[OKIEM TYGODNIKA] Vivat Academia, vivant incantatores! Czary-mary i punkty ECTS
fot. kadr z filmu „Harry Potter i Kamień Filozoficzny"
Uniwersytety coraz chętniej otwierają kierunki, które brzmią jak spełnienie dziecięcych marzeń albo żart z akademickiego katalogu. Magia, ezoteryka, piwowarstwo — wszystko może stać się przedmiotem studiów, jeśli tylko znajdzie się odpowiednio atrakcyjna nazwa i grupa chętnych. Pytanie, czy to jeszcze poszerzanie wiedzy, czy już sprzedaż dyplomów w modnym opakowaniu.
Inne z kategorii
Wypada zacząć od rachunku sumienia. Byłam dzieckiem, dla którego bajka bez wróżki, elfa czy chociaż magicznego artefaktu przypominała jajko-niespodziankę, do którego ktoś zapomniał włożyć niespodziankę. Osobiście uwielbiałam przerabiać własny plan lekcji i zamiast chemii figurowały „eliksiry” (wciąż twierdzę, że z mieszaniem mikstur poradziłabym sobie lepiej niż z zapisem reakcji pierwiastków!), a każdy patyk był różdżką niemal tak potężną jak ta od naszej byłej minister zdrowia. Ale w najśmielszych snach nie spodziewałam się, że mogłabym w ten sposób zdobyć tytuł naukowy!
Tymczasem Uniwersytet w Exeter uruchomił niedawno kierunek studiów „Magia i nauki okultystyczne”. Brzmi jak spełnienie marzeń każdego, kto nadal czeka na swój list z Hogwartu. Tym razem Hogwart po prostu, zamiast kamieni w klepsydrach, klasycznie uzna punkty ECTS i skorzysta ze skromnych zasobów wspólnej biblioteki. Zanim jednak rzucimy na tę informację zaklęcie albo przekleństwo, warto uczciwie zaznaczyć, że wykładowcy chcą podejść do tematu profesjonalnie. Nie będzie więc wróżenia z fusów, tylko historyczne i kulturowe ujęcie magii w różnych epokach. To temat, który faktycznie może zainteresować historyka czy antropologa. Czy jednak zasługuje na osobny program, sylabus i uścisk dłoni dziekana?
Tak, bo przyniesie studentów. A studenci przyniosą pieniądze. Zjawisko nie dotyczy zresztą jedynie Wielkiej Brytanii. W Polsce także coraz częściej hobby zamieniają się w pełnoprawne dziedziny akademickich refleksji. Uniwersytet Warszawski niegdyś zapraszał do nauki „Tradycji ezoterycznych w kulturze”. Zamiast nudnych tabel z datami, studenci układali tarota, słuchali o satanizmie i analizowali teorie astrologiczne. Po zakończeniu nauki mogli więc zrobić karierę na miarę Wróżbity Macieja. Mniej zabawnie, ale nadal niezbyt dochodowo robi się w Bydgoszczy. Młodzi ludzie mogą tu uczyć się psychologii zwierząt (studia podyplomowe PB), zgłębiać tajniki ziół (studia PB) lub – jeszcze ciekawiej – zapisać się do Akademii Piwowarstwa (studia podyplomowe WSG). Szanowni Państwo, to już nie jest studencka impreza, tylko wydarzenie naukowe! W końcu trzeba gdzieś zdobywać kompetencje…
Choć niektóre nazwy brzmią śmiesznie, wiele tych propozycji dotyczy rzeczywiście ciekawych zagadnień. Tyle że niekoniecznie zasługują one na osobne moduły. Kiedyś zostałyby omówione na jednym przedmiocie, w ramach studiów kulturoznawczych, weterynaryjnych czy farmakologicznych. Poszczególne pasje studentów i wykładowców wyrastały bowiem z wcześniej ukształtowanego przez uczelnię solidnego fundamentu. Historyk może więc zgłębiać epokę wiktoriańską, albo starożytne wojny, ale dopiero po tym, jak zostanie mu zaprezentowany szeroki przekrój wszystkich epok i otrzyma narzędzia niezbędne do profesjonalnych badań naukowych. Nie będzie dobrym historykiem, jeśli ich nie pozna. Taka zasada do dziś – na szczęście – obowiązuje w medycynie. Wyobraźmy sobie chirurga, który bez problemu usunie kamień nerkowy, ale nie umie wykonać resuscytacji krążeniowo-oddechowej…
Uczelnie coraz częściej serwują nam jednak naukę w proszku – szybką, jak zupka chińska w akademiku, atrakcyjniejszą i lżejszą od wykładu rektora. Na naszych oczach dokonuje się inflacja wiedzy. Zamiast poważnych debat akademickich mamy trendy w birecie. Zamiast autorytetu naukowca — „profesorów”, zaklinaczy rzeczywistości, którzy wymyślając coraz to osobliwsze nazwy, próbują ją wepchnąć w ramy popularności. Niekiedy trudno oprzeć się wrażeniu, że wszystko dziś może uchodzić za naukę, jeśli operuje odpowiednio wyszukanym językiem.
Nowe kierunki często nie odpowiadają realiom rynku pracy. Przykładem może być kryminalistyka i kryminologia, które choć same w sobie są niezwykle potrzebne, to raczej nie w liczbie kilkudziesięciu nowych specjalistów rocznie. Na szczęście „Kryminalne Zagadki Bydgoszczy” wciąż odstają od tych Miami czy Las Vegas.
Kariera zawodowa nie jest jednak wcale największą bolączką szkolnictwa wyższego. Choć student też musi w przyszłości za coś żyć, uniwersytety to nie fabryki na usługach rynku pracy. Nauka powinna dążyć do prawdy i poznania świata we wszystkich jego wymiarach, a nie wysokiego zarobku: absolwenta czy samej uczelni. Poszczególne placówki nie mogą więc służyć ani bezwzględnym prawom rynku, ani ulotnym prawom mody.
A z tym drugim aspektem jest znacznie gorzej. Proponowane nowe kierunki stanowią osobliwe zwierciadło współczesnych obsesji społecznych, które – o, ironio – same w sobie mogłyby być przedmiotem badań socjologicznych. Odbicie w akademickim lustrze jest nieco niepokojące: magia i okultyzm, kryminalistyka, terapeutyczne mody i komunikacja wizualna. O ile nie pojawi się w okolicy psychopatyczny morderca z sekty, cały wysiłek epoki może pójść na marne.
Uniwersytet, który kiedyś obiecywał mapę świata, dziś często oferuje lupę, oderwany skrawek papieru i dyplom wielkiego odkrywcy.
Zdobywamy więc puste tytuły i karmimy się mądrze brzmiącymi wymówkami, bo przecież „jestem humanistą”. Coraz częściej nie jest to deklaracja określonych zdolności, tylko wymówka dla własnej ignorancji. Nikt nie wymaga od nas umysłu na miarę Leonarda da Vinci. Człowiek powinien jednak dbać o swój rozwój holistycznie. Przeżyłam to na własnej skórze. Jeden z moich nauczycieli matematyki postanowił udowodnić nam, że nie tylko nie umiemy liczyć, ale i humaniści z nas równie marni. W tym celu w losowych momentach lekcji, rzucał cytatami z literatury lub teatru i na wyrywki odpytywał nas z ich źródeł. Efekt był smutny. Ale przynajmniej każdy „humanista” szczęśliwie zdał maturę z matematyki.
Nie mają jednak racji także ci, którzy próbują deprecjonować humanistyczne dziedziny. Podobną sugestię formułował ostatnio poseł Sławomir Mentzen. W swoim programie „Mentzen Grilluje”, postulował dofinansowywanie jedynie „użytecznych” sektorów, takich jak robotyka, przemysł kosmiczny czy medycyna. Tyle tylko, że ten podział jest sztuczny. Żaden wynalazek nie powstałby bez udziału wyobraźni i myślenia filozoficznego (co by było, gdyby…), a takie myślenie jest domeną humanizmu. Co więcej, bez myślenia filozoficznego nie umielibyśmy odpowiedzieć na pytanie, czy warto dany wynalazek w ogóle tworzyć, a to już nieraz kończyło się tragicznie w dziejach świata. Oczywiście, osobną dyskusją pozostaje samo zagadnienie finansowania, które nierzadko przydzielane jest absurdalnym inicjatywom, a powinno odpowiadać na strategiczne potrzeby państwa. I one jednak nie zawsze są wyłącznie materialne.
Świat potrzebuje i tych, którzy budują drogę, i tych, którzy pytają, dokąd ona zaprowadzi. Nauka potrzebuje i fascynacji, i wiedzy — we właściwej kolejności i proporcjach. Inaczej eliksir wykipi. Bez fascynacji zostanie tylko formularz z punktami ECTS i puste aule. Bez wiedzy — wyjątkowo nie-magiczne zwierciadło. Ze sceptyczną opinią o urodzie współczesności.