[OKIEM TYGODNIKA] Ecce Homo
fot. obraz „Ecce Homo” Adama Chmielowskiego/PICRYL
„Oto człowiek” – powiedział Piłat, wskazując na ubiczowanego Chrystusa. Dwa tysiące lat później pytanie o to, kogo jesteśmy gotowi uznać za człowieka, wciąż pozostaje dramatycznie aktualne. Powraca także w sporze o aborcję, w którym za pozornie prostymi hasłami kryją się fundamentalne pytania o ludzką naturę, godność i odpowiedzialność. Czy człowieczeństwo jest czymś, co można komuś przyznać lub odebrać? A może przysługuje każdemu, niezależnie od etapu życia, jego czynów i naszych przekonań?
Inne z kategorii
„Obszedłem się z tym obrazem jak partacz ostatni, lecz tak mnie molestował ksiądz Metropolita, że aby mieć spokój, dokończyłem go po rzemieślniczemu” – tak pisał Adam Chmielowski o dziele uznawanym za najwybitniejsze w jego dorobku artystycznym i jedno z najwybitniejszych w polskiej sztuce religijnej. Oto człowiek. Skatowany, poniżony, krwawiący Chrystus, wystawiony przed tłum, by – jak liczył Piłat – usatysfakcjonować lud tą krzywdą. I może dlatego podejście „partacza” czy „rzemieślnika” jest właśnie konieczne, by lepiej zobrazować ludzką naturę. Surowiej. Bardziej realistycznie.
Zasadnicze pytanie brzmi jednak inaczej. Co właściwie widzimy na obrazie? Zbawiciela? Mężczyznę? Ofiarę? Po prostu – człowieka? Może wszystkich jednocześnie?
To pytanie wykracza daleko poza malarstwo religijne. Dotyczy bowiem nie tylko tego, kogo potrafimy uznać za człowieka, ale także tego, komu jesteśmy gotowi przyznać należną mu godność. Powraca za każdym razem, gdy toczy się debata o aborcji. Również ta, która ostatnio rozgrywała się na ulicach Bydgoszczy i podczas której padały żądania aborcji „na życzenie”. To spór moralny, dotyczący najbardziej elementarnych wartości. Aby jego rozstrzygnięcie było w ogóle możliwe, trzeba jednak wrócić do kwestii najprostszej, a zarazem dziś absurdalnie trudnej: definicji człowieka.
A jednak biologia pozwala jednoznacznie określić, kiedy powstaje nowy organizm ludzki, niezależnie od naszych subiektywnych odczuć i intuicji. Chodzi o zapłodnienie. Wtedy powstaje unikatowy, odrębny kod DNA, którego konkretna kombinacja nie powtórzy się już, choćby kobieta zachodziła później w ciążę jeszcze sto razy.
Tak chętnie używany w debacie termin „płód” to określenie biologiczne konkretnej fazy życia organizmu (człowieka lub zwierzęcia), a nie nazwa odrębnego gatunku. Oczywiście na tym etapie nie można jeszcze podziwiać twarzy ani słyszeć bicia serca. Jednak gąsienica również nie przypomina motyla. Mimo to nikt rozsądny nie zaprzeczy, że to ten sam organizm na innym etapie rozwoju. Zarodek nie przypomina noworodka, noworodek nie przypomina dorosłego, a dorosły często z trudem rozpoznaje samego siebie na zdjęciach sprzed kilkudziesięciu lat. Zmieniają się wygląd, zdolności, świadomość i stopień samodzielności. Nie zmienia się jednak biologiczna tożsamość rozwijającego się organizmu.
I tu pada nieśmiertelne hasło: „Moje ciało, mój wybór”. No nie. Cudze DNA nie staje się moim tylko dlatego, że znajduje się we mnie. Dziecko w łonie matki jest osobnym organizmem, choć oczywiście przez pewien czas pozostaje związane z organizmem matki i od niego zależne. Nie jest też podmiotem, który narzucił jej tę sytuację, a jego życie ma taką samą wartość jak życie innych ludzi. Odpowiedzialność za poczęte dziecko rodzi więc szczególne zobowiązania.
Decyzja kobiety dotycząca własnego ciała została podjęta (o ile nie doszło do przestępstwa) wcześniej, na etapie zgody na współżycie. Jako ludzie dojrzali, wyrażamy ją, będąc świadomi możliwych, choć nie zawsze planowanych i upragnionych, konsekwencji. Życie niestety nie zawsze układa się według idealnego scenariusza. Mimo to dojrzałość każe mierzyć się z nim, mając poczucie odpowiedzialności za siebie i ludzi wokół nas.
Biologiczny początek istnienia jest więc określony. Spór dotyczy jednak przede wszystkim godności i statusu moralnego. Współcześnie nie jest już bowiem oczywiste, że godność ta należy się każdej istocie ludzkiej przez sam fakt człowieczeństwa. Jeśli kryterium mają stanowić świadomość i samodzielność, musielibyśmy konsekwentnie odmówić tych przymiotów niemowlętom, osobom w śpiączce farmakologicznej lub cierpiącym na ciężkie schorzenia psychiczne. Jeżeli zaś decydują kolejne etapy rozwoju – jakie konkretnie i na jakiej podstawie wybieramy właśnie te? Kto miałby się znaleźć w tym osobliwym „jury"; oceniać, czy dany człowiek jest już/jeszcze w odpowiednio dobrej kondycji, by uznać jego życie za wartościowe i zasługujące na ochronę?
Odpowiedzialność za życie poczęte nie powinna jednak obciążać wyłącznie matki. W równym stopniu spoczywa ona na ojcach i znacznie wykracza poza wsparcie finansowe, choć często sprowadza się ją właśnie do tej kwestii. Oczywiście to kobieta w pierwszej fazie życia dziecka ponosi większy ciężar związany z ciążą i porodem. Nie oznacza to jednak, że tylko ona ma prawo wypowiadać się na ten temat. Mężczyzna nie zostaje ojcem dopiero w chwili narodzin potomka. Staje się nim już w momencie zapłodnienia. Jest tak samo odpowiedzialny za poczęcie jak ona i – podobnie jak ona – ma prawo do więzi z dzieckiem w jej łonie.
W dalszej kolejności odpowiedzialność ponosi państwo. Powinniśmy wymagać od państwa ochrony życia, ale także jak największego wsparcia i opieki nad rodzicami znajdującymi się w niekiedy dramatycznie trudnych sytuacjach, na przykład w przypadku ciężkiej niepełnosprawności dziecka. Państwo ma również obowiązek prawnie regulować sytuację człowieka w fazie prenatalnej – łącznie z podstawowym prawem do życia. Po co to regulować, skoro i tak każdy, kto zechce, znajdzie sposób na usunięcie ciąży? Kierując się taką logiką, moglibyśmy zlikwidować cały kodeks karny, bo uparty złodziej i tak jakoś coś ukradnie. Nie oznacza to jednak, że podarujemy mu klucze i przepuścimy w drzwiach.
Pojawia się też argument nieco bardziej subtelny: „Sama nigdy bym się na to nie zdecydowała, ale to indywidualna decyzja każdego”. Wracamy więc do biblijnego obrazu, tym razem do postaci Piłata. Mamy własne miednice: „Nie jestem winny krwi tego Sprawiedliwego. To wasza rzecz”.
Nie każdy współczesny Poncjusz ma przy tym złe intencje. Jego postawa wynika nie tylko z lęku przed tłumem, lecz może być również efektem autentycznej troski o „wolność” innych. Ale szaty miłosierdzia to ulubiony strój nowoczesnych diabłów-kusicieli. Wspaniale ujął to Sienkiewiczowski Petroniusz: „Czy zauważyłeś, jak zło, chociaż potężne, rządzące światem, czuje potrzebę oparcia się zawsze o pozory prawa, sprawiedliwości i cnoty? (...) Taki Tyberiusz nie był tchórzem, a jednak usprawiedliwiał każdy swój występek. Co to za dziwny, mimowolny hołd, składany przez zło cnocie?”.
Łatwo zdobyć uznanie dla postulatu śmierci, jeśli przedstawimy ją jako akt litości, a nie zbrodni, szczególnie gdy wcześniej odczłowieczymy życie poczęte, ukrywając je za biologiczną terminologią i wywodami o świadomości. Wtedy wszystko wygląda jakoś piękniej. Mniej brutalnie. Nie ma sznura na szyi, czerwonej szaty i korony cierniowej. Jest kolorowa bluza w nagrodę za sfinansowanie komuś „zabiegu”.
Ecce Homo. Obraz skatowanego Chrystusa. Zarodka rozwijającego się w łonie matki. Przerażonej kobiety pod kliniką aborcyjną. Strażaka wynoszącego człowieka z pożaru. Polityka. Także tego, który dumnie pozuje w bluzie i krzyczy, że „kocha aborcję”. Seryjnych przestępców. Wreszcie roześmianej ekipy aborcyjnej, nazywającej się „drużyną marzeń”. I to być może najtrudniejsza i najbardziej poruszająca definicja człowieczeństwa.