[OKIEM TYGODNIKA] Najpiękniej na świecie przegrywać. Żywa lekcja historii umarłych
Powstanie Warszawskie nie mieści się w prostym rachunku zwycięstw i porażek. Jego pamięć potrzebuje zarazem serca i rozumu: czci dla bohaterów, uczciwej oceny decyzji i świadomości ceny, którą zapłacili.
Inne z kategorii
Odwieczna walka serca z rozumem
Trudno o lepszą lekcję historii od tej, w której uczestniczyliśmy jako licealiści kilkanaście lat temu. Do szkoły zaproszono dwóch powstańców warszawskich. Scenariusz był standardowy – godzinna prelekcja o doświadczeniach z ulic walczącej stolicy. Tyle że bohaterowie nie lubią scenariuszy. Pokłócili się. Na oczach zaskoczonej młodzieży polały się łzy, wybuchły krzyki i wybrzmiały nieśmiertelne argumenty: powstanie było tragicznym błędem lub wręcz zdradą narodową kontra powstanie było aktem heroizmu i umiłowania Ojczyzny. Odwieczna walka serca z rozumem, żarliwości z goryczą. Widok tyleż pouczający, co smutny. Bo obaj starsi panowie mieli rację, choć w innym aspekcie. Po stronie rozumu stoją niewzruszone liczby, które współczesność, ze swoimi naukowymi osiągnięciami i pracą archiwistów może przedstawić jasno, w równiutkich liniach tabelki. Po stronie serca zostaje rana upokorzenia, żar gniewu i oceany łez – niepoliczalne. Nie mówi się powstańcowi, że cierpiał i umierał na próżno.
Sens nie zawsze oznacza zwycięstwo
Ta walka toczy się do dziś – nie tylko na ulicach Warszawy, lecz także w redakcjach, internetowych sporach i na kartach naukowych opracowań. Również minionej rocznicy zapewne towarzyszyły podobne dyskusje. Czy Powstanie miało sens i czy powinno wybuchnąć w tamtym momencie? Tak, miało. Nie, nie powinno. Na „sens” składa się bowiem więcej elementów niż militarny sukces. Podobnie jak wiele innych kiepsko zorganizowanych powstań, będących znakiem firmowym narodowego romantyzmu. To on kąpał nas we krwi, ale zarazem pilnował tej iskry buntu, która umożliwiła przetrwanie. Być może zresztą moje odpowiedzi są zbyt proste. Powinni ich udzielać historycy i specjaliści wojskowości, tak by w obliczu przyszłych zagrożeń uniknąć ewentualnych błędów i powtórzyć sukcesy. Czym innym jest jednak analiza, a czym innym łatwy moralny wyrok wydawany przez ludzi, którzy nie znają rzeczywistości okupacji. Nie muszą się codziennie zastanawiać, czy ich dziecko wróci do domu, czy natrafi na łapankę. Ich brata nie maltretuje się na Pawiaku, a ciężarnej matki nie wywozi do obozu. Nie. Pytanie powinno brzmieć inaczej.
Pamięć zamiast świętowania
Co właściwie świętujemy 1 sierpnia? Dlaczego Polacy tak kochają swoje klęski?
Właściwie już samo słowo „świętujemy” prowadzi nas na manowce. To upamiętnienie i oddanie czci bohaterom, nie zaś radosna impreza z okazji wymordowania niemal 200 tysięcy ludzi. Współczesny świat coraz częściej jednak odchodzi od etosu poświęcenia. Tym bardziej niechętnie spogląda się więc na antyczną zasadę dulce et decorum est pro patria mori. Rozmowom towarzyszą absurdalne ankiety dotyczące naszej postawy w razie konfliktu zbrojnego. Dziennikarze alarmują, że coraz większy odsetek młodych ludzi deklaruje natychmiastową ewakuację z kraju. Bardzo łatwo rzucać wyroki. Tylko że podobne pytania nie mają najmniejszego sensu. Nie jesteśmy w stanie z pełną odpowiedzialnością na nie odpowiedzieć. Nikt nie ma pewności, jak zachowałby się w sytuacji skrajnej, dopóki się w niej nie znajdzie. Możemy jedynie powiedzieć, jak chcielibyśmy się zachować i co uznajemy za słuszne. Tymczasem realia rządzą się swoimi prawami – wielu zdeklarowanych patriotów może nagle znaleźć się na uchodźstwie, a wielu kosmopolitów – odkryć, że naród wcale nie jest im tak obojętny, jak zakładali.
Naród, który pamięta swoje blizny
W tej rocznicowej atmosferze dyskusja przynosi jednak co najmniej jedną wartościową obserwację: Polacy poświęcają zbyt mało uwagi swoim zwycięstwom. Mit „Chrystusa narodów” wciąż zbiera swoje łzawe żniwo. Niektórzy idą o krok dalej, zarzucając wspólnocie umiłowanie własnych klęsk, pielęgnowanie krwawych ofiar i wieczne Gorzkie Żale. „Tu rozsądku rzadko się używa, a jedno, co naprawdę umiemy, to najpiękniej na świecie przegrywać” – śpiewał Przemysław Gintrowski w utworze „Margrabia Wielopolski”. Trudno odmówić tej tezie pewnej dozy prawdy. Kolejne rocznice Powstania Warszawskiego obchodzimy w sposób szczególnie wyrazisty. Powód jednak nie leży jedynie w martyrologii. Po prostu to wydarzenie nie zatarło się jeszcze w pamięci. Rana jest świeża i krwawi. Polska ma takich ran znacznie więcej. Trudno więc oczekiwać od rodaków szerokich, amerykańskich uśmiechów nad krojonym z okazji Święta Dziękczynienia indykiem. Nasze obchody zawsze będą bardziej melancholijne, ale też nasycone znaczeniem, a ze względu na narodowy temperament — pełne zażartych dysput wybrzmiewających gdzieś między hymnem państwowym a żołnierską „Ciszą”. Nie powinniśmy ani zanadto rozpaczać nad własnymi bliznami, ani ich ukrywać. One także stanowią bowiem część polskiej tożsamości.
Historia potrzebuje serca i rozumu
Jak więc mówić o historii i czy w ogóle da się o niej mówić w warunkach polskich?
Nie tylko się da – trzeba! Księga narodu jest wyjątkowo obszerna, a jej treść przerażająca, ale także pełna zwrotów akcji i intrygujących bohaterów. Ważne, by rzeczywiście głośniej odczytywać triumfalne rozdziały i nie czynić tego wyłącznie z trybun, w czasie oficjalnych uroczystości. Bydgoskie obchody rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego pokazały, że z tą dziejową opowieścią warto wyjść na ulice, uwolnić ją z podręcznikowych ram i pozwolić odbiorcom zetknąć się z nią bezpośrednio. Historia najbieglej mówi uczuciami i ciszą fotografii. Doskonale zdaje się rozumieć to także Instytut Pamięci Narodowej, który w ostatnich latach wyprodukował znakomity, poruszający film „Niezwyciężeni”. Komputerowa podróż przez najważniejsze wydarzenia z najnowszej historii Polski do dziś jest chętnie oglądana przez rzesze zagranicznych internautów, którzy dotąd niewiele wiedzieli o naszym kraju. Wreszcie zaczynają to rozumieć muzea, oferując już nie zakurzone modele w gablocie, tylko możliwość przejścia kilkumetrowym odcinkiem kanału, przy akompaniamencie dźwięków bijącego serca. Nauka historii potrzebuje właśnie obu opowieści — i serca, i rozumu. Bez serca stanie się jedynie suchym zbiorem dat i miejsc, a bez rozumu – wiecznie odtwarzaną pokoleniową traumą pięknych klęsk i samobójczych zrywów. Będzie znała atmosferę epoki, ale nie jej faktyczny przebieg. Zrozumie ciężar wydarzeń, ale nie ich konsekwencje.
Pozwólmy umarłym przemawiać
Bez względu na to, czy Powstanie Warszawskie wybuchło wskutek politycznego błędu, konieczności czy desperacji, pozwólmy więc umarłym wciąż przemawiać we własnej sprawie. Historycy mogą oceniać decyzje. My powinniśmy pamiętać o cenie. To oni ją zapłacili — i nie wiadomo, czy dzisiejsze pokolenie byłoby gotowe oddać choćby jej ułamek.