Opinie Dzisiaj 17:49 | Michał Jędryka
[MIĘDZY WIERSZAMI] Czy Nolan psuje Homera? „Odyseja” i Grecy, których nie nauczyła nas szkoła

Filmowa „Odyseja” Christophera Nolana sprawiła, że miliony ludzi zaczęły spierać się o Homera. Jedni zobaczyli wielkie widowisko i przejmującą historię powrotu z wojny. Inni uznali, że reżyser zamiast starożytnego eposu przedstawił własną opowieść o kryzysie współczesnego Zachodu. A może najważniejsze pytanie brzmi inaczej: czy my jeszcze w ogóle potrafimy czytać Homera?

Internetowa dyskusja wokół „Odysei” rozgorzała natychmiast. Chwalone są monumentalne zdjęcia Hoyte van Hoytemy, muzyka Ludwiga Göranssona, fizyczność morskiej wyprawy oraz Matt Damon jako wojownik próbujący powrócić nie tylko do domu, lecz również do samego siebie.

Lista zarzutów jest równie długa. Nolan miał zmodernizować bohaterów, spłaszczyć niektóre postacie, pomieszać historyczne realia i przepuścić grecki epos przez bardzo współczesną, zachodnią wrażliwość. Osobne spory wybuchły wokół kostiumów, obsady i amerykańskich akcentów.

Jedni cieszą się więc, że Homer ponownie stał się wielkim widowiskiem. Drudzy oburzają się, że przestał być Homerem.

Homer nie jest eksponatem w muzeum

Inne spojrzenie na film proponuje Paweł Milcarek w dwóch rozmowach opublikowanych na YouTube: „Homer nieznany” oraz „Czy Nolan psuje Homera?”.

Milcarek nie traktuje dzieła Nolana jak szkolnej ilustracji, którą należy porównywać z eposem zdanie po zdaniu. Przypomina, że Homer od wieków podlegał kolejnym interpretacjom. Każda epoka czytała go przez własne doświadczenia, pytania, lęki i poczucie winy.

Co więcej, łacińska Europa przez długie stulecia nie miała bezpośredniego kontaktu z Homerem. Jej poematem formacyjnym była przede wszystkim „Eneida” Wergiliusza. Homer opowiadał o zwycięzcach spod Troi. Wergiliusz uczynił bohaterem pokonanego Trojanina, który uchodzi z płonącego miasta, niesie ojca, prowadzi syna i szuka miejsca, gdzie można odbudować dom.

Milcarek porównuje europejską kulturę do wielowarstwowego kołacza: Wergiliusz znajduje się w jego głębszych warstwach, natomiast odzyskany w renesansie Homer bywa na nim lukrem. Obraz jest celowo przesadny, ale przypomina, że patrzymy na grecki epos poprzez Rzym, chrześcijaństwo i całe doświadczenie europejskiej historii.

Nolanowski Odys może być zatem kimś więcej niż nieudaną kopią bohatera Homera. Może być współczesnym człowiekiem Zachodu: zwycięzcą, który nie potrafi już uwierzyć w niewinność własnego zwycięstwa. Wojownikiem wracającym spod Troi jako człowiek poraniony, zmęczony i obciążony pamięcią miasta zniszczonego przez jego własną stronę.

Książka, która ukazała się w idealnym momencie

Film Nolana zbiegł się z publikacją książki prof. Michała Wojciechowskiego „Chrześcijanin czyta Greków. Człowiek — bóstwo — moralność”.

Nie jest to książka napisana pod wpływem ekranizacji. Profesor wyjaśnia, że powstawała „przez wiele lat, około dwudziestu” (s. 14). Jej pojawienie się właśnie teraz jest więc przypadkiem — ale przypadkiem wyjątkowo szczęśliwym.

Nolan wywołał spór o „Odyseję”. Wojciechowski pokazuje natomiast, jak wiele straciliśmy, zanim ten spór się rozpoczął. Problem nie polega bowiem wyłącznie na tym, że ktoś może źle przeczytać Homera. Polega na tym, że coraz mniej ludzi umie umieścić go w wielkiej greckiej rozmowie o człowieku, sumieniu, prawie, Bogu, wolności, małżeństwie i śmierci.

Autor stawia polskiej edukacji bardzo ostrą diagnozę. Przypomina, że władze komunistyczne silnie ograniczyły naukę łaciny i kultury klasycznej, a po zmianie ustrojowej procesu tego nie odwrócono. Przeciwnie — łacina była nadal usuwana ze szkół (s. 6).

W innym miejscu pisze wprost:

„Dopiero oderwanie naszej szkoły od tradycji klasycznej, co jest efektem komunizmu, postkomunizmu i niekompetencji władz oświatowych, spowodowało, że Ezop wypadł z kanonu lektur. Zresztą nawet Homera polska szkoła zredukowała…” (s. 40).

Pozostały nam efektowne fabuły: koń trojański, syreny, Cyklop i pięta Achillesa. Zniknęła natomiast wielka rozmowa o człowieku.

„Człowieka mi opowiedz, Muzo”

Wojciechowski odkrywa przed czytelnikiem Homera, którego szkoła niemal nam nie pokazała. „Iliada” okazuje się nie tylko opowieścią o wojnie i heroizmie, lecz również poematem o niszczącym gniewie, cierpieniu pokonanych i rodzącym się współczuciu.

Jeszcze ciekawszy jest przedstawiony w książce Odys. Nie tylko sprytny wojownik, który pokonuje potwory i wraca do wiernej żony, ale człowiek przemieniony przez własne cierpienie.

„Ciężko doświadczony Odyseusz zna jednak cierpienie, los tułacza, i to czyni go lepszym” — pisze Wojciechowski. Jest on „pełnym człowiekiem, dzielnym i szlachetnym, a zarazem grzesznikiem i pokutnikiem” (s. 29).

Pierwsze słowa eposu autor proponuje więc oddać za pomocą niezwykłej formuły:

„CZŁOWIEKA mi opowiedz, Muzo” (s. 29).

To zdanie może stać się kluczem także do filmu Nolana. Nie opowiedz mi spiżowego pomnika ani nieskazitelnego herosa. Opowiedz człowieka: odważnego i winnego, zwycięskiego i złamanego, wiernego i błądzącego. Człowieka, którego powrót do domu wymaga prawdy o sobie samym.

Wielka opowieść Greków

Najważniejsza część książki Wojciechowskiego zaczyna się jednak tam, gdzie kończy się sam Homer. Autor uczy nas na nowo czytać całą grecką opowieść.

Prowadzi przez tragedię, w której Antygona wybiera prawo boskie przeciwko rozkazowi władcy. Przez delfickie maksymy i greckie poszukiwanie prawa naturalnego. Przez stoickie odkrywanie sumienia. Przez spory o prawdziwą wolność, władzę, wychowanie, małżeństwo i wartość ludzkiego życia.

Grecy nie byli — i Wojciechowski wcale tego nie sugeruje — chrześcijanami przed Chrystusem. Byli jednak ludźmi, którzy dzięki rozumowi, doświadczeniu i sumieniu potrafili zbliżyć się do prawdy.

„Tragicy greccy podjęli te same ogólnoludzkie problemy, co Biblia. Ku Bogu i prawdzie posunęli się tak daleko, jak mogli” — pisze autor. Widzieli „wielkość i nędzę człowieka”, a chrześcijanin może powiedzieć, że „czekali na odpowiedź Ewangelii” (s. 67).

Pierwsi chrześcijanie nazywali grecką filozofię i kulturę przygotowaniem do Ewangelii. Nie chodziło o bezkrytyczny zachwyt nad antykiem, ale o dostrzeżenie ziaren prawdy obecnych w ludzkim rozumie i sumieniu.

Ważniejszy spór niż pytanie o wierność filmu

Czy Nolan wiernie zekranizował Homera? Zapewne pod pewnymi względami tak, a pod innymi — nie. Narzucił starożytnemu bohaterowi własną wrażliwość, własne pytania i własną wizję Zachodu. Tak jednak od wieków działa żywa tradycja: nie zamyka klasyków pod szkłem, ale podejmuje z nimi rozmowę.

Warunek jest tylko jeden. Aby rozmowa nie stała się czystą projekcją, trzeba jeszcze umieć słuchać.

Największym problemem nie jest zatem to, że Christopher Nolan mógł źle przeczytać Homera. Znacznie groźniejsze jest to, że my możemy już nie mieć wystarczającej pamięci kulturowej, aby zauważyć, co w nim przeczytał — i co pominął.

Film może rozpocząć spór. Książka prof. Michała Wojciechowskiego przywraca nam narzędzia, dzięki którym ten spór ma sens.

Więcej w naszym najnowszym filmie: „Czy Nolan psuje Homera? «Odyseja» i Grecy, których nie nauczyła nas szkoła”.

-->