[OKIEM TYGODNIKA] Śnieżne party, czyli polityczne lepienie bałwana
fot. AI, ilustracyjne
Polsko-ukraińska przyjaźń coraz częściej zderza się z historią, politycznymi gestami i narastającymi emocjami społecznymi. Problem w tym, że śnieżna kula puszczona w ruch przez polityków może ostatecznie uderzyć w zupełnie niewinnych ludzi.
Inne z kategorii
Spór o dzwony brzmi coraz głośniej. Mówmy prawdę, ale całą
Patriotyzm zadekretowany? Ordo Iuris ostro o projekcie ustawy dla szkół
Znamy dobrze zjawisko „śnieżnej kuli”. Jeden, nawet pozornie błahy gest, z czasem nabiera coraz większego znaczenia. Toczy się po świecie, doklejając do siebie kolejne porcje emocji, aż w końcu nikt już nie ma kontroli nad tym, jaką trasę kula obierze i w co ostatecznie uderzy. W warunkach relacyjnego mrozu i politycznej bitwy na śnieżki należy więc zachowywać szczególną ostrożność. Niestety sami politycy w swojej zabawie rzadko pamiętają o rozwadze. Zdarza się też, że o niej pamiętają, ale cel śnieżnej kuli niezbyt ich obchodzi. Zależy im bardziej na ulepieniu bałwana w samym środku gorącego lipca.
Mistrzem tej praktyki został między innymi prezydent Ukrainy. Wołodymyr Zełenski potrafił znakomicie budować wojenne legendy swojego kraju, jednocześnie obrzucając śnieżkami sojuszników. Polityka historyczna, zapowiedź embarga na polskie produkty, konflikt transportowy na granicy, domniemana rola strony ukraińskiej w pominięciu Polski podczas tworzenia koalicji antybalistycznej, a wreszcie ostentacyjne nadawanie instytucjom imion ukraińskich zbrodniarzy (26 maja 2026 roku Zełenski nadał Odrębnemu Centrum Operacji Specjalnych „Północ” honorową nazwę „imienia Bohaterów UPA”, a wcześniej podobne imię nadano wojskowej szkole) – można oczywiście twierdzić, że to tylko takie przekomarzanie i cierpliwie znosić kolejne ciosy, ale prędzej czy później śnieg uderzy prosto w ucho i wsypie się za kołnierz. A tego nikt nie lubi.
Sojusznik lekko się skrzywi i zwróci uwagę. Mistrz odłoży śnieżki i stoczy w jego stronę dużo większą kulę. Nawet on jednak nie będzie w stanie jej kontrolować, a pocisk może trafić w tych, którzy byli pod jego opieką.
Media częściej informują o agresywnych zachowaniach wobec Ukraińców w Polsce. Nie jest to na szczęście zjawisko masowe, ale wyraźnie pokazuje zmianę społecznych nastrojów. Kilka tygodni temu w Bydgoszczy ofiarą padło przypadkowe małżeństwo… z Białorusi. Według wstępnych informacji jedną z przyczyn ataku miał być wschodni akcent pokrzywdzonych, którzy spokojnie czekali na autobus. W Polsce mieszkają od wielu lat. Sami mają polskie korzenie, a w naszym kraju szukali schronienia przed politycznym prześladowaniem.
Z drugiej strony społeczne emocje podsycają wiadomości o przestępstwach popełnianych przez obywateli Ukrainy. Nie zawsze wynikają one wprost z nienawiści na tle narodowościowym, ale z pewnością wywołują reakcję. Przykładem może być zdarzenie z 9 lipca. W Bytowie trzech Ukraińców śmiertelnie pobiło 36-letniego mężczyznę. Rok temu media informowały także o kopnięciu w głowę polskiego chłopca, w wyniku czego dziecko straciło przytomność. Policja zatrzymała też niedawno młodego Ukraińca, który nawoływał do przemocy wobec uczestniczki Marszu Pamięci o Ofiarach Rzezi Wołyńskiej i wychwalał UPA. Mężczyzna usłyszał zarzuty i został przekazany Straży Granicznej z wnioskiem o przymusową deportację.
Kula się toczy. Nabiera masy. Za jej powstanie odpowiada ukraiński rząd i rozpowszechniony wśród części obywateli kult zbrodniarzy. Pośrednio także polscy politycy, którzy przez lata pozostawali ślepi na politykę historyczną naszych sąsiadów i interesy własnego kraju. Ci, którzy z dumą ogłaszali się sługami obcego narodu i oddawali mu wszystko, co mogli, bez większych wymagań. Ci, których decyzje sprawiły, że Polacy niekiedy czuli się obywatelami drugiej kategorii we własnym kraju (np. w kwestii dostępu do ubezpieczenia zdrowotnego). Oczywiście wraz ze zmianą nastrojów społecznych postawa wielu z nich również się zmieniła. Lepiej późno niż wcale. Ważne, żeby nie za późno. Wreszcie odpowiedzialność ponosi też konkretny napastnik, który decyduje się zaatakować. Emocje polskiego społeczeństwa są jak najbardziej naturalne i zrozumiałe. To my musimy jednak nadać im odpowiedni kierunek. Walczmy bezkompromisowo o interesy kraju, prawdę i godność dla ofiar ludobójstwa na Wołyniu. Ale walczmy z ukraińskim rządem, narracją historyczną, ideologią UPA i publicznymi gestami, a nie przypadkowo napotkanymi, często zupełnie niewinnymi obywatelami. To nie tylko haniebne moralnie, ale przede wszystkim… wygodne dla ukraińskiego rządu. Politycy mogą wtedy szybko zejść z ławy oskarżonych i przybrać zbolałą minę ofiar „polskiej ksenofobii”. Mogą wyciągnąć palec i krzyknąć: „To on zaczął! Właśnie z tą nienawiścią walczyliśmy!”. Jak wtedy, gdy trafiony śnieżką, rozgniewany chłopiec lekko szturcha kolegę i ostatecznie wychodzi na agresora.
W tej śnieżnej zabawie niedopuszczalne jest wylewanie swojej frustracji na przypadkowe ofiary. Niedopuszczalne jest jednak także podważanie znaczenia rzezi wołyńskiej w imię „przyjaźni” lub też – to szczególnie oburzające – próba usprawiedliwienia jej innymi historycznymi krzywdami. Do takiego fałszywego zrównania doszedł niedawno w programie TVP Info publicysta i historyk Kazimierz Wóycicki, oznajmiając, że „AK to jest UPA” i Polacy też „nabijali na widły”. Pomijając już samo skandaliczne, kłamliwe i obraźliwe porównanie, wielu zadeklarowanych „obrońców ” Ukrainy zdaje się zapominać, że po drugiej stronie barykady nie stoją piewcy absolutnej niewinności Polski, tylko ludzie, dla których niewiele win może równać się z ludobójstwem, w czasie którego przybijano języki do stołu, nabijano niemowlęta na płoty i wyrywano dzieci z łon matek, by zaszyć w to miejsce kamienie. Zresztą istnienie drugiej zbrodni w żaden sposób nie usprawiedliwia pierwszej czy dziesiątej.
Ciężko uwierzyć, by Wołodymyr Zełenski podejmował decyzje, nie będąc świadomym ich konsekwencji. Co więcej, mogą one poważnie zaszkodzić samym Ukraińcom, szczególnie tym, którzy schronili się przed wojną poza granicami kraju. Nie zwalnia to jednak nikogo z obowiązku podporządkowania emocji rozumowi. Bałwan łatwo się topi w słońcu polskiego lata. Nie trzeba go okładać kijami.