[OKIEM TYGODNIKA] Miasto się wyprowadza. Epoka lodowcowa w cieplarni
fot. AI, ilustracyjne
Bydgoszcz traci mieszkańców na dwa sposoby. Jedni pakują kartony i przenoszą się za administracyjną granicę miasta, inni nie pojawiają się w statystykach nigdy, bo po prostu się nie rodzą. Pierwszy problem można jeszcze rozwiązać lepszym transportem i metropolitalnym myśleniem. Drugi jest znacznie trudniejszy. Bo choć zbudowaliśmy sobie cieplarnię wygodnego, bezpiecznego życia, coraz mniej jest chętnych, by podtrzymywać w niej temperaturę.
Inne z kategorii
Bydgoszcz znika. Taki wniosek można wysnuć z najnowszych danych Głównego Urzędu Statystycznego. Według zestawienia, w 2025 roku liczba jej mieszkańców zmniejszyła się o niemal 3 tysiące, co plasuje miasto w niechlubnej krajowej czołówce. Na dodatek jest to tendencja, która utrzymuje się od lat. Czy powodem są cyklicznie wykrzykiwane hasła o otwartości i tolerancji? Ulice, zaciekle rozkopywane w imię terminowych rozliczeń dotacji? A może konsekwentna dyskusja deweloperów z osiedlowymi drzewami?
Tak. Ale też i nie. Tak intensywne zjawisko trudno wytłumaczyć jedną przyczyną. Z pewnością należy wziąć pod uwagę, że część mieszkańców nie zniknęła, tylko stoi w korkach z Osielska lub Białych Błot. Coraz chętniej wyprowadzamy się do gmin ościennych, a miasto… wyprowadza się wraz z nami. Spragnionych ciszy i zieleni wkrótce siłą rzeczy i tak dopadną nowe drogi, budowa szeregowców na tle lasu i gęstniejąca sieć sklepów. Bydgoszcz się rozlewa. Pakuje do kartonów cały swój dobytek w postaci miejsca pracy, przychodni i szkół i wyjeżdża na pola popatrzeć w gwiazdy. Żeby uciec jednak od zarzutu romantyzowania, warto zwrócić też uwagę na względy materialne. Jak wynika z zestawienia „To my. Lokalnie 2026” , dziś metr kwadratowy domu za miastem może być o kilkadziesiąt procent tańszy niż nowoczesnego mieszkania w dużej aglomeracji. Chcemy zjeść ciastko i mieć ciastko. Słyszeć śpiew ptaków za oknem i mieć łatwy dojazd do galerii handlowych, urządzać grilla w dużym ogrodzie i pracować w nowoczesnym wieżowcu.
Przeprowadzające się miasto jest więc zjawiskiem trudnym, ale możliwym do opanowania. Wystarczy, że zrezygnuje z części swoich ambicji i przyjmie mniej spektakularną rolę. Nie musi za wszelką cenę zatrzymywać mieszkańców w granicach administracyjnych, ale powinno myśleć metropolitalnie — o transporcie, usługach, szkołach i infrastrukturze wspólnych z gminami ościennymi. System można przekształcić. Ludzi nie.
A przecież istnieje jeszcze inny, bardziej globalny problem. Część bydgoszczan nie znika, tylko po prostu… nigdy się nie pojawia. Od lat wskaźniki dzietności przyprawiają demografów o palpitacje. I zaraz rodzi się pokusa prostej diagnozy – nie stać nas na dzieci. To argument często fałszywy. Nie stać nas na nieposiadanie dzieci. W porównaniu z minionymi epokami, Polacy żyją obecnie w dobrych warunkach, zarówno pod względem bezpieczeństwa, jak i finansów. Nie chodzi więc o niemożliwość zaspokojenia podstawowych potrzeb potencjalnego potomstwa, lecz o rosnący próg dobrobytu, który uznajemy za konieczny przed decyzją o dziecku. Niż demograficzny dotyka zresztą wielu innych, dużo zamożniejszych państw. Główna przyczyna problemu musi więc leżeć gdzieś indziej – na przykład w medialnej narracji obrzydzania rodzicielstwa, zmianach kulturowych i przywiązaniu do wywalczonych wygód.
Jest i druga strona tej osobliwej cieplarni – brak relacji uczuciowych w ogóle. Winni? Podejrzenie pada na smartfony i media społecznościowe. Ostatnia analiza Financial Times sugeruje, że mogą one utrudniać młodym ludziom tworzenie stałych związków. W niektórych krajach najczęstsza liczba dzieci to 0. Spadek przyspieszył szczególnie w ostatnich dziesięciu latach i dotyczy już nie tylko bogatych narodów. Załamanie pokrywa się właśnie z wejściem smartfonów. W USA i Wielkiej Brytanii nastąpiło to ok. 2007 r., we Francji i w Polsce ok. 2009 r., w Meksyku, Maroku i Indonezji ok. 2012 r. Rząd może dać młodym dopłatę do mieszkania, żłobek po drugiej stronie ulicy i dodatkowe pieniądze na pieluszki. Nie może jednak dać im więzi z drugim człowiekiem. Nie wirtualnym. Tymczasem technologia, która miała ułatwiać kontakt, stała się symulatorem bliskości. Pozwoliła dowolnie zmieniać parametry i usuwać koszty relacji. Sytuacja wygląda dramatycznie, bo ponad połowa państw świata znajduje się poniżej poziomu zastępowalności pokoleń.
Dyskusja nie powinna sprowadzać się wyłącznie do emerytur, choć to najłatwiejszy argument. Kto zapracuje na nasze świadczenie? Odpowiedź pada natychmiast: sami na nie pracujemy całe życie. Owszem. Niestety gospodarka jest odporna na argumenty moralne i system nie wygeneruje sztucznych pieniędzy, jeśli emerytów będzie milion, a rąk do pracy dziesięć. Obok wizji starości bez pieniędzy lub z głodowymi wypłatami, pozostaje jednak wielki exodus infrastruktury i usług. Dotknie nie jakichś potencjalnych przyszłych pokoleń, tylko właśnie nas. Starzejąca się populacja oznacza coraz słabszy dostęp do ochrony zdrowia, coraz mniej kierowców autobusów, hydraulików zdolnych naprawić nam na stare lata kran, kurierów, chętnych przynieść paczkę z zakupami i pracowników DPS, którzy pomogą dojść do toalety. Znikną sklep za rogiem i ulubiona kawiarnia. To nie jest scenariusz fantasy. W 2024 roku w Bydgoszczy urodziło się dwa tysiące dzieci. Rok później już tylko 1851. Miasto właśnie więc wyprowadza się na wieś, ale bez metryki urodzenia.
Społeczeństwo zabija natomiast w dużej mierze wygodnictwo, które samo sobie wyhodowało. Stworzyliśmy cieplarnię – miejski dobrobyt i piękno natury na wyciągnięcie ręki, wielkie kariery, zwolnienie z etycznej presji rodzicielstwa i związanego z nim poświęcenia. Coraz łatwiej możemy funkcjonować samodzielnie, a życie bez stałego partnera przestało oznaczać ekonomiczne czy społeczne wykluczenie. Tyle tylko, że w tym skrupulatnie przygotowywanym miejscu powoli, ale nieubłaganie robi się coraz zimniej. Tak długo chroniliśmy własny komfort przed kosztami życia rodzinnego, aż zdążyliśmy podciąć korzenie systemu, który ten komfort zapewnia. Czeka nas więc epoka lodowcowa. Nie przez zewnętrzną katastrofę, atak czy biedę. Przez to, że cieplarni nie da się obsłużyć i ogrzać w pojedynkę.