[OKIEM TYGODNIKA] Odnajdź siebie i już tam pozostań, czyli Psyche w Narcyzie zakochana
fot. John William Waterhouse „Psyche otwierająca Złote Pudełko"/ilustracyjne/Wikimedia
Poznaj siebie, zaakceptuj siebie, pokochaj siebie. Współczesna pop-psychologia ma na ludzkie szczęście receptę równie prostą, co podejrzaną: wystarczy nieustannie zajmować się sobą. A jeśli przy okazji odkryjemy jakieś wady? Tym lepiej! Zawsze można je przecież zrozumieć, wytłumaczyć i czule przytulić. Tylko czy w tym niekończącym się odkrywaniu własnego „ja” nie zgubiliśmy przypadkiem czegoś znacznie ważniejszego?
Inne z kategorii
Tragedia w szkole. Czy do tego dojść musiało? [KOMENTARZ]
Stanowczo odradzam wykonywanie testów osobowości w towarzystwie rodzeństwa. To się musi źle skończyć. Szczególnie w kontekście opisu strategii radzenia sobie z problemami. Szczególnie, gdy okazuje się, że twoja strategia brzmi: „po prostu sobie z nimi nie radzi” albo: „natychmiastowa kapitulacja i płacz w samotności”. Twój umysł może łatwo wyprzeć podobnie czarujące podsumowanie. Ale siostra i tak nie pozwoli mu o tym zapomnieć.
Niestety współcześnie coraz trudniej uciekać przed podobnymi aktami familijnej autodestrukcji. Psychologia, a raczej pop-psychologia, zieje nam w karki niemal na każdym kroku. 9 października rozpoczęły się Bydgoskie Dni Projektowe. Program? Codzienność. W wersji psycho-delicznej. Przynajmniej w niektórych punktach. Przynajmniej w warstwie czysto językowej. Warsztaty z „pisania automatycznego” (bez kontroli umysłu, czyli swoista podróż do „głębokich pokładów jaźni” – bo na co komu rozum w procesie tworzenia?), nauka „projektowania” bliskości, a nawet czułość, ale w wydaniu... politycznym. Bo przecież polska polityka od dawna fascynuje obywateli swoim subtelnym urokiem! Tyle z lekkich złośliwości. Zapewne pod tymi wymyślnymi hasłami kryło się faktycznie wiele naprawdę ważnych zagadnień. Jednak sam sposób opisu pokazuje, że język psychologii już dawno opuścił wygodną kozetkę terapeuty i wędruje coraz dalej poza gabinety. Kiedyś projektant zastanawiał się, czy krzesło będzie wygodne. Dziś kombinuje, jak sprawić, by mogło „przyjąć człowieka” i uznać „kruchość jego ciała”.
Internet? Jeszcze bardziej kreatywny. „Wybierz drzwi, a powiem, czego najbardziej w życiu pragniesz”. „Wyobraź sobie las, ścieżkę i chatę, a dowiesz się, czego w głębi serca się boisz i jakie są twoje preferencje intymne”. „Te krótkie pytania pokażą, jaki masz temperament”… Świetna zabawa. Bardzo bez sensu. I bardzo obiecująco. Można się wręcz uzależnić od odkrywania… siebie. I tu zaczyna się nasz nowoczesny mit. W oryginalnej wersji Psyche, śmiertelniczka ukochana przez Erosa, przechodzi serię ciężkich prób, by ostatecznie go odzyskać i zostać przyjętą przez bogów. Fantastyczna opowieść o miłości, która wyprowadza człowieka poza własne ego. Dziś jednak widzimy Psyche zauroczoną bardziej Narcyzem. Razem przeglądają się w tafli wody. Uczą się „rozumieć” i z „czułością przyjąć” każdą swoją wadę. Mniej fantastyczna opowieść o miłości, która zamyka człowieka w sobie. Maleńkim pałacu własnych pragnień, krzywd i schematów. A skoro już się w nim znalazł, to przecież może się rozgościć. I wszystko sobie ładnie wytłumaczyć. Nawet brzydkie zakątki.
Co więcej, jeśli nauczyliśmy się usprawiedliwiać własne słabości, dlaczego mielibyśmy odmawiać tego przywileju naszym ulubionym bohaterom?
Współczesność kocha taką psychologię. Taką, która uczy oczywiście zrozumienia, ale już nie po to, by skuteczniej nad sobą pracować, tylko po to, by się wybielić. Twórcy prześcigają się w kreowaniu czarnych charakterów, których historie wzruszają niekiedy bardziej niż całe poświęcenie głównego bohatera. I w pewnym sensie dobrze. Zdruzgotany Anakin czy wewnętrznie rozbity Sméagol to postacie znacznie ciekawsze niż klasyczny Władca Ciemności, który jest zły, bo… tak.
Ale wyjaśnienie czyjejś postawy nie powinno automatycznie oznaczać jej akceptacji czy usprawiedliwienia. Nie tylko Anakin stracił ukochaną osobę. A jednak nie każdy człowiek, który przeżył podobny dramat, został później bezwzględnym Darthem Vaderem. Jesteśmy kimś więcej niż sumą własnych doświadczeń. Mamy też rozum i wolną wolę.
Takie pozorne współczucie może prowadzić do niebezpiecznych schematów. Po pierwsze, zapominamy, że zło – owszem – chętnie karmi się dawnymi krzywdami i słabościami, ale wcale nie musi posiadać głębokiej filozofii. Czasem jego źródła są aż nieprzyzwoicie prozaiczne: chciwość, pycha, żądza władzy, zwykła pokusa.
Po drugie, zło zaczyna wyglądać atrakcyjnie. Szczególnie dobrze widać to w tych odmianach twórczości fan fiction, które z postaci będących w oryginale uosobieniem podłości robią mniej lub bardziej nieszczęśliwych kochanków. „On” już nie jest zły. „On” jest skrzywdzony. A „ja” go naprawię. Dla mnie będzie inny.
Coraz chętniej zgłębiamy więc tajniki najdziwniejszych i najrzadszych zaburzeń, zapominając przy okazji o czymś znacznie mniej efektownym: zwykłych ludzkich wadach charakteru. Co więcej, owe tajniki zgłębiamy najczęściej od strony zdecydowanie nienaukowej. Lepiej wybrać drzwi niż przeczytać rozdział w podręczniku.
Psychologia mogła pomagać człowiekowi lepiej rozumieć siebie po to, by lepiej żył z innymi. Tworzył zdrowe relacje i w ten sposób osiągnął szczęście. Współczesna pop-psychologia często każe mu rozumieć siebie po to, żeby jeszcze intensywniej zajmował się sobą. Nie prowadzi już dalej. Nie pyta: „co możesz zmienić?”, lecz coraz częściej: „dlaczego właściwie miałbyś cokolwiek zmieniać?”. Kusi niekończącą się autokontemplacją. Internetowe testy przestają być ciekawą, niekiedy wręcz pouczającą zabawą. Stają się wyrokiem segregującym ludzkość na szesnaście schludnych szufladek.
W takiej sytuacji nie pozostaje nic innego, jak tylko przyjąć ten werdykt do wiadomości. I zrobić to, co umiem najlepiej: popłakać w samotności i umrzeć.
INFP (Pośrednik)