[OKIEM TYGODNIKA] Żabie udka sous vide, czyli menu rządowych pomysłów
fot. Pixabay
Więcej warzyw, mniej cukru – któż rozsądny chciałby z tym polemizować? Problem zaczyna się wtedy, gdy dobra rada zmienia się w rozporządzenie, a troska o zdrowie dzieci łączy się z urzędowym kształtowaniem „postaw prośrodowiskowych”. Bo w sporze o szkolne obiady chodzi o coś więcej niż kotlet z soczewicy. Chodzi o pytanie, ile jeszcze naszych codziennych wyborów państwo zechce podejmować za nas – oczywiście dla naszego dobra.
Inne z kategorii
W debacie publicznej dobrze znana jest przypowieść o żabie. Wrzucona do wrzątku, natychmiast próbuje się ratować. Co innego, gdy posadzimy ją w chłodnej wodzie, a potem zaczniemy bardzo powoli podgrzewać. Wtedy zwierzę podobno nie zauważa, kiedy temperatura zrobi się niebezpieczna. To przyrodniczy mit, ale społeczna prawda. Łatwiej pogodzić się ze zmianą, którą przepycha się po centymetrze. Ba! Łatwiej wtedy jej w ogóle nie dostrzec.
Drastyczny obraz gotowanej żaby pojawił się w mojej głowie pośród medialnej burzy wokół nowych zasad żywienia dzieci w szkołach i przedszkolach. Od września obowiązuje nowe rozporządzenie ministra zdrowia. Stołówka co najmniej raz w tygodniu zaserwuje dzieciom wegańską potrawę, opartą na roślinach strączkowych. Co najmniej dwa razy w tygodniu pojawi się zupa na wywarze warzywnym. Mięso? Dwie porcje w tygodniu. Do tego jeden raz ryba, więcej warzyw i produktów pełnoziarnistych, a mniej cukru, soli i smażenia. Brzmi dobrze? Tak. Warzywa to samo zdrowie. O ile oczywiście nie mamy na talerzu genetycznie modyfikowanej soi. Brzmi smacznie? Trochę mniej. Przynajmniej z dziecięcego punktu widzenia. Ale to nic. Ministerstwo chce się zaopiekować maluchami. Nawet jeśli one i ich rodzice nie chcą. To taka nowa odmiana demokracji. Polska szkoła przetrwała już kampanię „Pij mleko, będziesz wielki” i dealowanie zakazanymi drożdżówkami. Teraz będzie pić mleko… sojowe. Albo owsiane. Jak na nowoczesną szkołę przystało.
A jednak problem nie leży wcale w samych kotletach z soczewicy. To nawet dobrze, jeśli najmłodsi będą mieli okazję zasmakować czegoś nowego, być może (o ile placówki nie będą opierały się na mocno przetworzonych, paczkowanych produktach dla wegetarian) zdrowszego od słodyczy ze szkolnych sklepików. Nie chodzi też o fakt, że po wegańskim wywarze z fasoli, uczeń na matematyce zacznie fantazjować o pizzy i prawdopodobnie z głodu gryźć długopis. Prawdziwe niebezpieczeństwo drzemie w… intencji. Ministerstwo Zdrowia samo wyjaśniło to bardzo jasno w odpowiedzi na poselską interpelację dotyczącą tzw. „diety planetarnej”. Korekta sposobu żywienia Polaków ma być uzasadniona nie tylko problemami zdrowotnymi, ale również „niekorzystnymi zmianami klimatycznymi” i degradacją środowiska. Resort mówi także wprost o kształtowaniu zwyczajów zdrowotnych i prośrodowiskowych. Dlaczego to groźne? Bo co innego powiedzieć rodzicom: „według naszej wiedzy warto, żeby dzieci jadły więcej warzyw”, a co innego wydać rozporządzenie określające, ile razy w tygodniu szkolna kuchnia ma podawać określone rodzaje potraw.
To pierwsze jest poradą.
To drugie – władzą.
Dziś ograniczymy mięso. Jutro może okazać się, że nie wolno nabiału. Pojutrze politycy odkryją zgubny wpływ klusek na otwieranie dziecięcych czakr i przejrzystość oświatowej aury. Oczywiście nie musi tak być. Ale może. I sama ta możliwość jest już niebezpieczna.
Człowiek wolny, w zakresie ograniczonym wolnością innych, ma prawo do własnych decyzji, także żywieniowych, nawet jeśli są one głupie albo dla kogoś innego okazałyby się niezdrowe. Współczesna medycyna przy kuchennym stole rozpościera przecież cały wachlarz alergii, nietolerancji i specjalnych potrzeb wynikających z nadwrażliwości sensorycznej. Tego już nowe przepisy nie chcą dostrzec. Dziecko z wybiórczością pokarmową za to nie chce przełknąć… ani obiadu, który nie ma beżowego koloru i nie jest rosołem, ani ministerialnej troski. Ot, złośliwość elementów żywych! Co szczególnie ciekawe, już od 2024 roku w Sejmie znajduje się osobny projekt ustawy mający zagwarantować dzieciom ze szczególnymi wymaganiami zdrowotnymi posiłki dostosowane do ich potrzeb. I tylko się znajduje. Jeszcze na początku września 2026 roku projekt nadal nie zakończył procesu legislacyjnego.
Rząd kocha planetę i nasze dzieci. Mniej – siebie. Sejmowe restauracje nie dysponują podobnymi zbawiennymi zaleceniami. Zakłady karne zostały natomiast jeszcze dotkliwiej „ukarane” i mają w swoim menu opcje dla cukrzyków, wyznawców diety lekkostrawnej, a nawet „posiłki indywidualne”, dostosowujące kaloryczność, skład i sposób przygotowania do wymagań medycznych danego człowieka. Administracja przykłada lupę do żołądka każdego osadzonego. Na uczniów patrzy całościowo.
Możemy oczywiście napisać rozporządzenie o wszystkim. O zakazie słodyczy w szkole. O nakazie bycia szczupłym na WF-ie i o gwarancji pójścia do nieba za udział w olimpiadzie z biologii. Tylko czy to faktycznie wpłynie na realia? Czy dziecko zacznie jeść zdrowo, jeśli jeden szkolny posiłek będzie warzywny? Czy zdrowo znaczy: „ziemniaczki zjedz, mięsko zostaw”? Najzabawniejsze jest to, że nauka okazuje się mniej stanowcza od urzędnika. Badania nad dietą planetarną opisują możliwe korzyści, ale pokazują też ryzyko niedostatecznej podaży niektórych składników – między innymi witaminy B12, wapnia, żelaza czy cynku. W przypadku małych dzieci autorzy wprost zaznaczają, że potrzebne są dalsze badania i dostosowanie tego modelu do szczególnych potrzeb wieku rozwojowego. Nauka mówi więc: „to zależy”. Rozporządzenie: „proszę podawać”. Wreszcie warto się zastanowić, czy nie skuteczniej byłoby przekonywać rodziców, którzy w głównej mierze kształtują postawy żywieniowe swoich dzieci. Czy kluczem nie jest, tak ostatnio ubóstwiana, sztuka wyboru z menu, zamiast sztuka przepisów?
To ostatnie pytanie wydaje się najważniejsze z punktu widzenia demokratycznej dojrzałości. Jeśli bowiem sprowadzimy problem do kłótni o pietruszkę (lub fasolę!), za kilka lat może się okazać, że rząd właśnie zaserwował nam popisowe danie główne: żaba sous vide. Ugotowana do miękkości. Bez oznak życia. Planeta została ocalona.