[OKIEM TYGODNIKA] O kropkach, przecinkach i okładkach – czyli biblioteka zamknięta
Biblioteka na Strahowie w Pradze/pixabay
Dwie biblioteczne filie w Bydgoszczy mogą zniknąć z mapy miasta, bo w papierowych rachunkach coraz trudniej obronić papierowe książki. Tyle że biblioteka nie jest magazynem tomów ani sentymentalnym skansenem ciszy. Jest jednym z niewielu miejsc, które w epoce algorytmów, trendów i literackiego fast foodu wciąż uczą wybierać, porównywać i myśleć.
Inne z kategorii
Zapach starego papieru i kurzu. Szelest. Skrzypienie podłogi i pnące się po sufit rzędy półek. To doświadczenie w dzisiejszych czasach niemal unikalne, a wkrótce być może zupełnie niedostępne.
Zarząd Województwa zaproponował radnym zamknięcie dwóch filii biblioteki wojewódzkiej w Bydgoszczy: placówek przy ul. Bohaterów Kragujewca i Ujejskiego. Powód może być tylko… podwójny.
Po pierwsze: oszczędności. W dobie elektronicznej pamięci, audiobooków i swobodnej internetowej twórczości, biblioteki mogą kojarzyć się z papierowymi cmentarzami. By od tego skojarzenia uciec, porzuciły klimatyczną okładkę tajemniczych drewnianych zaułków i spiralnych schodów, na rzecz szkła, geometrii i cichego buczenia komputerów w klimatyzowanych wnętrzach. Potem odeszły od książkowych półek w stronę warsztatowych stolików, tablic i zajęć. Byle przetrwać. Demokracja technologiczna jest bezwzględna — albo się zelektronizujesz, albo nie istniejesz. A nieopłacalność to główny argument polityków.
Tyle że zaproponowane remedium przypomina rządową walkę z niżem demograficznym – likwidację porodówek (bo nic tak nie poprawia wskaźników dzietności, jak perspektywa porodu na SOR-ze, najlepiej takim, gdzie lekarz pozostaje obecny jedynie na papierze).
Po drugie: długowieczna wojna toruńsko-bydgoska. Walki od lat toczą się na wszystkich frontach, również kulturowym. Władze regionu nie od dziś prowadzą partyzantkę szarpaną – przesuwają coraz więcej bydgoskich instytucji i kompetencji w stronę własnej siedziby. Wystarczy wspomnieć losy Wojewódzkiego Ośrodka Medycyny Pracy w Bydgoszczy. Koszty utrzymania biblioteki to tylko kolejna linia ognia.
Wśród głosów chłodnej logiki i żarliwego oburzenia, nie brakuje pewnie jednak i… wzruszeń ramionami. Obejdzie się bez tych dwóch adresów. Przecież czytać da się dziś wszędzie. W końcu: nieważne, jaka to lektura, bo sam proces czytania pomaga nam się rozwijać — choćby tylko językowo. Ale właśnie dlatego biblioteka jest szczególnie potrzebna. Pomaga odróżnić literaturę od literackiej konsumpcji.
Zbyt często je ze sobą mylimy. Może dlatego w Internecie oglądamy ludzi pozujących na tle stosów książek, jak myśliwi na tle swoich trofeów. Są dumni, oczytani i przekonani… o swojej inteligencji.
Tyle że to nie zawsze prawda. Bliska mi osoba — kiedyś antyszkolna buntowniczka, a dziś jedna z najbystrzejszych i najwspanialszych kobiet, jakie znam — we wczesnych latach podstawówki uchodziła za wzór do naśladowania. Czytała bowiem najpłynniej z całej klasy. Nauczycielka była zachwycona, jak dużo dziecko musi zaglądać do książek w domu. Dalsza rodzina pękała z dumy, a domownicy — ze śmiechu. Tylko oni wiedzieli bowiem, że dziecko czyta, owszem, ale wyłącznie program telewizyjny. Językoznawstwo zamykało się więc w tytułach filmów, godzinach emisji i numerach kanałów, a wiedza obejmowała strategiczną informację, kiedy grane będą powtórki „Odlotowych Agentek”.
Nie trzeba jednak odwoływać się do przeszłości, by zobaczyć, że niektóre teksty nie tylko nie rozwijają, ale potrafią wręcz uwsteczniać umysł. Wystarczy otworzyć na chybił-trafił część współczesnej produkcji romansowej, zwłaszcza tej karmionej algorytmami, trendami z TikToka i logiką szybkiej sprzedaży. Od poszukującego ostatniej dziewicy wilkołaka Alfa po mafijnego porywacza-przystojniaka, którego męskość zamyka się w magnetycznym spojrzeniu i mrukliwych rozkazach. Poloniści mogą dostać migreny. A język to najmniejszy problem. Są też popisowe błędy merytoryczne i, co jeszcze gorsze, romantyzowanie przemocy lub zaburzeń psychicznych.
Nie każdy musi oczywiście czytać wyłącznie Dostojewskiego, wyprostowany jak struna i ubrany w najlepszy garnitur. Nie chodzi też o cenzurowanie trudnych treści. Książki mogą, a nawet powinny opowiadać świat takim, jaki jest, z jego pięknem i patologiami. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy te patologie opakowuje się w błyszczący papier z napisem: „Big Love”. Romanse, mafijne opowieści o złotych klatkach kontroli i luksusu, czy płytkie historie, w których bohater jest „taki wyjątkowy”, bo zmaga się z atakami paniki, potrafią utrwalać zaburzone wzorce uczuciowe.
I tu jest największe pole dla bibliotek. Takich bez Indeksu Ksiąg Zakazanych, ale z całym zasobem ksiąg zapomnianych, odkrywanych i porównywanych. Takich, w których można nie tylko wpisać się w tabelkę wypożyczających, ale też zadać pytanie, bezkarnie zgubić się między tomami, pogrzebać głębiej i usłyszeć podpowiedź.
W dobie tekstów o czymkolwiek nie potrzebujemy magazynu szacownych tomów, tylko miejsca, które nie musi przejmować się planami sprzedażowymi i trendami na rynku wydawniczym. Biblioteka oferuje rozmowę, pokazuje różnicę i daje wybór. Zamiast stawiać kropkę nad i — kreśli kolejne przecinki. A to znacznie ciekawszy znak interpunkcyjny.