Kościół za bardzo miesza się do polityki? Ks. prof. Borutka odwraca to oskarżenie
fot. własne
Problemem Kościoła w Polsce i Europie nie jest nadmierne zaangażowanie polityczne, lecz lękliwość i nieumiejętność zabierania głosu w sprawach społecznych – przekonywał ks. prof. Tadeusz Borutka podczas Bydgoskich Dni Katolickiej Nauki Społecznej. Nie chodzi przy tym o popieranie partii, ale o odwagę nazywania dobra i zła.
Inne z kategorii
„Problemem Kościoła w Polsce i w Europie, proszę wierzyć, nie jest jego upolitycznienie, ale wręcz przeciwnie: lękliwość i nieumiejętność zabierania głosu w sprawach społeczno-politycznych” – powiedział ks. prof. Tadeusz Borutka podczas wykładu wygłoszonego w ramach Bydgoskich Dni Katolickiej Nauki Społecznej.
Zdanie może zaskakiwać. Przecież jednym z najczęściej powtarzanych zarzutów wobec Kościoła w Polsce jest właśnie jego nadmierne zaangażowanie w politykę. Ks. prof. Borutka nie przekonywał jednak, że Kościół powinien opowiedzieć się po stronie konkretnej partii albo próbować zastąpić polityków. W jego wykładzie chodziło o coś innego: o prawo i obowiązek chrześcijan do obecności w życiu publicznym.
Wykład zatytułowany „Społeczna misja ludzi wierzących w Kościele ze szczególnym uwzględnieniem członków Akcji Katolickiej” został wygłoszony 17 września w Centrum Edukacyjno-Formacyjnym Diecezji Bydgoskiej. Spotkanie było częścią Bydgoskich Dni Katolickiej Nauki Społecznej odbywających się pod hasłem „Katolicy we współczesnym świecie”.
Kościół nie przedstawia programu wyborczego
Granica między społeczną misją Kościoła a jego partyjnym upolitycznieniem istnieje i jest stosunkowo wyraźna. Kościół nie ma gotowych recept na wysokość podatków, organizację urzędów, konstrukcję budżetu ani sposób zarządzania poszczególnymi dziedzinami państwa. Nie przedstawia programu wyborczego i nie zastępuje polityków.
Ma natomiast – jak przypominał ks. prof. Borutka – głosić zasady wynikające z Ewangelii i społecznego nauczania Kościoła. W ich świetle można i należy oceniać życie społeczne, polityczne, gospodarcze oraz kulturalne. Kryterium pozostaje człowiek: jego godność, prawa, dobro i możliwość pełnego rozwoju.
Kościół nie musi zatem wskazywać, jakie szczegółowe rozwiązanie ustawowe należy przyjąć. Powinien jednak powiedzieć, czy określone prawo chroni życie człowieka, służy rodzinie, respektuje wolność religijną, pomaga ubogim i sprzyja dobru wspólnemu. Milczenie w takich sprawach nie byłoby neutralnością. Byłoby rezygnacją z części własnej misji.
Historia pokazuje zresztą, że społeczne nauczanie Kościoła nie jest bezsilnym komentarzem wygłaszanym na marginesie wydarzeń. Ks. prof. Borutka przywoływał m.in. encyklikę św. Jana XXIII „Pacem in terris”, ogłoszoną w 1963 roku w czasie niezwykle poważnego napięcia międzynarodowego. Przypomniał także rolę św. Jana Pawła II w przemianach, które doprowadziły do upadku komunizmu w Europie.
W obu przypadkach papieże nie tworzyli partii politycznych. Zabierali jednak głos w sprawach, które były równocześnie moralne, społeczne i polityczne. Upominali się o pokój, wolność, prawa człowieka i godność narodów.
Sprawiedliwość i miłość
Ważną częścią wystąpienia było przypomnienie zasad, na których opiera się katolicka nauka społeczna. Ks. prof. Borutka zwrócił szczególną uwagę na sprawiedliwość i miłość.
Sprawiedliwość oznacza oddanie drugiemu tego, co mu się należy. Jest koniecznym fundamentem życia społecznego, ale sama nie wystarcza. Prawo może bowiem poprawnie określać wzajemne zobowiązania, a mimo to pozostawić człowieka samotnym wobec nieszczęścia, biedy czy choroby.
Dlatego sprawiedliwość potrzebuje miłości rozumianej jako stała gotowość czynienia dobra drugiemu człowiekowi. Miłość nie znosi sprawiedliwości i nie pozwala lekceważyć odpowiedzialności. Potrafi jednak pójść dalej, niż wymagają przepisy i formalne zobowiązania.
To rozróżnienie ma znaczenie również w polityce. Społeczeństwo nie może istnieć bez prawa, instytucji i sprawiedliwego podziału obowiązków. Nie stanie się jednak naprawdę ludzkie, jeżeli zabraknie w nim solidarności, miłosierdzia i szczególnej troski o najsłabszych.
Wiara tylko do użytku prywatnego
Zdaniem ks. prof. Borutki współczesna kultura coraz częściej próbuje zamknąć wiarę w sferze prywatności. Człowiek może wierzyć, o ile jego wiara nie wpływa na wypowiedzi publiczne, wybory polityczne ani ocenę życia społecznego.
W takim ujęciu religia staje się czymś podobnym do prywatnego upodobania. Można chodzić do kościoła i zachowywać chrześcijańskie zwyczaje, lecz nie należy odwoływać się do wynikających z wiary przekonań, gdy rozpoczyna się rozmowa o prawie, rodzinie, wychowaniu, gospodarce czy kulturze.
W praktyce prowadzi to do sytuacji paradoksalnej. O sprawach społecznych mogą wypowiadać się ludzie reprezentujący najróżniejsze światopoglądy, pod warunkiem że nie jest to światopogląd chrześcijański. Politykowi wolno uzasadniać decyzje liberalizmem, socjalizmem, feminizmem albo ekologizmem. Gdy jednak chrześcijanin przywołuje wynikającą z wiary wizję człowieka, natychmiast słyszy, że miesza religię do polityki.
Świeckość państwa zaczyna być wówczas rozumiana nie jako bezstronność władz wobec wspólnot religijnych, lecz jako usuwanie religii z przestrzeni publicznej. Zdaniem prelegenta taka świeckość łatwo przekształca się w agresywny laicyzm.
Nie tylko duchowni
Odpowiedzialność za obecność chrześcijaństwa w życiu społecznym nie spoczywa wyłącznie na biskupach i księżach. Ks. prof. Borutka szczególnie mocno podkreślał rolę świeckich.
Człowiek świecki nie jest jedynie odbiorcą duszpasterstwa ani klientem kościelnych usług. Na mocy chrztu należy do Kościoła i ponosi odpowiedzialność za jego misję. Realizuje ją przede wszystkim w miejscach, do których duchowni zwykle nie mają bezpośredniego dostępu: w rodzinie, zakładzie pracy, samorządzie, mediach, kulturze, gospodarce i polityce.
Nie każdy katolik musi odpowiadać za wszystko. Każdy powinien jednak wziąć odpowiedzialność za tę część rzeczywistości, która została mu powierzona. Łatwo krytykować stan Kościoła, zapominając, że kształtują go również codzienne decyzje świeckich.
Podstawową formą tej odpowiedzialności pozostaje świadectwo życia, czyli zgodność między wyznawaną wiarą a podejmowanymi decyzjami. Jej przeciwieństwem jest antyświadectwo: sytuacja, w której ktoś deklaruje przywiązanie do chrześcijaństwa, ale w życiu społecznym postępuje tak, jakby Ewangelia nie miała żadnego znaczenia.
Odwaga, nie partyjność
Słowa o lękliwości Kościoła nie powinny zostać odczytane jako zachęta do związania go z jedną partią. Partyjna zależność rzeczywiście osłabia wiarygodność Kościoła. Ewangelii nie można wpisać do programu jednego ugrupowania, a katolickiej nauki społecznej sprowadzić do zestawu wyborczych haseł.
Lekarstwem na upolitycznienie nie jest jednak milczenie. Jest nim niezależność pozwalająca oceniać każdą władzę według tych samych zasad.
Kościół powinien mieć odwagę pochwalić dobre rozwiązanie niezależnie od tego, kto je proponuje, i sprzeciwić się złemu, nawet jeżeli wprowadza je środowisko uważające się za bliskie katolikom. Nie może być kapelanem partii, ale nie powinien też stawać się niemym obserwatorem życia publicznego.
Najważniejsza myśl bydgoskiego wykładu brzmi więc jeszcze mocniej, gdy umieści się ją w całym kontekście: problemem nie jest to, że chrześcijanie mają coś do powiedzenia o polityce. Problem zaczyna się wtedy, gdy ze strachu przed oskarżeniem o polityczność przestają mówić o człowieku, sprawiedliwości, wolności, pokoju i dobru wspólnym.
Jeżeli Ewangelia ma dotyczyć całego ludzkiego życia, nie może kończyć się w drzwiach kościoła.