[OKIEM TYGODNIKA] Ballada o Śpiących Rycerzach
fot. Władysław Skoczylas, Śpiący rycerze, 1914, Muzeum Żup Krakowskich Wieliczka, Wikimedia Commons
Prawda historyczna nie obroni się sama. Wie o tym 101-letni były więzień Auschwitz, który od dziewięciu lat walczy przed sądem o sprawiedliwość. Tymczasem świadkowie historii odchodzą, pamięć słabnie, a kolejne pokolenia coraz łatwiej ulegają obojętności. Czy potrafimy jeszcze stanąć w obronie własnej przeszłości? I czy pomniki, takie jak planowany w Bydgoszczy monument Armii Krajowej, są nam rzeczywiście potrzebne? Bo może największym zagrożeniem nie jest dziś otwarty atak na historię, lecz nasze milczenie, gdy ktoś ją zniekształca lub skazuje na zapomnienie.
Inne z kategorii
W polskiej kulturze dobrze znana jest legenda o śpiących w górach rycerzach, którzy zbudzą się w najczarniejszej godzinie, by bronić Ojczyzny. Nikt nigdy nie określił, która z godzin jest tą najczarniejszą. A niektórzy nie mają już czasu dłużej czekać. Były więzień Auschwitz, Stanisław Zalewski, od dziewięciu lat czeka na zakończenie procesu przeciwko niemieckiemu portalowi, który nazwał obóz w Treblince „polskim obozem zagłady”. Niedawno, mając 101 lat, za pośrednictwem swoich pełnomocników wycofał skargę kasacyjną dotyczącą żądania przeprosin. Nie dlatego, że zrezygnował z walki o prawdę. Po prostu kolejne lata postępowania mogłyby pozbawić go szansy na doczekanie wyroku. Chce przynajmniej doprowadzić do rozstrzygnięcia sprawy o wpłatę 50 tysięcy złotych na rzecz byłych więźniów i wyznaje gorzko: „Mam wrażenie, że sąd czeka na moją śmierć”
To polski sąd. W niepodległym kraju. Przez większość czasu zastanawiał się, czy w ogóle wolno mu zająć się tą sprawą. „Historię piszą zwycięzcy”? Nie. Raczej ci, bardziej zdeterminowani i mniej nastawieni na międzynarodowe umizgi.
I właściwie ktoś mógłby powiedzieć, że przecież państwo zareagowało. Polski konsulat interweniował, portal skorygował tekst. Kiedy podobnego określenia użył Barack Obama, również doszło do dyplomatycznej interwencji. Błędne sformułowania jednak powracają – czasem z niedbalstwa, czasem z niewiedzy, a niekiedy w towarzystwie argumentów, które mają zatrzeć różnicę między miejscem zbrodni a jej sprawcą. Według danych przedstawionych w odpowiedzi na interpelację poselską tylko w pierwszym półroczu 2025 roku polskie placówki dyplomatyczne interweniowały w 85 przypadkach przekłamań historycznych. Czy naprawdę wystarczy więc sprostować jedno zdanie, by uznać problem za rozwiązany? Co z odpowiedzialnością za słowa, za przypisywanie ofiarom lub ich potomkom winy sprawców? I co z człowiekiem, który nie ma już siły ani czasu, by przez lata dochodzić sprawiedliwości? Stanisław Zalewski nie powinien musieć samotnie dźwigać ciężaru sprawy, która dotyczy czegoś więcej niż jego osobistej krzywdy. Nie chodzi o to, by państwo zastępowało sądy ani wymuszało określone wyroki. Ważne natomiast, by deklarowana troska o prawdę historyczną przekładała się na skuteczne działania, a obywatel, zwłaszcza ten, który przeżył już piekło niemieckich obozów, nie musiał po raz kolejny walczyć, tym razem z… machiną procedur.
A jednak to nie postępowanie sądowe, kojarzące się coraz bardziej z „Procesem” Franza Kafki, budzi tu największe emocje. Dużo ważniejsze pozostaje bowiem pytanie: dlaczego Stanisław Zalewski w ogóle musi toczyć swoją bitwę o prawdę, jedynie ze wsparciem byłego Rzecznika Praw Obywatelskich i konsulatu? Dlaczego podobnie zdecydowanej reakcji na historyczne oszczerstwa nie widać ze strony innych organów państwa i – co jeszcze bardziej bolesne – społeczeństwa? Przecież w podobnych przypadkach presja powinna spowodować nie tylko korektę tekstu, ale przeprosiny i wyjaśnienie faktów odbiorcom danego medium. Wizja ewentualnych odszkodowań mogłaby zadziałać dużo skuteczniej niż grzeczna prośba o poprawki w artykule. Wbrew słynnemu przysłowiu, prawda wcale nie obroni się sama. Oczywiście, ona będzie istnieć niezależnie od cudzych opinii czy wysiłków, ale może istnieć w ciemności. To ballada przekazywana nam przez odchodzące pokolenia. Można ją przyjąć i przekazywać dalej, wzbogacając o własne doświadczenia. Można też zagubić sens przez obojętność, aż stanie się zbiorem przypadkowych słów. Tymczasem przywołane powiedzenie coraz częściej staje się wygodną wymówką dla naszej bierności. Nie ma w tej ocenie wielkiej złośliwości – przez dziesięciolecia funkcjonowania polskich sądów i polskich polityków, człowiek ma prawo do gorzkiej konkluzji o własnej bezradności. Tylko że to postawa kapitulacji. A skoro 101-letni bohater ma w sobie jeszcze tyle honoru i umiłowania wartości, żeby wytoczyć proces niemieckim mediom, tym bardziej należałoby oczekiwać od państwowych instytucji, że nie zabraknie im determinacji, by doprowadzić sprawę do końca. Przy czym koniec to nie poprawa tekstu, ale faktyczne przeprosiny i zadośćuczynienie krzywdzie.
Prawda obroni się sama jedynie w porządku metafizycznym. Dla osób wierzących nastąpi to podczas Sądu Ostatecznego, który – na szczęście – zadziała znacznie sprawniej od tego obecnego. W życiu doczesnym na przeszkodzie stoją jednak obce interesy, cynizm polityczny i… zupełnie naturalna kolej rzeczy. To, co dla Polaków jest oczywiste i trwa w zbiorowej pamięci, dla Niemców czy Amerykanów stanowić może zupełnie nieodkryte pole wiedzy. A po odejściu bezpośrednich świadków tamtych wydarzeń również dla przyszłych pokoleń Polaków może stać się czymś odległym, niemal nierzeczywistym.
Pamięć potrzebuje wysiłku. Pamięć potrzebuje znaków. Także tych, wyrytych w kamieniu. Prawda, której nikt nie pamięta, staje się bowiem bezbronna wobec kłamstwa.
W Bydgoszczy jest to problem szczególnie aktualny. W odpowiedzi na postulat Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej wojewoda kujawsko-pomorski powołał komitet budowy pomnika Armii Krajowej, który ma upamiętniać również całe Polskie Państwo Podziemne. Pomysł dość szybko spotkał się z mieszanymi reakcjami internautów. Jeden z użytkowników ironicznie zwrócił uwagę, że budowa monumentu nie wydaje mu się sprawą pilniejszą, niż choćby ratowanie podupadającej komunikacji miejskiej. Od strony czysto praktycznej – pewnie miał rację. A jednak interesów materialnych nie trzeba przeciwstawiać interesom duchowym, tylko dlatego, że tych drugich nie da się dokładnie obliczyć i od razu zmierzyć korzyści. Dbałość o przekazywanie narodowej opowieści nie jest zbędnym ciężarem. To właśnie ona pozwala kolejnym pokoleniom rozpoznawać się jako jedna wspólnota. Oczywiście pod warunkiem, że będzie to pomnik żywy. Nie tylko miejsce oficjalnych uroczystości i górnolotnych przemów, ale symbol, za którym pójdą historie powtarzane w rodzinie i szkole, a przede wszystkim nasza nieobojętność.
W chwili zagrożenia nie warto bowiem czekać na zaczarowanych rycerzy. To my sami powinniśmy się obudzić. Musimy wreszcie pamiętać, że zagrożenie nie zawsze brzmi wojennym larum. O wiele bardziej niebezpieczne jest to, które nadchodzi ciszą, zapomnieniem i kojącym przekonaniem, że ktoś inny zareaguje albo że zareagować nie ma sensu. Rycerze zrywali się już do obrony kraju bez ziemi, ale nie dane im będzie nigdy obronić kraju bez narodu.