[ROZMOWA TYGODNI(K)A] Jan Krzysztof Ardanowski: Jeszcze tej jesieni mogą ruszyć licytacje gospodarstw [VIDEO]
Nawet 30 proc. polskich gospodarstw może stanąć przed poważnymi problemami finansowymi – ostrzega Jan Krzysztof Ardanowski. Były minister rolnictwa mówi w rozmowie z Tygodnikiem Bydgoskim o rosnącym zadłużeniu rolników, cenach skupu sprzed kilkunastu lat i ryzyku przejmowania ziemi przez banki oraz fundusze inwestycyjne.
Inne z kategorii
Dlaczego Bydgoszcz nigdy nie będzie Warszawą. I co z tego wynika?
[OKIEM TYGODNIKA] Czapka-niewidka i potwór pod łóżkiem
Sytuacja ekonomiczna polskiego rolnictwa jest dramatyczna – ocenia Jan Krzysztof Ardanowski, były minister rolnictwa, a obecnie przewodniczący Rady do spraw Rolnictwa i Obszarów Wiejskich przy Prezydencie RP. W rozmowie z Tygodnikiem Bydgoskim zaznacza, że nie chodzi już o tradycyjne narzekania na nieudany sezon, lecz o realne zagrożenie dla istnienia wielu gospodarstw.
– Niektórzy twierdzą, że więcej niż 30 proc. gospodarstw w tym roku będzie miało potężne kłopoty, łącznie z komornikami – mówi Ardanowski.
Mniejsze zbiory, wyższe koszty i bardzo niskie ceny
Na trudną sytuację złożyło się kilka czynników. Tegoroczne zbiory były mniejsze, a rolnicy ponieśli skutki przymrozków, suszy, upałów i gwałtownych opadów. Do tego dochodzą wysokie ceny paliw, nawozów, środków ochrony roślin, pasz oraz usług.
Jednocześnie – jak podkreśla były minister – ceny oferowane rolnikom za zboże, rzepak, mleko, wieprzowinę czy wołowinę pozostają bardzo niskie.
– To są często ceny sprzed 10 czy 15 lat. Czy ktokolwiek, kto nas słucha, wyobraża sobie swoje wynagrodzenie sprzed kilkunastu lat? W przypadku rolników niestety tak jest – zauważa Jan Krzysztof Ardanowski.
Jego zdaniem rolnicy znajdują się w szczególnie trudnym położeniu, ponieważ nie mają wpływu ani na ceny środków potrzebnych do produkcji, ani na ceny skupu swoich produktów. Nie mogą więc – tak jak przedstawiciele wielu innych branż – przenieść rosnących kosztów na odbiorców.
Najbardziej zagrożone są gospodarstwa, które inwestowały
Paradoksalnie największe problemy mogą dotknąć nie najmniejsze gospodarstwa, lecz te, które przez lata uznawano za przyszłość polskiego rolnictwa. Ich właściciele kupowali ziemię, powiększali produkcję, modernizowali budynki i nabywali maszyny, często korzystając przy tym z kredytów.
Mniejsze gospodarstwa już wcześniej musiały szukać dodatkowych źródeł utrzymania. Ich właściciele pracują poza rolnictwem albo świadczą rozmaite usługi. Duże gospodarstwa towarowe utrzymują natomiast całe rodziny wyłącznie z produkcji rolnej.
– Najbardziej zagrożone są te gospodarstwa, które inwestowały, zaciągały kredyty i walczyły o ziemię – podkreśla były minister.
Problem nie ogranicza się przy tym do jednego rodzaju produkcji. Ardanowski wskazuje na trudności producentów zbóż, rzepaku i mleka, ale również hodowców bydła, trzody chlewnej oraz drobiu. Jego zdaniem sytuację dodatkowo pogarsza napływ żywności z Ukrainy i Ameryki Południowej, produkowanej według innych standardów i po znacznie niższych kosztach.
Czy polską ziemię przejmą fundusze?
Najpoważniejsze ostrzeżenie dotyczy najbliższych miesięcy. Część rolników nie ma już pieniędzy na spłatę kredytów, zakup paliwa, nawozów ani przygotowanie kolejnego sezonu.
Ardanowski uważa, że rząd powinien pilnie przygotować program prolongaty zadłużenia. Nie chodziłoby o umorzenie kredytów, lecz o przesunięcie terminów ich spłaty i stworzenie bankom możliwości zaczekania na pieniądze.
– Jeżeli tego nie będzie, to już tej jesieni będą licytacje komornicze i przejmowanie gospodarstw. Nie będą ich kupowali sąsiedni rolnicy, jak bywało do tej pory. Raczej spodziewam się banków, funduszy inwestycyjnych i międzynarodowych konsorcjów, które będą lokowały pieniądze w ziemię – przestrzega rozmówca Tygodnika Bydgoskiego.
„Nigdzie na świecie nie ma wolnego rynku żywności”
Były minister nie zgadza się z twierdzeniem, że państwo pozostaje bezradne wobec praw rynku. Jak mówi, produkcja żywności jest w wielu krajach traktowana jako element bezpieczeństwa i suwerenności.
Nie oznacza to powrotu do urzędowego ustalania cen. Państwo może jednak stabilizować rynek za pośrednictwem takich podmiotów jak Krajowa Grupa Spożywcza, chronić własny rynek oraz wspierać system ubezpieczeń rolniczych.
– Nigdzie na świecie nie ma absolutnie wolnego rynku w produkcji i handlu żywnością. Wszystkie kraje zabiegają o to, żeby tę żywność mieć – podkreśla Ardanowski.
Jego zdaniem dochody rolników powinny pochodzić przede wszystkim z produkcji, a nie z kolejnych dotacji i programów pomocowych. Dopłaty mogą uzupełniać dochody gospodarstwa, lecz nie powinny zastępować uczciwej zapłaty za wyprodukowaną żywność.
Buraki na biopaliwo i biodegradowalne tworzywa
W rozmowie pojawia się również propozycja zwiększenia wykorzystania płodów rolnych do celów innych niż żywnościowe. Nadwyżki produkcji mogłyby trafiać między innymi do biogazowni, służyć do produkcji bioetanolu lub biodegradowalnych tworzyw.
Ardanowski podaje przykład buraków cukrowych zagrożonych konkurencją taniego cukru trzcinowego. Zamiast ograniczać ich uprawę, można byłoby wykorzystywać je do wytwarzania biogazu, alkoholu albo polimeru kwasu mlekowego PLA.
To jednak wymaga rozwoju polskiej nauki, biotechnologii i przemysłu przetwórczego. Sam rolnik może dostarczyć surowiec, ale nie zbuduje zaawansowanej instalacji przemysłowej.
Czy rzeczywiście co trzecie gospodarstwo może znaleźć się na krawędzi upadku? Jak państwo powinno chronić producentów żywności i czy można jeszcze zapobiec przejmowaniu polskiej ziemi przez wielki kapitał? Zapraszamy do obejrzenia całej rozmowy Michała Jędryki z Janem Krzysztofem Ardanowskim.