182 metry na kolanach. Niewidomy Grzegorz Dudziński opowiada o niezwykłej drodze w Fatimie
fot. nadesłane/screen z relacji
34 minuty, 182 metry i ani jednej chwili zwątpienia w sens podjętego wyzwania. Grzegorz Dudziński, prezes bydgoskiej Światłowni, pokonał na kolanach drogę pokutną w sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej. Choć nie widzi, postanowił przebyć całą trasę samodzielnie, posługując się jedynie białą laską. Dziś opowiada o bólu, samotności, modlitwie i sile, którą odnalazł w tym niezwykłym doświadczeniu.
Inne z kategorii
Via Pomerania pod dywan? Jarosław Wenderlich: trzeba upominać się o tę drogę
Nie chodziło o bicie rekordów
182 metry w 34 minuty. Ktoś powie: żółwie tempo. I będzie miał rację. Tyle właśnie zajęło mi pokonanie na kolanach drogi pokutnej w sanktuarium maryjnym w Fatimie, w Portugalii.
Nie chodziło jednak o żaden rekord. Nie chciałem nikomu niczego udowadniać. Walczyłem wyłącznie ze sobą i własnymi słabościami.
Dla człowieka niewidomego każda nieznana droga jest wielkim wyzwaniem. A ja przyjechałem do Fatimy przede wszystkim po to, aby podziękować Matce Bożej za Jej opiekę. Czuję ją każdego dnia. W moim życiu rzeczy, które wydawały się niemożliwe, stają się możliwe.
Chciałem też prosić o dalsze łaski dla mojej rodziny, przyjaciół, ale również dla moich wrogów. I oczywiście o pomyślność dla Światłowni – mojego ukochanego dziecka.
Przestrzegali mnie przed tą drogą
O fatimskiej drodze pokutnej słyszałem wcześniej wiele niepokojących rzeczy. Nasz przewodnik stanowczo przestrzegał, aby nie podejmować tego wyzwania lekkomyślnie. Opowiadał o uczestniku poprzedniej pielgrzymki, który zdecydował się pokonać trasę na kolanach, a następnego dnia potrzebował pomocy medycznej.
Bez ochraniaczy na kolana podobno nie warto nawet próbować.
Ja ochraniaczy nie miałem. Mimo to czułem, że muszę spróbować. Dlaczego? Nie potrafię tego do końca wyjaśnić. Wiedziałem jedynie, że będzie to moje osobiste świadectwo wiary i szczególna forma podziękowania Matce Bożej.
Przed godziną 21.00 razem z moją żoną Edytą udaliśmy się na plac przed sanktuarium. Podwinąłem spodnie w taki sposób, aby między kolanami a kamienną nawierzchnią znalazły się cztery warstwy materiału. Jak się później okazało, był to znakomity pomysł.
Stanąłem – a właściwie uklęknąłem – na początku drogi pokutnej.
Biała laska zamiast przewodnika
Od początku postanowiłem, że pokonam trasę samodzielnie. Bez prowadzenia za rękę, bez fizycznej pomocy drugiego człowieka.
Pozostawał jednak pewien problem: jak niewidomy człowiek ma odnaleźć drogę, która kilkakrotnie zakręca?
Rozwiązanie okazało się prostsze, niż przypuszczałem. Sama ścieżka pokutna jest idealnie gładka, wypolerowana kolanami niezliczonych pielgrzymów. Po jej bokach znajduje się natomiast nierówny bruk ze szczelinami. Wystarczyło odpowiednio badać nawierzchnię białą laską, aby rozpoznawać granicę między jednym a drugim podłożem.
Tak wytyczyłem sobie drogę.
Nie wiedziałem jeszcze, że podczas nabożeństwa maryjnego ogromny plac wypełniają pielgrzymi z całego świata. Nie widziałem ich, choć wyraźnie odczuwałem ich obecność. Jak się później dowiedziałem, sami ustępowali mi miejsca.
Najtrudniejsze były samotność i strach
Wydawać by się mogło, że największym problemem podczas takiej wędrówki musi być ból kolan. Tymczasem dla mnie najtrudniejsze okazały się samotność i strach.
Nie znałem dokładnej długości trasy. Wiedziałem jedynie, że liczy ponad sto metrów i jest bardzo wymagająca.
Szybko przekonałem się też, że pozornie gładka nawierzchnia pełna jest drobnych odłamków skalnych. Wbijały się one boleśnie między materiał spodni a skórę. Co jakiś czas musiałem otrząsać kolana, by móc posuwać się dalej.
Wiedziałem, że Edyta jest gdzieś blisko i nade mną czuwa. Nie słyszałem jej jednak. Nie miałem nawet pojęcia, że przez cały czas nagrywa moje zmagania.
Czułem się zupełnie samotny.
Nie wiedziałem, czy poruszam się we właściwym kierunku. Nie wiedziałem, jak daleko pozostało do końca. Każdy ruch kolan przesuwał mnie zaledwie o kilka centymetrów.
Miałem wrażenie, że ta droga trwa całe wieki.
Wiele razy upadałem. Ból bywał tak dotkliwy, że niemal wyłem. A jednak ani przez moment nie pomyślałem, żeby wstać i po prostu zejść ze ścieżki.
Nie robiłem tego przecież po to, żeby komukolwiek zaimponować.
Jako człowiek niewidomy każdego dnia muszę mierzyć się z trudnościami, których ludzie widzący często nawet nie dostrzegają. Muszę być silny, aby udźwignąć codzienność. Skoro postawiłem sobie za cel przejście drogi pokutnej, chciałem doprowadzić to zadanie do końca.
Myślę, że z takim rozumowaniem zgodziłby się nawet ateista.
Anielski śpiew i odrobina humoru
Przez całą drogę towarzyszył mi piękny, niemal anielski śpiew rozbrzmiewający na placu sanktuarium. Pomyślałem sobie, jak dobrze, że tak wspaniałe głosy śpiewają dla Matki Bożej.
Nie zabrakło jednak chwili, która zupełnie niespodziewanie mnie rozbawiła. W pewnym momencie jakaś kobieta zaczęła mówić w nieznanym mi języku, tak szybko i w tak osobliwy sposób, że niemal udusiłem się ze śmiechu.
Nawet podczas drogi pokutnej człowiek nie traci przecież poczucia humoru.
W chwili największego kryzysu zapytałem Edytę, czy do końca jeszcze daleko.
Usłyszałem niezwykle precyzyjną odpowiedź:
– Już bardzo blisko!
Tyle że „bardzo blisko” mogło oznaczać równie dobrze pięć metrów, jak i sto pięćdziesiąt.
Nie pozostawało mi nic innego, jak dalej przesuwać się na kolanach, grzechocząc białą laską po bruku.
I co najważniejsze – ani razu nie zszedłem z wyznaczonej ścieżki.
„Nie mogłem uwierzyć, że dałem radę”
Kiedy Edyta oznajmiła mi wreszcie, że dotarłem do końca, byłem zszokowany.
Naprawdę przeszedłem całą drogę? Naprawdę dałem radę?
Trudno było mi w to uwierzyć.
Nie uważam jednak, aby była to wyłącznie moja zasługa. Jestem przekonany, że siłę dały mi przede wszystkim intencje, z którymi wyruszyłem. Modlitwa, wdzięczność i pragnienie powierzenia Matce Bożej najważniejszych dla mnie spraw.
Następnego dnia spotkała mnie kolejna niespodzianka. Nie miałem żadnych ran ani urazów kolan. Jakby tej niezwykle bolesnej drogi w ogóle nie było.
Za to w środku czułem się zupełnie inaczej.
Silniejszy.
Skoro zdołałem pokonać tę drogę w Fatimie, poradzę sobie również z innymi przeciwnościami. Wierzę, że znajdę siłę, aby stawić czoło złu i trudnościom, które jeszcze pojawią się w moim życiu.
Dlaczego mielibyśmy wstydzić się swojej wiary?
Długo zastanawiałem się, czy powinienem opisywać publicznie tak osobiste, wręcz intymne przeżycie.
Ostatecznie doszedłem do wniosku, że nie tylko mogę, ale wręcz powinienem się nim podzielić.
Dlaczego my, katolicy, mielibyśmy wstydzić się swojej wiary? Dlaczego mielibyśmy ukrywać to, co jest dla nas naprawdę ważne?
Dlaczego mielibyśmy godzić się na to, że Internet wypełniają chamstwo, prostactwo i bezmyślność, a brakuje w nim miejsca na rozmowę o sprawach najistotniejszych?
Przecież właśnie tutaj możemy także dawać świadectwo. Opowiadać o wierze, wdzięczności, ludzkiej słabości i sile, która pozwala ją przezwyciężać.
Moje 182 metry w Fatimie nie były sportowym osiągnięciem. Były osobistą drogą przez cierpienie, lęk i samotność. Drogą, na której jeszcze raz przekonałem się, jak wielką siłę może dawać wiara.
Per aspera ad astra – przez trudy do gwiazd.
Grzegorz Dudziński
Prezes Otwarta Przestrzeń Światłownia
[oprac. redakcja]