Opinie Dzisiaj 13:09 | Michał Jędryka
Dlaczego Bydgoszcz nigdy nie będzie Warszawą. I co z tego wynika?

Co sprawia, że wielkie miasto jest dla młodego człowieka atrakcyjne, a średnie — znacznie mniej? Bo wydaje się, że choćby Toruń albo Bydgoszcz stanęły na głowie i zrobiły jeszcze przy tym fikołka, nie są w stanie całkowicie odwrócić tego procesu. Chyba że same stałyby się wielkimi metropoliami. Jak Warszawa. Albo Nowy Jork.

W „Gazecie Wyborczej” ukazał się ciekawy artykuł o odpływie młodych ludzi z Torunia. Wyjeżdżają oni do Gdańska, Poznania czy Warszawy. To samo oczywiście dotyczy Bydgoszczy.

Na czym naprawdę polega magia przyciągania wielkich miast?

Wyobraźmy sobie 30-letniego człowieka wykonującego dość specjalistyczny zawód. W Bydgoszczy może mieć jednego bardzo dobrego pracodawcę. W Warszawie — dwudziestu. To ogromna różnica, nawet jeśli jego obecna pensja w obu miastach byłaby identyczna.

Jeżeli pokłóci się z szefem, firma upadnie albo po trzech latach będzie chciał robić coś trochę innego, w wielkim mieście nie musi zmieniać całego życia. Zmienia firmę i jedzie metrem dwie stacje dalej. W mniejszym ośrodku zmiana pracy może oznaczać zmianę miasta.

Ekonomiści mówią w takim przypadku o thick labour market, czyli „gęstym rynku pracy”. W dużej aglomeracji jest nie tylko więcej pracodawców i więcej pracowników. Znacznie łatwiej również dopasowują się do siebie konkretne kwalifikacje i konkretne miejsca pracy.

Dlatego dla młodego człowieka ważniejsze od pytania: „ile zarobię na pierwszej posadzie?” może być inne: „ile różnych życiorysów zawodowych mogę tutaj zbudować?” W Warszawie katalog takich możliwości jest nieporównanie większy. W Bydgoszczy czy Toruniu — znacznie węższy.

Wielka metropolia działa jak ruchome schody

Brytyjski geograf społeczny Anthony Fielding opisał kiedyś wielkie aglomeracje jako escalator regions — regiony działające jak ruchome schody.

Młodzi i ambitni ludzie przyjeżdżają do Londynu i południowo-wschodniej Anglii, tam szybciej awansują zawodowo i społecznie, a część z nich po osiągnięciu pewnej pozycji wyprowadza się później w miejsca spokojniejsze i tańsze.

To trafna metafora. Wielkie miasto nie daje bowiem tylko większej liczby miejsc pracy. Daje kontakty, możliwość częstej zmiany firmy, dostęp do ludzi o podobnych aspiracjach, wiedzę nieformalną i wejście do środowisk zawodowych, które w mniejszym mieście mogą w ogóle nie istnieć. Duże miasto może więc przyspieszać karierę, a nie tylko zapewniać wyższą pensję.

Polskie badania absolwentów pokazują podobny mechanizm. Dane systemu ELA, czyli Ogólnopolskiego systemu monitorowania Ekonomicznych Losów Absolwentów szkół wyższych, wskazują, że migracja młodych ludzi wiąże się nie tylko z nominalną wysokością wynagrodzenia. Istotna jest także możliwość poprawy pozycji zawodowej. Ludzie nie wyjeżdżają więc wyłącznie „po więcej pieniędzy”. Wyjeżdżają również po lepszą karierę.

Rynek pracy dla dwojga

Jest jeszcze problem, o którym mówi się znacznie rzadziej. Załóżmy, że para składa się z biologa molekularnego i prawniczki specjalizującej się we własności intelektualnej. W Warszawie prawdopodobnie oboje znajdą kilka sensownych możliwości zatrudnienia. W mieście liczącym 200 czy 300 tysięcy mieszkańców może się okazać, że jedno znajdzie świetną pracę, a drugie żadnej.

Dlatego pojedyncza spektakularna inwestycja nie rozwiązuje problemu średniego miasta. Można sprowadzić doskonałego pracodawcę zatrudniającego 500 informatyków. Tylko gdzie mają pracować ich małżonkowie?

Wielkie miasto ma coś, czego średniemu miastu bardzo trudno stworzyć: nadmiar możliwości. I właśnie ten nadmiar daje poczucie bezpieczeństwa. Człowiek nie jest przywiązany do jednego pracodawcy, jednej firmy czy jednej branży. Ma plan B, C i D.

Ten sam mechanizm działa poza pracą

To samo dotyczy kultury, rozrywki, znajomych, zainteresowań i życia towarzyskiego. Nie chodzi właściwie o to, że Warszawa ma „więcej teatrów”. Chodzi o to, że kilka milionów ludzi pozwala utrzymać ofertę dla bardzo małych grup.

W mieście liczącym 300 tysięcy mieszkańców może nie być ekonomicznego sensu prowadzenia klubu jazzowego grającego awangardę trzy razy w tygodniu. W mieście liczącym kilka milionów znajdzie się wystarczająco wielu ludzi, których właśnie to interesuje. To po prostu ekonomia skali zastosowana do stylów życia.

Internet może dostarczyć nam książkę, film czy muzykę. Nie dostarczy jednak restauracji, koncertu, chóru, klubu szachowego, wspólnoty, grupy rekonstrukcyjnej ani środowiska ludzi zajmujących się dokładnie tym, czym zajmujemy się my. Wielkie miasto jest więc nie tylko wielkim rynkiem pracy. Jest również wielkim rynkiem ludzi.

Badania migracyjne pokazują nawet, że metropolie działają w pewnym sensie jak ogromne rynki matrymonialne. Młodzi ludzie przeprowadzają się tam również dlatego, że mają znacznie większy wybór potencjalnych partnerów. Po założeniu rodziny część z nich zaczyna natomiast szukać spokojniejszego miejsca do życia.

Podobnie działa to w przypadku przyjaciół, środowisk zawodowych czy zainteresowań. Jeśli ktoś ma bardzo nietypowe hobby, w małym mieście może znaleźć dwie podobne osoby. W Warszawie — dwieście. W Nowym Jorku — dwa tysiące. Metropolia daje więc młodemu człowiekowi coś jeszcze: możliwość wyboru własnego środowiska zamiast otrzymania środowiska w spadku.

Oczywiście ma to również drugą stronę: wykorzenienie, anonimowość i zamykanie się ludzi we własnych bańkach. Ale to już temat na osobny artykuł.

Kawiarnie, festiwale i ścieżki rowerowe?

To wszystko prowadzi do rzeczy bardzo istotnej dla samorządowców. Przez wiele lat popularna była teoria Richarda Floridy, według której miasta powinny przyciągać „klasę kreatywną”: rozwijać kulturę, restauracje, przestrzeń publiczną i ofertę czasu wolnego, a utalentowani ludzie sami przyjadą. Późniejsze badania mocno ostudziły ten entuzjazm.

Dobra przestrzeń publiczna jest ważna. Filharmonia jest ważna. Ścieżki rowerowe są ważne. Restauracje i kawiarnie również. Ale dla ludzi w wieku produkcyjnym podstawowym magnesem pozostaje dobry i szeroki rynek pracy.

Jeżeli człowiek może wybierać między wieloma atrakcyjnymi pracodawcami w swojej branży, miasto staje się dla niego atrakcyjne. Jeżeli wyboru nie ma, nawet najbardziej efektowna rewitalizacja rynku niewiele zmieni. Ładna starówka jest zaletą. Festiwal jest zaletą. Donice z kwiatami również mogą być zaletą.

Ale żadna liczba donic, spektakli i festiwali światła nie zastąpi kilkuset interesujących pracodawców.

Kultura, uniwersytet, zabytki...

Profesor Wojciech Goszczyński z UMK zwracał niedawno uwagę, że Toruń oferuje w stosunkowo kompaktowej formie znaczną część wielkomiejskiej infrastruktury. Jest kultura, uniwersytet, zabytki, tereny zielone i dobra jakość przestrzeni miejskiej. A mimo to możliwości znalezienia przez młodego człowieka dobrej, innowacyjnej i interesującej pracy są ograniczone.

Toruń może być piękniejszy, czystszy, spokojniejszy i wygodniejszy od Warszawy, a mimo to będzie przegrywał walkę o pewną kategorię 25- czy 30-latków. Bo Warszawa nie konkuruje z nim jakością chodnika. Konkuruje liczbą możliwych przyszłości.

Bydgoszczy dotyczy dokładnie ten sam problem.

Dwa miasta, jeden rynek?

Tu wracamy do starego bydgosko-toruńskiego problemu. Z czysto ekonomicznego punktu widzenia jednym ze sposobów częściowego przełamania bariery skali byłoby stworzenie z Bydgoszczy i Torunia rzeczywiście jednego rynku pracy.

Nie chodzi nawet o administracyjne łączenie miast ani o kolejną instytucję typu metropolia (wtedy konflikt murowany – czy ona ma być bydgoska czy toruńska).

Chodzi o sytuację, w której człowiek mieszkający w Toruniu bez większego problemu może pracować w Bydgoszczy, a bydgoszczanin w Toruniu. W której firmy rzeczywiście rekrutują pracowników z całego obszaru, a szybki, częsty i niezawodny transport sprawia, że odległość między oboma miastami przestaje mieć większe znaczenie. Wtedy dwa stosunkowo płytkie rynki pracy zaczęłyby tworzyć jeden rynek głębszy.

Problem polega na tym, że dzisiaj nadal nie jest to jeden organizm funkcjonalny. Powiązania między oboma miastami pozostają zbyt słabe, a wieloletnia polityczna rywalizacja nie pomagała w uzyskiwaniu korzyści ze współpracy.

Nie stworzymy w ten sposób Warszawy. Ale możemy stworzyć większy obszar możliwości.

Może nie wszystkich trzeba zatrzymywać

Z tego wszystkiego wynika jeszcze jeden, dość przewrotny wniosek. Być może źle stawiamy pytanie, kiedy pytamy: „Co zrobić, żeby młodzi nie wyjeżdżali?”

Bydgoszcz nie wygra z Warszawą liczbą możliwych karier. Toruń nie wygra z Poznaniem czy Gdańskiem wielkością rynku pracy. I prawdopodobnie nie ma sensu udawać, że może być inaczej. Może więc rozsądniejsza strategia powinna brzmieć:

Nie próbujmy za wszelką cenę wygrać z Warszawą o 25-latka. Spróbujmy wygrać z nią o 40-latka. Niech młody człowiek pojedzie na swoje „ruchome schody”, zdobędzie doświadczenie, pozycję zawodową, kontakty i kapitał. A potem niech ma powód, żeby wrócić. Bo czterdziestolatek, zwłaszcza mający rodzinę, zaczyna inaczej liczyć koszty życia. Więcej znaczy dla niego czas dojazdu, cena mieszkania, dostęp do szkoły, bliskość rodziny, bezpieczeństwo, własny ogród czy możliwość przejścia z jednego końca centrum na drugi w kwadrans.

Średnie miasto nie zaoferuje mu tylu możliwych przyszłości co metropolia. Może mu jednak zaoferować coś, czego po pewnym czasie zaczyna brakować w metropolii: więcej miejsca, więcej czasu i łatwiejsze życie.



-->