Nie wszystko da się naprawić małą grupą
fot. pixabay/ilustracyjne
List Episkopatu na XVI Tydzień Wychowania zawiera diagnozę, z którą trudno się nie zgodzić. Wielu ochrzczonych utraciło żywą więź z Chrystusem, a parafia zbyt często przypomina urząd świadczący usługi religijne. Potrzebujemy zatem nie tylko administrowania instytucją, lecz prawdziwej ewangelizacji.
Inne z kategorii
Czy małe grupy wystarczą?
Znacznie więcej wątpliwości budzi natomiast proponowane lekarstwo. Biskupi piszą wprost, że katecheza parafialna „opiera się na spotkaniach w małych grupach”, w których można rozmawiać szczerze, wspólnie się modlić i dzielić doświadczeniem wiary. Nie jest to pomysł nowy. Na takim modelu od kilkudziesięciu lat opiera się Ruch Światło-Życie, a także liczne inne wspólnoty i ruchy. Sam list zresztą przyznaje, że w wielu parafiach podobna formacja już istnieje.
Ilu wiernych obejmie taka formacja?
Mała grupa z konieczności obejmuje niewielu. Nie musi być zamknięta ani elitarna, ale ma ograniczoną pojemność. Jeżeli w parafii liczącej kilka czy kilkanaście tysięcy wiernych utworzymy dziesięć grup po dwanaście osób, obejmiemy formacją sto dwadzieścia osób. Co z pozostałymi? Jeśli zaś chcemy stworzyć kilkadziesiąt albo kilkaset grup, natychmiast napotkamy barierę organizacyjną.
Kto ma je prowadzić? List wymienia duszpasterzy i animatorów, lecz nie odpowiada, skąd wziąć dostatecznie wielu ludzi przygotowanych duchowo, teologicznie i pedagogicznie. Kto będzie ich formował i nadzorował? Czy mają wykonywać tę pracę społecznie, czy odpłatnie? Dobra wola wolontariuszy jest bezcenna, ale nie wystarcza jako podstawa ogólnopolskiego programu duszpasterskiego.
Istnieje również niebezpieczeństwo, że wielkie wezwanie do odnowy skończy się odpowiedzią: „Przecież już to robimy”. Mamy oazę, ministrantów, scholę, krąg biblijny i wspólnotę modlitewną, a więc punkt został wykonany. Tymczasem grupy te skupiają przeważnie ludzi już zainteresowanych życiem Kościoła. Najbardziej oddaleni zazwyczaj sami nie zapisują się na spotkania formacyjne. Model pomyślany jako lekarstwo na masowe odchodzenie od wiary może więc objąć przede wszystkim tych, którzy i bez niego pozostają blisko parafii.
Z praktycznego punktu widzenia największe kłopoty ze zrealizowaniem tak postawionych zadań będą miały małe parafie wiejskie. Nawet te z nich, które posiadają infrastrukturę z czasów, gdy budowano domy katechetyczne, nie mają przecież środków na doprowadzenie tych pomieszczeń do standardów wymaganych dziś. Jak powiedział mi wprost jeden z proboszczów: „Byłoby mi wstyd, gdybym w tych warunkach miał prowadzić katechezę”.
Mała grupa nie może zastąpić rodziny
Także historia Kościoła nie pozwala uczynić z małych grup jedynego wzorca. Chrześcijaństwo zna wspólnoty domowe, katechumenat, klasztory, bractwa i sodalicje. Zarazem jednak Apostołowie przemawiali publicznie, głosili Ewangelię tłumom, nauczali całe wspólnoty i kierowali do nich listy. Mała grupa była jednym z narzędzi, nie zaś zasadą organizującą całe duszpasterstwo.
Istnieje natomiast mała wspólnota, której nikt nie musi sztucznie tworzyć: rodzina. To właśnie ją Kościół nazywa Kościołem domowym. Jan Paweł II przypominał wręcz, że katecheza rodzinna „wyprzedza każdą inną formę katechezy, towarzyszy jej i poszerza ją”. I ta wspólnota posiada z definicji – poprzez sakrament małżeństwa – asystencję Ducha Świętego!
Najpoważniejszą słabością obecnej sytuacji nie jest zatem brak kolejnych grup parafialnych, lecz zerwanie przekazu wiary między rodzicami a dziećmi. Na pytanie, jak ten przekaz odbudować, nadal nie mamy przekonującej odpowiedzi i właśnie to jest największym dramatem polskiego Kościoła.
Kiedy świadectwo staje się przedstawieniem?
Wątpliwości budzi również sposób, w jaki list mówi o osobistym świadectwie. Jest ono bez wątpienia potrzebne. Człowiek, którego życie przeczy głoszonym słowom, nikogo do Chrystusa nie pociągnie. Nie każde doświadczenie religijne daje się jednak łatwo opowiedzieć. Próba jego werbalizacji może prowadzić do banalizacji: powtarzania wyuczonych zwrotów o „relacji”, „dotknięciu” i „tym, co Bóg położył mi na sercu”. Zamiast przybliżać tajemnicę, język taki bywa infantylny i zamienia wiarę w publiczne opowiadanie o własnych emocjach.
Owszem, są osoby, które potrafią rozmawiać o swojej „relacji z Chrystusem”, ale jest to wąska grupa ludzi, którzy korzystają z kierownictwa duchowego i omawiają ze stałym najczęściej spowiednikiem stany swojej duszy. Inni ludzie mówić o tym nie potrafią i nie ma w tym nic dziwnego. Próby te kończą się niezręcznością i sztucznością, która mocno razi we wspólnotach protestanckich.
Jeszcze gorzej, gdy lekarstwem na tę niezręczność stają się techniki coachingowe, psychologiczne albo public relations. Otrzymujemy wtedy starannie skonstruowaną historię osobistej przemiany, obowiązkową „autentyczność”, odpowiednią dramaturgię i dobrze przećwiczoną puentę. Język warsztatów biznesowych miesza się z językiem mistyki, a rezultat łatwo ociera się o groteskę.
Sama szczerość nie wystarczy
Każdy chrześcijanin jest powołany do świadectwa życia. Jednak prowadzenie katechezy i wyjaśnianie wiary wymaga przygotowania teologicznego. Nie wystarczy szczerość. Można być całkowicie szczerym i jednocześnie mówić rzeczy niemądre albo fałszywe. Kościół sam przypomina, że nawet najpiękniejsze świadectwo musi zostać objaśnione przez jasne i niedwuznaczne głoszenie Jezusa Chrystusa.
Kto właściwie nawraca człowieka?
Najważniejsze pytanie brzmi jednak jeszcze inaczej: kto właściwie nawraca człowieka? Święty Paweł odpowiada jednoznacznie: „Nikt też nie może powiedzieć bez pomocy Ducha Świętego: Panem jest Jezus”. Możemy tworzyć programy, szkolić animatorów, doskonalić metody komunikacji i budować więzi. Wszystko to może być użyteczne, lecz żaden zabieg organizacyjny ani psychologiczny nie wytworzy wiary.
Może więc pierwszą odpowiedzią na kryzys przekazu wiary powinna być ogólnopolska nowenna do Ducha Świętego, szczególnie w intencji rodzin. Nie jako pobożny dodatek do gotowego programu, lecz jako uznanie elementarnej prawdy: to Bóg nawraca, a my możemy jedynie współpracować z Jego łaską.
Środki, których Kościół nie musi wymyślać
Trzeba także przywrócić należne miejsce środkom, które Kościół otrzymał, a których nie musi wymyślać: modlitwie, postowi, sakramentom i liturgii. Potrzebujemy Mszy świętych sprawowanych nabożnie, dobrego przepowiadania, częstej spowiedzi, adoracji, misji parafialnych, nabożeństw oraz wspólnie odprawianej Liturgii Godzin. Potrzebujemy kapłanów znających swoich wiernych, odwiedzających rodziny, uczących prawd wiary i rzeczywiście obecnych wśród ludzi.
Psychologia może pomagać duszpasterstwu, lecz nie może go zastępować. Zuchwałością byłoby sądzić, że odpowiednio dobrana metoda relacyjna sama dokona tego, czego oczekujemy od łaski. Jedna żywa parafia, w której dobrze się głosi, godnie sprawuje sakramenty, modli i pości, może uczynić więcej niż tysiąc szkoleń z komunikacji.
Małe grupy mogą być częścią takiego duszpasterstwa. Nie powinny jednak przesłonić rodziny, publicznego głoszenia słowa Bożego ani liturgii. Odnowa Kościoła nie zacznie się bowiem od znalezienia lepszego formatu spotkania, lecz od nawrócenia i ponownego uznania, że bez Chrystusa nie możemy uczynić nic.
Tekst ukazał się na portalu: aleteia.org