[KOMENTARZ TYGODNIKA] Od różnicy zdań do wojny wszystkich ze wszystkimi
fot. Facebook
Różnica zdań jest czymś naturalnym, a nawet pożytecznym. Problem zaczyna się wtedy, gdy własną rację uznajemy za jedyną możliwą, przeciwnika za wroga, a polityczny konflikt za narzędzie zdobywania i utrzymywania władzy. Ostatnie wydarzenia wokół Trybunału Konstytucyjnego pokazują, jak niebezpieczna może być ta droga. I jak łatwo w ferworze politycznej walki zapomnieć o dobru wspólnym.
Inne z kategorii
[ZDROWIE Z TYGODNIKIEM] Wdech-wydech. Kiedy warto zbadać płuca?
Jest w serialu „Ranczo” znakomita scena, w której biskup Sądecki opowiada proboszczowi o rozmaitych stronnictwach w Watykanie. Jest partia włoska, francuska, są oczywiście i Polacy, tyle że ci mają aż dwa stronnictwa. Trudno się nie uśmiechnąć. Zwłaszcza że dowcip ten odwołuje się do czegoś, co doskonale znamy z własnego doświadczenia.
Mówi się przecież, że gdzie dwóch Polaków, tam trzy zdania. I rzeczywiście, mamy szczególny talent do spierania się o wszystko. Tyle że nie jest to bynajmniej nasza narodowa specjalność. Już starożytni Rzymianie mawiali: Quot capita, tot sensus – ile głów, tyle sposobów myślenia.
Warto o tym pamiętać, zwłaszcza dzisiaj, kiedy kolejny dramatyczny konflikt wokół Trybunału Konstytucyjnego każe nam z niepokojem spoglądać na przyszłość państwa.
Sama różnica zdań nie jest niczym złym. Przeciwnie, może świadczyć o inteligencji, samodzielności myślenia, zdolności dostrzegania rozmaitych aspektów rzeczywistości. Świat jest zbyt skomplikowany, by dało się go opisać jednym zdaniem, a tym bardziej jednym partyjnym hasłem. Ten sam problem może być rozpatrywany z perspektywy prawnej, społecznej, moralnej, ekonomicznej czy historycznej. Każda z tych perspektyw może odsłaniać coś istotnego.
Kiedy część udaje całość
Problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś uznaje, że dostrzeżony przez niego fragment rzeczywistości jest całą rzeczywistością. Że jego punkt widzenia nie jest jednym z możliwych sposobów rozumienia problemu, lecz jedyną dopuszczalną prawdą.
Logika zna taki błąd. Nazywa się on pars pro toto – wzięcie części za całość. To, co jest tylko jednym aspektem zagadnienia, zostaje podniesione do rangi wyjaśnienia wszystkiego.
W polityce błąd ten bywa szczególnie niebezpieczny. Ktoś dostrzega rzeczywiste naruszenie prawa i dochodzi do przekonania, że w imię jego naprawienia wolno mu już wszystko. Ktoś inny słusznie upomina się o demokratyczny mandat, ale zapomina, że zwycięstwo wyborcze nie daje prawa do dowolnego postępowania. Jeszcze ktoś broni konstytucyjnej instytucji, lecz zaczyna utożsamiać tę instytucję z konkretnymi ludźmi, którzy nią kierują.
Każdy może mieć w czymś rację. Nie znaczy to jednak, że każdy ma rację we wszystkim.
Co jest ważniejsze od naszych racji?
Właśnie dlatego cywilizacja wypracowała pojęcie dobra wspólnego. Jest ono jednym z fundamentów katolickiej nauki społecznej. Sobór Watykański II, a za nim Katechizm Kościoła Katolickiego, określa dobro wspólne jako całokształt warunków życia społecznego, które pozwalają zarówno wspólnotom, jak i poszczególnym ludziom pełniej i łatwiej osiągać własną doskonałość.
Brzmi nieco abstrakcyjnie, ale rzecz jest całkiem konkretna. Dobro wspólne to nie suma prywatnych interesów ani interes tej części społeczeństwa, która akurat wygrała wybory. To takie urządzenie państwa i życia społecznego, aby wszyscy mogli w nim bezpiecznie żyć, korzystać ze swoich praw, rozwijać się i realizować swoje powołanie. Aby istniały instytucje, którym można ufać, prawo, które obowiązuje wszystkich, i mechanizmy rozwiązywania sporów, które nie wymagają używania siły.
Dobro wspólne nie oznacza braku konfliktów. Oznacza istnienie czegoś ważniejszego niż konflikt.
Można spierać się o podatki, politykę zagraniczną, szkołę, sądy czy Trybunał Konstytucyjny. Można nawet bardzo ostro. Ale trzeba pamiętać, że państwo nie jest własnością żadnego ze spierających się stronnictw. Że przeciwnik polityczny pozostaje współobywatelem. I że po zakończeniu sporu nadal będziemy musieli żyć w jednym kraju.
Od sporu do nienawiści
Tymczasem od dłuższego czasu obserwujemy w Polsce proces dokładnie odwrotny. Różnica zdań przestaje być okazją do poszukiwania prawdy, a staje się powodem do wzajemnej nienawiści. Argumenty ustępują miejsca emocjom. Przeciwnik nie jest już człowiekiem, który inaczej rozumie rzeczywistość. Staje się wrogiem, którego należy pokonać, upokorzyć, a najlepiej całkowicie wyeliminować z życia publicznego.
To kolejny stopień degradacji polityki.
Jeszcze niżej schodzimy wtedy, gdy emocje te zaczynają być świadomie wykorzystywane przez polityków. Opozycja, zamiast przekonywać społeczeństwo do swoich racji i proponować lepsze rozwiązania, może uznać, że najskuteczniejszą drogą do władzy jest nieustanne podsycanie gniewu. Im większe wzburzenie, tym lepiej. Im więcej ludzi wyjdzie na ulice, tym większa szansa na polityczne zwycięstwo.
Nie chodzi oczywiście o to, że protest przeciwko władzy jest czymś nagannym. Prawo do pokojowego protestu stanowi jeden z fundamentów wolnego społeczeństwa. Czym innym jest jednak wyrażanie sprzeciwu wobec niesprawiedliwości, a czym innym świadome rozpalanie emocji po to, by społeczny gniew wykorzystać jako narzędzie walki politycznej.
Gdy konflikt staje się narzędziem samej władzy
Ale istnieje jeszcze stopień niższy. I chyba najbardziej niebezpieczny. To sytuacja, w której konflikt staje się narzędziem samej władzy.
Władza dysponuje przecież środkami, których opozycja nie ma. Kontroluje aparat państwowy, podejmuje decyzje administracyjne, dysponuje instrumentami przymusu. Jej podstawowym obowiązkiem jest nie tylko realizowanie własnego programu, lecz także troska o bezpieczeństwo i pokój społeczny.
Jeżeli więc zamiast łagodzić napięcia, świadomie je podsyca, jeżeli traktuje społeczny konflikt jako sposób mobilizowania własnych zwolenników i osłabiania przeciwników, dopuszcza się czegoś znacznie poważniejszego niż zwyczajna polityczna nieodpowiedzialność.
Zaczyna bowiem wykorzystywać państwo przeciwko dobru wspólnemu, któremu powinna służyć.
Nie trzeba przy tym rozstrzygać wszystkich prawnych zawiłości obecnego sporu o Trybunał Konstytucyjny, aby dostrzec niebezpieczeństwo. Można mieć odmienne oceny legalności decyzji podejmowanych przez poszczególnych uczestników konfliktu. Można uważać, że wcześniejsze naruszenia prawa domagają się stanowczej naprawy. Można także uważać, że sama metoda tej naprawy stanowi kolejne naruszenie porządku konstytucyjnego.
Ale jedno nie powinno budzić wątpliwości: państwo nie może być zakładnikiem politycznej wojny.
Wydarzenia z 30 i 31 października pokazują, jak daleko zaszliśmy. A skutki mogą być dramatyczne. Największym zagrożeniem nie jest nawet to, że jedna ze stron wygra, a druga przegra. Największym zagrożeniem jest to, że obywatele ostatecznie utracą przekonanie, iż w Polsce istnieje cokolwiek, co stoi ponad bieżącą walką polityczną.
Wtedy każda następna zmiana władzy będzie oznaczała kolejny odwet, kolejne czystki, kolejne kwestionowanie legalności instytucji. Państwo zamieni się w pole bitwy, na którym nie ma już żadnych wspólnie uznawanych reguł.
Spokój nie oznacza bierności
I właśnie dlatego w takich chwilach najbardziej potrzebny jest spokój.
Nie obojętność. Nie bierność. Nie zgoda na bezprawie. Spokój, który pozwala odróżniać fakty od propagandy, argumenty od emocjonalnych manipulacji, rzeczywistą troskę o państwo od politycznej gry prowadzonej jego kosztem.
Nie wolno dać się sprowokować. Nie wolno pozwolić, by ktokolwiek uczynił z naszego gniewu paliwo dla własnej kariery czy własnego obozu politycznego.
Jeżeli władza przekracza granice, należy ją kontrolować, rozliczać, ograniczać zgodnie z prawem, a kiedy to konieczne – pokojowo i w cywilizowany sposób odsunąć od rządzenia. Nie po to, by urządzić kolejną rundę zemsty, lecz po to, by przywrócić państwo jego właściwemu celowi.
Bo wbrew temu, co zdają się sądzić niektórzy politycy, państwo nie istnieje po to, aby jedni mogli pokonać drugich. Istnieje po to, abyśmy mimo wszystkich różnic mogli żyć razem.
I wracając do „Rancza”: nie ma nic złego w tym, że Polacy tworzą dwa stronnictwa nawet tam, gdzie inni mają tylko jedno. Nieszczęście zaczyna się dopiero wtedy, gdy każde z tych stronnictw dochodzi do przekonania, że dla dobra Polski najlepiej byłoby pozbyć się połowy Polaków.