne zwierciadło uparcie twierdzi, że to Śnieżka jest najpiękniejsza, co w tej wersji prowadzi niektórych widzów raczej do refleksji nad gustem zwierciadła niż nad dramatem zazdrości. O gustach podobno się nie dyskutuje, choć twórcy bardzo starają się nas do takiej dyskusji sprowokować.
Królestwo bez szarlotki
W „postępowej" wersji Śnieżka zawdzięcza imię nie urodzie, lecz śnieżycy, która rozpętała się w noc jej narodzin. Już to ma zapowiadać jej niezwykłą siłę charakteru. Dorasta w idyllicznym królestwie, gdzie wszyscy się uśmiechają, dobro płynie szerokim strumieniem, a atmosfera jest tak słodka, że niemal słychać w tle chór aniołów.
Potem umiera królowa, król poślubia złą czarownicę, po czym wyrusza na wojnę — nie bardzo wiadomo z kim, po co i dlaczego. Ważne, że znika z ekranu. Śnieżka zostaje zdegradowana do roli służącej, a królestwo pogrąża się w biedzie.
Symbolem tyranii macochy staje się między innymi zakaz rozdawania poddanym szarlotki, co Śnieżka robiła kiedyś z rodzicami. I tu film mimowolnie ociera się o komizm: głód, ucisk, upadek królestwa — wszystko to jest dramatyczne, ale dopiero odebranie ludowi szarlotki brzmi jak zbrodnia, której nie wybaczyłaby żadna cywilizowana wspólnota.
Liderka, której trzeba uwierzyć na słowo
Dalsza część filmu korzysta z motywów znanych z baśni. Jest próba zabójstwa, jest myśliwy, który pozwala Śnieżce uciec, są krasnoludki, zatrute jabłko i pocałunek prawdziwej miłości. Problem w tym, że klasyczne elementy wyglądają tu jak obowiązkowe punkty do odhaczenia, a nie naturalna część opowieści.
Zamiast księcia pojawia się przywódca złodziei, przyłapany wcześniej na kradzieży ziemniaków. Początkowo sceptyczny wobec bohaterki, z czasem zaczyna przekonywać wszystkich dookoła, że Śnieżka przypomniała mu, czym jest odwaga. W którym dokładnie momencie — trudno powiedzieć. Film każe nam po prostu przyjąć, że tak było.
Podobnie jest z finałem. Śnieżka wraca do królestwa, a poddani niemal natychmiast stają po jej stronie, choć wcześniej zdawali się o niej nie pamiętać. Rycerze porzucają służbę złej królowej, gdy bohaterka przypomina im, że kiedyś byli piekarzami i rzemieślnikami. To wygodne rozwiązanie scenariuszowe, ale mało przekonujące. Rewolucja moralna dokonuje się tu szybciej niż dobrze wyrośnięte ciasto.
Klasyka jako pretekst
Twórcy zdają się nie ufać materiałowi, po który sięgnęli. Chcą korzystać z rozpoznawalnego tytułu, ale jednocześnie wyraźnie wstydzą się jego sensu, prostoty i romantycznego rdzenia.
Musical dla dzieci może mieć prostą fabułę. Może być umowny, kolorowy i naiwny. Nie musi jednak być infantylny, chaotyczny ani pozbawiony elementarnej logiki. Tymczasem nowa „Śnieżka” zbyt często sprawia wrażenie filmu, który bardziej stara się udowodnić własną aktualność, niż opowiedzieć dobrą historię.
Na końcu wszyscy radośnie tańczą, królestwo odzyskuje ducha życzliwości, a zło zostaje pokonane. Tylko widz może mieć poczucie, że z klasycznej baśni zostało tu niewiele poza tytułem, kilkoma rekwizytami i wspomnieniem lepszej, prostszej opowieści.
Więcej o filmie, jego najdziwniejszych rozwiązaniach i sporze wokół nowej wersji „Śnieżki” omawiamy w materiale wideo.