[KADR TYGODNIKA] Bóg bez efektów specjalnych. „Mistyczka” opowiada o Alicji Lenczewskiej
fot. kadr z filmu „Mistyczka”
Jak pokazać na ekranie spotkanie człowieka z Bogiem, nie popadając w religijny kicz? „Mistyczka”, film Jana Sobierajskiego poświęcony Alicji Lenczewskiej, wybiera drogę zaskakująco powściągliwą. Zamiast świetlistych wizji dostajemy twarz człowieka, jego decyzje i codzienność, która pod wpływem wiary zaczyna wyglądać zupełnie inaczej. Nie wszystko w tym filmie przekonuje, ale jedno z pewnością się udało: opowieść o mistyczce pozostaje przede wszystkim opowieścią o człowieku.
Inne z kategorii
Od samotności do dialogu... z Bogiem
Alicja Lenczewska była członkiem partii komunistycznej, nauczycielką, kobietą aktywną zawodowo i zapaloną podróżniczką. Z pozoru prowadziła udane życie. Później stała się jedną z najbardziej znanych polskich mistyczek ostatnich dekad, autorką duchowych zapisków, w których utrzymywała, że prowadzi dialog z Chrystusem.
To właśnie tę przemianę próbuje pokazać Jan Sobierajski w filmie „Mistyczka”, dystrybuowanym przez Rafael Film. Zadanie było wyjątkowo niewdzięczne. Kino religijne bardzo łatwo przekracza cienką granicę między świadectwem a kiczem. Tym większym zaskoczeniem jest fakt, że „Mistyczka” w najważniejszych momentach tej granicy nie przekracza.
Bez lukru
Przed seansem można mieć uzasadnione obawy. Wiele amerykańskich filmów religijnych cierpi na naiwność: modlitwa staje się w nich niemal automatycznym sposobem rozwiązywania życiowych problemów, a finał łatwo przewidzieć już po pierwszym kwadransie. Polskim produkcjom zdarza się z kolei popadać w patos i przedstawiać swoich bohaterów tak nieskazitelnie, że trudno rozpoznać w nich prawdziwych ludzi.
„Mistyczka” wypada pod tym względem znacznie lepiej.
Ogromna w tym zasługa aktorów. Dorota Chotecka jako Alicja Lenczewska pokazuje kobietę pozornie spełnioną, pod której uporządkowanym życiem kryją się samotność i coraz boleśniejsze poczucie pustki. Jej mieszkanie może być pełne gości, może cieszyć się zawodowym uznaniem i życzliwością otoczenia, ale od pierwszych scen widać, że czegoś zasadniczego jej brakuje. Początkowo sama nie potrafi jeszcze nazwać źródła tego niepokoju.
Jeszcze bardziej naturalną kreację stworzył Sławomir Orzechowski w roli brata Alicji. Jego bohater jest inteligentem, trochę irytującym flegmatykiem, człowiekiem twardo stąpającym po ziemi. I właśnie on nawraca się pierwszy. Staje się dla siostry duchowym i życiowym punktem oparcia, a zarazem kimś, kto zmusza ją do wyjścia z marazmu.
Film zyskuje dzięki temu wiarygodność. Nie oglądamy papierowych świętych, lecz ludzi z charakterami, wadami, przyzwyczajeniami i słabościami.
Jak pokazać coś, czego nie da się pokazać?
Przełomowym wydarzeniem w życiu Lenczewskiej była wizja Chrystusa podczas rekolekcji Odnowy w Duchu Świętym. Według jej późniejszych relacji Jezus, którego wtedy doświadczyła, był „prawdziwszy” niż otaczający ją świat.
I tutaj pojawia się zasadniczy problem filmowca: jak coś podobnego pokazać?
Twórcy podjęli bardzo dobrą decyzję. Nie zobaczymy Jezusa stojącego przed Alicją. Nie pojawiają się świetliste postacie, zastępy aniołów ani komputerowe cuda. Kamera pozostaje na twarzy bohaterki.
Dorota Chotecka musi właściwie sama „zagrać” całe spotkanie. Pomaga jej jedynie światło. Scena pozostaje dzięki temu intymna, a przy tym — co w kinie religijnym nie jest rzeczą oczywistą — pozbawiona nadmiernego patosu.
Podobnie przedstawione zostały kolejne doświadczenia Lenczewskiej. Poznajemy je poprzez jej zapiski, głos Chrystusa — którego użyczył Radosław Pazura — oraz przede wszystkim poprzez konsekwencje, jakie słyszane słowa mają w jej życiu.
Jedna z najlepszych scen filmu jest niemal ascetyczna. Do Alicji przychodzi koleżanka z pracy, która wcześniej potraktowała ją bardzo źle. Lenczewska nie tylko jej wybacza, ale postanawia pomóc finansowo. Wyjmuje część oszczędności. Wtedy słyszy jedno słowo:
„Wszystko!”.
Oddaje więc wszystkie pieniądze.
W takich właśnie chwilach „Mistyczka” działa najlepiej. Mistycyzm nie polega tutaj na oglądaniu nadprzyrodzonych obrazów, ale na tym, że usłyszane słowo domaga się bardzo konkretnej odpowiedzi.
Mistyka w prozie życia
Z czasem duchowe doświadczenia Alicji stają się coraz intensywniejsze. Pojawia się doświadczenie zła, które bohaterka interpretuje również w kategoriach demonicznych. Jednocześnie religijna przemiana zaczyna mieć konsekwencje całkowicie doczesne: konflikty, niezrozumienie i problemy zawodowe.
Co istotne, nawet niektórzy wierzący zaczynają podważać wiarygodność jej doświadczeń i zastanawiać się, czy ich źródłem nie mogą być problemy psychiczne.
Film nie zamienia się przy tym w skrupulatny biograficzny kalendarz. Twórców mniej interesuje dokładna chronologia niż pokazanie samego procesu przemiany. Pomagają w tym obszerne fragmenty zapisków Lenczewskiej, pozwalające wejść w jej sposób myślenia i rozumienia wiary.
Dzięki temu historia nie sprowadza się do prostego schematu: niewierząca kobieta spotyka Boga i od tej chwili wszystko staje się łatwe. Przeciwnie — spotkanie z Bogiem komplikuje jej życie bardziej, niż je upraszcza.
Jedno ważne niedopowiedzenie
Film nie jest jednak pozbawiony wad. Najbardziej problematyczne okazują się niektóre skróty dotyczące Kościoła.
W jednej ze scen Alicja słyszy słowa o winach Kościoła związanych z konserwatyzmem i skostnieniem form. Cytat zostaje jednak urwany w takim miejscu, że widz nieznający szerszego kontekstu pism Lenczewskiej może odnieść wrażenie, iż przesłanie mistyczki było wezwaniem do modernizacji katolicyzmu i odrzucenia tradycyjnych form.
Tymczasem jej duchowe zapiski prowadzą raczej w przeciwnym kierunku. Lenczewska przestrzegała przed relatywizmem moralnym i sekularyzacją, podkreślała znaczenie sakramentów, modlitwy, wierności nauczaniu Kościoła i osobistej więzi z Chrystusem.
Jej krytyka dotyczyła przede wszystkim religijności czysto formalnej — obrzędów wykonywanych bez rzeczywistej wiary, swoistego współczesnego faryzeizmu.
Tego dopowiedzenia w filmie zabrakło. A ponieważ dla widza nieznającego wcześniej Lenczewskiej film może być pierwszym kontaktem z jej duchowością, nie jest to niedopowiedzenie całkiem błahe.
Każdy ma swoją drogę
Najciekawsze przesłanie „Mistyczki” nie dotyczy jednak samych nadzwyczajnych doświadczeń Alicji.
Film bardzo mocno akcentuje osobistą więź człowieka z Bogiem oraz to, że droga każdego człowieka może wyglądać inaczej. Ma własne tempo, własne zakręty, postoje, a czasami bardzo długie objazdy.
Dlatego także życie Alicji sprzed nawrócenia nie zostaje przedstawione wyłącznie jako czas stracony. W filmowym przesłaniu Chrystus tłumaczy jej, że również tamte doświadczenia były częścią drogi.
To ważny motyw. Boga nie odnajduje się wyłącznie w ekstazach, rekolekcjach i niezwykłych przeżyciach. Można Go uwielbiać również poprzez zwyczajną pracę i najprostsze obowiązki — właśnie te, które najłatwiej uznać za mało znaczące.
Paradoksalnie więc film o mistyczce najciekawszy okazuje się wtedy, kiedy opowiada o prozie życia.
Wizje bez wizji
„Mistyczka” jest filmem wartym uwagi nie tylko dla odbiorcy zainteresowanego historią Alicji Lenczewskiej. Może być interesująca również dla widza stojącego daleko od Kościoła, ponieważ Janowi Sobierajskiemu udała się rzecz wyjątkowo trudna: opowiedział o religijnym doświadczeniu bez używania kościelnego lukru i bez nadmiaru pobożnych banałów.
Najlepszym pomysłem filmu jest właśnie jego powściągliwość.
Oglądamy historię kobiety, która twierdziła, że rozmawia z Chrystusem — a niemal wcale nie oglądamy nadprzyrodzonych wizji. Zamiast nich widzimy twarz, decyzje, cierpienie, przebaczenie, oddane pieniądze i codzienne obowiązki.
I może właśnie tak najlepiej opowiadać w kinie o mistyce: zamiast próbować pokazywać Boga, pokazać człowieka, którego spotkanie z Bogiem zmieniło.