[KADR TYGODNIKA] Nazizm zaczyna się przy rodzinnym stole. „Zmierzch bogów” w Teatrze Polskim w Bydgoszczy
Teatr Polski w Bydgoszczy zakończył sezon spektaklem „Zmierzch bogów” w reżyserii Waldemara Raźniaka. To przedstawienie z rozmachem, mocną obsadą i wyraźnym lokalnym kontekstem historycznym. Udane, choć niepozbawione pęknięć.
Inne z kategorii
Geneza zepsucia
Jak to możliwe, że zbrodnicza ideologia zdobywa poparcie ludzi wpływowych, wykształconych i bogatych? „Zmierzch bogów”, adaptacja słynnego filmu Luchina Viscontiego, odpowiada: wszystko zaczyna się nie od wielkich przemówień, lecz od rodzinnego stołu. Od domu, w którym więzi są już martwe, moralność dawno sprzedana, a każdy uścisk dłoni przypomina raczej podpis pod aktem oskarżenia.
Historia rodziny von Essenbecków — niemieckich przemysłowców wikłających się w nazizm, by ocalić majątek i wpływy — pozostaje opowieścią o elitach, które dla pieniędzy i władzy są gotowe zaakceptować każde zło. Hitlerowski system nie musi ich długo przekonywać. On jedynie korzysta z tego, co już w nich jest: słabości charakteru, wzajemnej nienawiści i żądzy dominacji.
Bydgoski cień historii
Waldemar Raźniak przesuwa akcenty względem filmowego pierwowzoru. Visconti mocniej skupiał się na rozpadzie rodziny i moralnej zgniliźnie elit. Bydgoski spektakl wyraźniej eksponuje narodziny systemu totalitarnego, dodając przy tym lokalne aluzje do historii miasta naznaczonego niemiecką okupacją. W przedstawieniu pojawiają się m.in. fragmenty słynnego bydgoskiego przemówienia Josepha Goebbelsa.
Ten zabieg działa, choć chwilami można odnieść wrażenie, że historyczny ciężar nieco przykrywa najciekawszą myśl dramatu: zbrodniczy system nie przychodzi znikąd. On wyrasta tam, gdzie wcześniej rozpadły się wartości, lojalność i elementarna odpowiedzialność za drugiego człowieka.
Rodzina, która już dawno przestała być rodziną
Najmocniej wybrzmiewa w spektaklu portret von Essenbecków jako ludzi skazanych na wspólną obecność, ale pozbawionych wspólnoty. Aktorzy bardzo dobrze oddają atmosferę gry pozorów, w której każdy uśmiech może być zapowiedzią zdrady. To rodzina, która siedzi przy jednym stole tylko dlatego, że to przy nim toczy się gra o największe stawki i nikt nie chce odpuścić.
Szczególnie tragicznie wypada Günther — młody, wrażliwy, niechętny ideologicznemu uwikłaniu, a mimo to stopniowo wciągany w mechanizmy, przed którymi nie potrafi się obronić. Obok Herberta, niesłusznie obciążonego winą za morderstwo, jest jedną z niewielu postaci, wobec których widz może odczuwać coś na kształt współczucia.
Sophie i Martin: toksyczne centrum spektaklu
Jednym z najlepszych elementów przedstawienia jest relacja Sophie i jej syna Martina. Matka pozornie otacza go bezgraniczną czułością i pobłażliwością. W rzeczywistości jej nadopiekuńczość okazuje się narzędziem kontroli. Martin — dewiant, pedofil, znudzony dekadent — długo wydaje się jedynie produktem chorego domu. Z czasem ujawnia się jednak jako ktoś znacznie groźniejszy: człowiek przepełniony nienawiścią, także wobec własnej matki.
To właśnie w tej relacji spektakl najpełniej pokazuje, jak prywatne zepsucie łączy się z politycznym barbarzyństwem. Nazizm nie jest tu tylko mundurem i sztandarem. Jest także rodzinną patologią, która dostała historyczną okazję.
Rozmach, dosłowność i kilka zgrzytów
Bydgoski „Zmierzch bogów” imponuje rozmachem scenografii, kostiumów i oprawy muzycznej. Twórcy nie uciekają od mroku oryginału i nie łagodzą jego najbardziej niepokojących wątków. Seksualne zepsucie bohaterów zostaje pokazane współcześnie, dosadnie, czasem wręcz prowokacyjnie. Erotyczne występy Martina przywołują skojarzenia z estetyką drag queen, zaś scena orgii i masakry podczas nocy długich noży rozgrywa się przy psychodelicznej muzyce przechodzącej w techno.
Nie wszystko jednak działa z równą siłą. Współczesne formy narracji bywają efektowne, ale momentami osłabiają dekadencki klimat opowieści. A przecież ten świat jest wystarczająco zepsuty sam z siebie — nie zawsze trzeba mu dokładać neonowy podpis.
Udany spektakl, choć mógł ciąć głębiej
„Zmierzch bogów” w Teatrze Polskim w Bydgoszczy to przedstawienie mocne, dobrze zagrane i potrzebne. Najlepiej działa wtedy, gdy pokazuje, że totalitaryzm nie rodzi się wyłącznie na wiecach, lecz także w domach, w których od dawna nie ma już miłości, odpowiedzialności ani zasad.
Twórcy zdają się sugerować, że za zwycięstwem hitleryzmu stoi triumf interesu nad moralnością. Sama opowieść prowadzi jednak do jeszcze bardziej gorzkiego wniosku: winne są również żądza władzy, słabość charakteru i wzajemna nienawiść. Moralności w domu von Essenbecków nie było nigdy.
To spektakl, który nie wzrusza, bo w świecie bohaterów trudno znaleźć kogoś godnego czułości. Powinien jednak budzić odrazę, niepokój i refleksję. I właśnie dlatego warto o nim rozmawiać — także szerzej, w recenzji wideo.