Opinie Dzisiaj 17:47 | Michał Jędryka
[MIĘDZY WIERSZAMI] Włochy poza pocztówką. Czy turysta tylko ogląda miejsce, czy również je zmienia? [WIDEO]

Fragment starożytnej Via Flaminia w Carsulae, w pobliżu forum. Carole Raddato / Wikimedia Commons / CC BY-SA 2.0

„Via Flaminia. Opowieści z Umbrii” Bartka Kieżuna jest książką lekką, pełną włoskiego słońca, smaków i barwnych anegdot. Pod powierzchnią wakacyjnej opowieści kryją się jednak poważniejsze pytania: co naprawdę znaczy zakorzenić się w jakimś miejscu i jakie konsekwencje przynosi masowa turystyka? O książce opowiada Michał Jędryka.

Nie każda lektura musi podejmować zasadniczy spór o przyszłość cywilizacji. Czasami można sięgnąć po książkę lekką, łatwą i przyjemną – taką, która smakuje jak kieliszek umbryjskiego wina albo świeży chleb polany miejscową oliwą. „Via Flaminia. Opowieści z Umbrii” Bartka Kieżuna niewątpliwie należy do tej kategorii. Nie oznacza to jednak, że jest książką błahą.

Autor, znany przede wszystkim z książek kulinarnych i popularyzowania kultury śródziemnomorskiej, kupił dom w niewielkiej umbryjskiej miejscowości. Osobiste doświadczenie stało się punktem wyjścia do opowieści o regionie przeciętym starą rzymską drogą Via Flaminia. Przemierzali ją żołnierze, kupcy, pielgrzymi, mnisi i artyści. Dzisiaj prowadzi ona czytelnika przez miasteczka, kościoły, winnice, olejarnie i miejsca, o których nie wspominają najpopularniejsze przewodniki.

Kiedy turysta staje się mieszkańcem?

Najciekawsze pytanie książki dotyczy zakorzenienia. Czy człowiek staje się częścią miejscowej wspólnoty już wtedy, gdy kupi dom? A może dopiero wówczas, gdy pozna sąsiadów, zacznie robić zakupy w miejscowym sklepie, zainteresuje się historią okolicy i poczuje się odpowiedzialny za wspólną przestrzeń?

Kieżun opisuje drogę od przybysza zachwyconego widokiem z tarasu do człowieka uczestniczącego w lokalnym życiu. Symboliczne znaczenie ma zakończenie książki. Przy miejskich murach znajduje się wspólny ogród z ziołami. Początkowo autor jedynie korzysta z rosnącego tam rozmarynu i mięty. Z czasem zaczyna wyrywać chwasty, podpiera stary krzew i sadzi własne rośliny. Zakorzenienie zaczyna się wtedy, gdy człowiek nie tylko czerpie z miejsca, ale także zaczyna się o nie troszczyć.

Turystyka, która zmienia miasta

Na drugim biegunie znajduje się turystyka masowa. W Castelluccio podczas kwitnienia górskiego płaskowyżu pojawiają się setki tysięcy ludzi. Zachwyt nad naturą grozi więc jej zadeptaniem. W Spello tłumy ustawiają się w kolejce do efektownej Alejki Pocałunków, podczas gdy pobliskie muzeum z rzymskimi mozaikami pozostaje niemal puste.

Jeszcze mocniejszym przykładem jest Asyż. Miasto związane ze św. Franciszkiem nie wytrzymało naporu przybyszów. Ceny wzrosły do poziomu europejskich stolic, a sklepy wypełniły się importowanymi pamiątkami i religijnym kiczem. Miejsce przypominające o ubóstwie i prostocie stało się wielkim przemysłem turystycznym.

Turystyka nie jest jednak sama w sobie złem. Utrzymuje restauracje, muzea, winnice i rodzinne olejarnie. Pozwala odnawiać kościoły, organizować lokalne święta i chronić dziedzictwo. Znaczenie mają wybory podejmowane przez podróżnych.

Każde wydane euro jest małym głosowaniem. Można kupić seryjną pamiątkę albo oliwę w miejscowej tłoczni. Można wejść do lokalu nastawionego na szybki obrót albo usiąść w kawiarni prowadzonej przez człowieka znającego historię stojącego obok kościoła. Można zrobić efektowne zdjęcie albo kupić bilet do pustego muzeum.

W najnowszym materiale Tygodnika Bydgoskiego Michał Jędryka omawia książkę Bartka Kieżuna i zastanawia się, gdzie przebiega granica między zwiedzaniem a konsumowaniem miejsca. Czy potrafimy podróżować tak, aby po naszym wyjeździe miejscowa kultura pozostała żywa, a nie zamieniła się w dekorację dla kolejnych turystów?

Zapraszamy do obejrzenia filmu.

-->