Oczywiście natychmiast pojawiają się rozmaite pomysły, jak temu zaradzić. Jedni chcieliby kontrolować plecaki, inni postulują zwiększenie liczby psychologów, jeszcze inni wskazują na zgubny wpływ internetu i brutalnych gier komputerowych. Wszystkie te kwestie warte są zapewne rozważenia, niektóre proponowane rozwiązania mogą nawet okazać się skuteczne. Tyle że mam wrażenie, iż w tej dyskusji, prowadzonej zresztą nie bez emocji, pomijamy sprawę najważniejszą.
Skąd wiemy, że nie wolno zabijać?
A ściślej mówiąc, pomijamy odpowiedź na pytanie, dlaczego człowiekowi nie wolno zabić drugiego człowieka. Pytanie może wydawać się banalne, bo przecież każdy wie, że zabijać nie wolno. Tak przynajmniej zapewne odpowiedziałaby zdecydowana większość zapytanych. Ale spróbujmy pójść krok dalej i zapytać: dlaczego nie wolno? Bo zabrania tego kodeks karny? Bo za zabójstwo grozi więzienie? A może dlatego, że umówiliśmy się, iż wzajemnie zabijać się nie będziemy?
Chrześcijaństwo daje na to pytanie odpowiedź znacznie prostszą i zarazem o wiele bardziej wymagającą. Człowiek nie jest panem życia drugiego człowieka, ponieważ sam nie jest nawet panem własnego życia. Panem życia jest Ten, który je dał. To dlatego piąte przykazanie Dekalogu brzmi po prostu „Nie zabijaj”, nie uzależniając tego zakazu od okoliczności, społecznej użyteczności człowieka ani od poglądów większości parlamentarnej.
Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież dawniej ludzie też się zabijali, a nawet czynili to znacznie częściej niż dziś. Oczywiście, że tak. Co więcej, już na pierwszych kartach Pisma Świętego, zaraz po opisie upadku pierwszych rodziców, znajdujemy historię Kaina i Abla. Brat zabija brata, i to nie z powodu jakiegoś wielkiego konfliktu politycznego, wojny czy walki o majątek. Powodem jest zazdrość. A kiedy Bóg pyta Kaina, gdzie jest jego brat, pada słynna odpowiedź: „Czyż jestem stróżem brata mego?”.
Papież przyjechał z Dekalogiem
Przypomniała mi się przy tej okazji pierwsza pielgrzymka Jana Pawła II do Polski po upadku komunizmu. Był rok 1991, Polacy zachłystywali się odzyskaną wolnością, rodził się nowy ustrój, a wraz z nim przekonanie, że skoro skończyła się komunistyczna dyktatura, to teraz wreszcie sami będziemy decydować o wszystkim. Tymczasem papież, zamiast cieszyć się razem z rodakami z nowej rzeczywistości, postanowił wygłosić cykl homilii poświęconych dziesięciu przykazaniom.
Nie wszystkim się to spodobało, delikatnie mówiąc. Papieżowi zarzucano moralizatorstwo, mieszanie się do polityki, niezrozumienie nowych czasów. Pamiętam atmosferę tamtych sporów. Oto dopiero co uwolniliśmy się od ideologii, która chciała urządzać nam życie, a teraz przyjeżdża papież i znów mówi, że nie wszystko człowiekowi wolno. Jakby nie rozumiał, że przecież jesteśmy już wolni.
I powiedział wtedy rzecz, nad którą warto się zastanowić: „Korzeń zbrodni tkwi w uzurpacji przez człowieka Bożej władzy nad życiem i śmiercią człowieka”.
Zwróćmy uwagę, że papież nie mówił tu o narzędziach zbrodni, o metodach jej dokonywania ani nawet o okrucieństwie sprawców. Mówił o czymś wcześniejszym, o przyznaniu sobie przez człowieka prawa, którego nie posiada. Prawa do stanowienia o życiu i śmierci drugiego człowieka.
Kilka lat później, w encyklice Evangelium vitae, Jan Paweł II rozwinął tę myśl, pisząc o kulturze życia i kulturze śmierci. Warto przypomnieć, że rozważania o zamachach na ludzkie życie rozpoczął właśnie od historii Kaina i Abla. Przypadek? Z pewnością nie. Papież wskazywał bowiem, że u źródeł cywilizacji śmierci znajduje się odrzucenie prawdy o człowieku i o jego godności, która nie pochodzi od państwa, społeczeństwa ani od niego samego.
Cywilizacja śmierci nie zaczyna się wtedy, gdy ktoś wbija nóż w ciało drugiego człowieka. Zaczyna się znacznie wcześniej, gdy człowiek uznaje, że sam będzie decydował, co jest dobre, a co złe, komu należy się życie, a komu nie. Kiedy życie ludzkie przestaje być wartością bezwarunkową, a staje się przedmiotem rozmaitych kalkulacji.
Żadna procedura nie zastąpi sumienia
Nie twierdzę bynajmniej, że każdy nastolatek dopuszczający się brutalnego czynu wcześniej przeczytał Nietzschego i postanowił odrzucić chrześcijańską moralność. Zresztą podejrzewam, że lektura filozofów jest dziś zajęciem niezbyt popularnym wśród młodzieży. Nie twierdzę też, że wystarczy przywrócić powszechną znajomość Dekalogu, a wszystkie szkolne tragedie znikną jak ręką odjął. Gdyby tak było, historia Kaina i Abla nigdy nie zostałaby napisana.
Twierdzę natomiast, że nie da się skutecznie wychowywać człowieka, rezygnując z odpowiedzi na pytania o dobro i zło. Można oczywiście uczyć rozpoznawania emocji, organizować warsztaty przeciwdziałania agresji, zatrudniać psychologów i pisać coraz doskonalsze procedury. Zapewne wiele z tych działań jest pożytecznych. Ale żadna procedura nie zastąpi sumienia. A sumienia nie da się ukształtować bez uznania, że istnieje dobro, które należy czynić, i zło, którego czynić nie wolno. Niezależnie od naszych emocji, interesów i upodobań. I tu wraca pytanie o losy nauczania etyki w szkołach dla tych uczniów, których rodzice lub oni sami zdecydowali się wypisać z lekcji religii.
Wróćmy więc do roku 1991. Jan Paweł II przyjechał do wolnej Polski i przypomniał rodakom Dekalog. Wielu uznało wówczas, że papież nie rozumie nowych czasów, że niepotrzebnie straszy i poucza, zamiast cieszyć się odzyskaną wolnością. Dziś, po trzydziestu pięciu latach, znów zastanawiamy się, jak powstrzymać człowieka przed zabijaniem drugiego człowieka. I znów szukamy odpowiedzi wszędzie, tylko nie tam, gdzie szukać jej należałoby w pierwszej kolejności.
A może jednak warto wrócić do tamtej radomskiej homilii i przeczytać ją jeszcze raz? Może Jan Paweł II miał rację?
Michał Jędryka
Tekst ukazał się na portalu Aleteia.org