[OKIEM TYGODNIKA] Wielka awantura o rękawiczkę, czyli teatr lalkowy
fot. pixabay/ilustracyjne
**Czy „Lalkę” Prusa można opowiedzieć na nowo tak, by jej autor nie rozpoznał własnych bohaterów? Najnowszy serial Netflixa rozpętał spór nie tylko o Wokulskiego, Łęcką i obyczaje XIX-wiecznej Warszawy. To także awantura o granice adaptacji: o moment, w którym twórcza rozmowa z klasyką zamienia się w używanie jej jako dekoracji dla zupełnie innej opowieści.**
Inne z kategorii
Dawno, dawno temu kartkówki ze znajomości lektur szkolnych potrafiły przyprawić o palpitacje serca znacznie skuteczniej, niż treści młodzieżowych romansów. Wystarczyło jedno pytanie: jaki rozmiar rękawiczki nosiła Izabela Łęcka? I już nastolatek, nawet ten, który przeczytał powieść Prusa, zaczynał wątpić we wszystkie swoje wybory życiowe. W kwestii omawiania „Lalki” to pytanie jest zresztą swoistym folklorem. Rozmiar pięć i trzy czwarte. A przynajmniej tak twierdziła. Pamiętam do dziś, choć nie jestem pewna, czy ta informacja uczyniła mnie człowiekiem bardziej kulturalnym.
Sama scena jest jednak bez wątpienia zabawna. Subiekt w sklepie Wokulskiego uważa, że panna powinna nosić rękawiczki numer pięć i pół. Ona kokieteryjnie się nie zgadza. Przez chwilę rozmiar tej nieszczęsnej części garderoby urasta niemal do zagadnienia państwowego.
Zdaje się, że ta urocza wymiana zdań trwa do dziś. Albo raczej dziś przyglądamy się kolejnej parze rękawiczek. I choć jest swojsko, to już wcale nie uroczo. Polacy uwielbiają dzielić się we wszystkich sprawach na dwa wrogie obozy i nie inaczej stało się z najnowszym serialem Netflixa, którego twórcy zastosowali ulubione słowo-wytrych współczesnych literackich fantasmagorii. Wprost ostrzegli, że ich produkcja to „reinterpretacja”, a nie „ekranizacja” powieści „Lalka”. I że właściwie nie obchodzi ich to, co autor chciał przekazać – skupiają się na przekazie własnym. I ja to szanuję! Wręcz podziwiam wiarę w magiczną moc słów. Gdzieś w napisach, drobnym druczkiem padnie zaklęcie: „adaptacja” i TRACH! Materiał źródłowy znika, a pieniądze z prestiżowego tytułu zostają. Poza tym sam Prus, wbrew złowieszczym przepowiedniom o przewracaniu się w grobie, mógłby być nawet ukontentowany. Nie sądzę, by jego (prawdziwie fascynujące dzieło) kiedykolwiek cieszyło się większą popularnością niż w czasie obecnej wojny lalek. Gorzej z kulturą. Ta bowiem nie przejmuje się wcale specjalnie aktorstwem tej czy innej postaci ani jakością konkretnego obrazu. Przejmuje się za to granicami zabawy z klasyką.
Bo czyż można wziąć tytuł, nazwiska bohaterów, kilka podstawowych relacji między nimi, sukienkę z epoki, a potem opowiedzieć historię, której autor powieści za żadne skarby by nie rozpoznał? Czy można wziąć gorset przeszłości i wcisnąć w niego współczesne sadło języka i mentalności?
Odpowiedź wydaje się bardziej zniuansowana od deklaracji obu obozów sporu. Klasyka nie powinna być ołtarzem, którego nie wolno tknąć choćby opuszkiem palca. Nie powinna też być eksponatem muzealnym, otoczonym laserami i tchnącym naftaliną. Gdyby każda kolejna ekranizacja lektury stanowiła jedynie wierne powtórzenie poprzedniej, rzeczywiście można by się zastanawiać, po co ten cały trud powtarzania, skoro obejrzą to tylko szkoły? To prawda, że każde pokolenie czyta wielkie dzieła trochę inaczej. Zwraca większą uwagę na inne aspekty. Reżyser ma więc prawo przyjrzeć się bliżej np. psychologii bohaterów (wyobrażam sobie nawet dopisanie retrospekcji z ich dzieciństwa, które mogłyby pokazać, skąd wzięły się późniejsze wybory i postawy), albo starciu romantyzmu z pozytywizmem. Jeżeli nowy element wyrasta z charakteru postaci i świata powieści, może być uczciwym sposobem prowadzenia rozmowy z autorem. Twórca może dowolnie grać światłem swojej uwagi. Wydobywać szczegóły, a inne elementy ustawiać w tle. Decydować, która lalka w tym teatrze wyjdzie teraz na scenę. Nie wolno mu jednak rozmontowywać całej sceny. Wtedy w najlepszym wypadku będzie to inna sztuka, a w najgorszym już żadna sztuka, tylko degeneracja i antykultura.
I tu zaczyna się problem.
Bo faktycznie istnieje różnica pomiędzy ekranizacją a adaptacją. Ale istnieje też różnica pomiędzy adaptacją a konfabulacją. Jeżeli zmanierowana arystokratka po kilku minutach staje się wyemancypowaną, wulgarną histeryczką, a jedna z dam przeprowadza cesarskie cięcie na sali balowej – niemal dwie dekady przed pierwszym takim zabiegiem wykonanym przez jej historyczny pierwowzór w Warszawie, należałoby może uczciwie zmienić tytuł.
Te wszystkie wariacje mają przy tym jeszcze jedną przypadłość. Coraz częściej słyszymy z ust twórców dumne deklaracje o „przybliżaniu historii współczesnemu widzowi”. Tylko kim jest ten tajemniczy „współczesny widz”? Czy rzeczywiście nie będzie on w stanie zrozumieć niczego, co nie rzuca mięsem na ulicy i nie wciąga białego proszku? Czy przerastają go ludzie mówiący w nieco inny sposób, zachowujący się według konkretnych zasad towarzyskich i inaczej okazujący uczucia?
Przecież chyba właśnie po to sięgamy po seriale kostiumowe.
Nie chcemy oglądać 2026 roku przebranego w suknię z turniurą. Pragniemy na chwilę wejść do świata, którego już nie ma – razem z jego zaletami i licznymi problemami. Owszem, możemy się spierać, czy dawna arystokracja była moralnie lepsza od współczesnego pana Romka z ulicy. Pewnie nie. Ale miała całą gamę pozorów, sztywne zasady i porcelanowe maski, których panicznie pilnowała. Miała też nieco inne wyzwania i obsesje.
Uwspółcześnianie ich na siłę bywa też – o, ironio! – niezwykle protekcjonalne. Zakłada bowiem, że dzisiejszy odbiorca jest człowiekiem ograniczonym. Nie pojmie emocji, jeśli ktoś ich wprost nie wykrzyczy i nie zrozumie buntu, jeśli przybierze on inną formę niż rzucenie się w wir nałogów. Nie będzie umiał czytać między wierszami, bez instrukcji obsługi lalki. I tak pewnie bywa. Ale to w rzeczywistości wąski wycinek obecnej epoki. Nie dla wszystkich, nawet dzisiaj, wulgaryzm staje się oznaką autentyczności. Rozpasanie – wolności. Histeryczność – silnych emocji. Łamanie norm – samodzielnego myślenia.
To fałszuje jednocześnie i przeszłość, i teraźniejszość.
Przeszłość, bo wkłada się w nią nasze gesty, język i fascynacje.
Teraźniejszość, bo z jej różnorodności wybiera się kilka najbardziej kontrowersyjnych zachowań i ogłasza je portretem współczesnego człowieka.
A kiedy tak opowiedziana Polska trafia na międzynarodową platformę filmową, ów wątpliwej jakości portret maluje się także w świadomości widzów z zagranicy. Oni najpewniej nie czytali Prusa. Mogą nie wiedzieć nic o zaborach. Nie umieć wytyczyć granicy pomiędzy historyczną Warszawą i Warszawą w wypaczonej fantazji reżysera. Skończyć oglądanie z przekonaniem, że polskie społeczeństwo było wulgarne, wyuzdane i do cna prymitywne. To nie jest więc – wbrew zapewnieniom twórców – wizja „odważna”, łamiąca konwencje i burząca pomniki. To wizja… posłuszna. Tyle że dzisiejszym, a nie dawnym trendom. Bije pokłony popularnym obecnie schematom opowiadania o kobietach, mężczyznach, klasach społecznych, seksualności i rodzinie.
To dopiero znakomity teatr lalkowy. Na scenie Wokulski, Łęcka i Rzecki, a nad nimi całkiem nieźle widoczne sznurki, pociągane przez ducha czasu. Reżyser też jest lalką. Tylko ma bardziej jaskrawy imidż.
Spór o rękawiczkę jeszcze pewnie potrwa. I dobrze. Klasyka, o której nikt nie chce mówić, jest klasyką martwą. Możemy więc szyć garderobę inaczej niż Prus: zmieniać kolory, kroje i rozmiary. Byleśmy tylko po zejściu ze sceny nie odkryli, że pod szyldem „rękawiczka” sprzedano nam brudną skarpetę.