Opinie Dzisiaj 17:39 | Jolanta Fischer
[OKIEM TYGODNIKA] Sztuka przetrwania sztuki

fot. screen z występu Andrzeja Seweryna

Czy sztuka współczesna jeszcze rozmawia z odbiorcą, czy już tylko przemawia do własnego odbicia? Między performansem, kuratorską nowomową i pogonią za prowokacją coraz trudniej odróżnić odwagę od pozy. A przecież sztuka, żeby przetrwać, potrzebuje nie tylko skandalu i natchnionej miny, lecz także sensu, piękna, warsztatu i kogoś, kto zechce przy niej zostać dłużej niż do pierwszego niezrozumiałego opisu.

Panie, pan dobrze wiesz, że sztuka przez duże «sz», wymaga wielka odwaga… ilekroć wracam do filmowej historii Jurka Kilera, niezmiennie urzeka mnie ten fragment utworu Elektrycznych Gitar. To muzyczne arcydzieło w trzech wersach zawarło odwieczną prawdę lub raczej odwieczny mit dotyczący artyzmu. Co więcej, zawarło też artystyczną pozę intelektualnej wyniosłości. Dokładnie tej samej, którą obserwować mogli widzowie niedawnego występu Andrzeja Seweryna. Aktor zanurzył się w basenie z farbą, po czym, z niezwykle natchnioną miną, pobrudził swoim ciałem ścianę. Sztuka przez duże Esz!

„Wielka odwaga” nie brakuje także na naszym prozaicznym podwórku. W Bydgoszczy właśnie zakończył się Festiwal OKO Nigdy Nie Śpi, czyli wydarzenie, które łączy sztuki wizualne, performance, literaturę, poezję, filozofię, muzykę oraz wymykające się definicjom działania eksperymentalne”. Z kolei mieszkańcy wciąż mogą podziwiać wystawę „MOTHERnizm”. Opis kuratorski wspomina między innymi o sztuce „mamo-graficznej”, „repro-demencji życia” i „post-domestic abstraction”.

Niestety my — pospolita gawiedź — wciąż mylimy odwagę z bałaganem albo kiepskim podręcznikiem słowotwórstwa i nie jesteśmy w stanie odpowiednio docenić nowoczesnych form ekspresji. Czy należy się dziwić, skoro znaczna część współczesnej twórczości woli być podziwiana niż zrozumiana?

Oczywiście, nikt nie namawia autorów do tworzenia pop-dzieł. Sztuka nie musi, a często nawet nie powinna być dla każdego. Ale musi być dla kogoś. Komunikacja zakłada adresata. Bez niego to tylko narcystyczny lub w najlepszym razie schizofreniczny dialog z własnym odbiciem w lustrze. Tymczasem coraz częściej twórca przypomina rozbitka na bezludnej wyspie — na wpół oszalałego z pragnienia wielkości, błądzącego w dżungli przebrzmiałych nurtów i chowającego się za bezpiecznym gąszczem pochlebnych recenzji. Tyle że te recenzje wygłaszają krytycy… którzy wolą wymyślać dziwaczne pojęcia i odkrywać nieistniejące głębie, niż przyznać się do największej zbrodni — niezrozumienia. Pułapka się zamyka.

Czy sztuka faktycznie potrzebuje więc śmiałości? Tak. Inaczej nigdy nie będzie uprawiana, a artysta umrze na wyspie w tym samym miejscu, w którym rozbił się jego statek. Ale odwaga to nie to samo, co prowokacja. Ktoś kiedyś powiedział, że wielkie dzieło powinno być kijem włożonym w mrowisko. Tyle że zamęt dla samego zamętu to bardziej cecha wichrzyciela niż twórcy. To on szokuje, rzuca „bezpieczne” bluźnierstwa i pod płaszczem odwagi najczęściej próbuje przypodobać się współczesnym trendom politycznej poprawności. Ideologie często okazują się artystycznymi bezguściami. Aktualna pozostaje więc gorzka fraza „Potęgi smaku” Zbigniewa Herberta: „Kto wie gdyby nas lepiej i piękniej kuszono…”.

Piękno to nie ozdoba, tylko nośnik wartości, który pomaga rozeznać fałsz, tandetę i duchowy upadek. Emocje są zaś jedynie narzędziem sztuki, a nie jej celem. Inaczej musielibyśmy uznać za dzieło sztuki spóźniony autobus lub kierowcę BMW, który zajechał nam drogę na autostradzie. Chodzi raczej o ocalenie, budowanie, przechowywanie pamięci i tożsamości. Polacy odczuli to szczególnie mocno przez lata zaborów i okupacji.

Wielu artystów myli jednak nie tylko odwagę z prowokacją. Niekiedy mają też problemy z balansem między formą a treścią i z samą definicją piękna. Traktują je jak coś relatywnego. W takim ujęciu każdy bohomaz w dowolnym momencie może urosnąć do rangi arcydzieła. Może dlatego w galeriach zdarzały się już przypadki kosztownych pomyłek, gdy ekipa sprzątająca przez przypadek usunęła część eksponatów.

Nie chodzi wcale o przedstawianie lukrowanej rzeczywistości. Malowidła czy rzeźby muszą pokazywać również brzydotę. Nadal jednak powinny czynić to w kunsztowny sposób. Zbigniew Beksiński malował fantastyczne wizje rodem z koszmarów: śmierć, lęk i deformacje, a mimo to nikt, patrząc na jego obrazy, nie miałby wątpliwości, że wyszły spod ręki mistrza. Nawet koszmar wymaga kompozycji i talentu.

Dziś zbyt często mamy za to do czynienia z minimalistycznymi bazgrołami – bo liczy się przekaz. Nie tylko. Arcydzieło to umiejętność połączenia intrygującej, estetycznej formy z wartościową treścią. Jeśli skupimy się wyłącznie na pierwszym elemencie, to będziemy jedynie sprawnymi rzemieślnikami. Jeśli tylko na drugim – autorami kazania lub manifestu. Wielkość dzieła mierzy się właśnie idealnymi proporcjami obu. Forma nie jest więc ozdobą treści, tylko jej ciałem.

To, co dziwaczne, nie zawsze jest głębokie. To, co nowe, nie zawsze odkrywcze. Doskonale wychwycił to J.R.R. Tolkien. W swoim eseju o baśniach przestrzegał przed nudą lub pragnieniem „oryginalności za wszelką cenę”. Ta pokusa rodzi się na żyznej glebie wielkiego dziedzictwa kulturowego, ale pcha ku ubóstwu – brzydocie, dekonstrukcji, deformacji świata. Tolkienowska recepta jest prosta: trzeba znów spojrzeć na zieleń i od nowa zadziwić się światem.

Sztuka nie musi więc wcale wymyślać świata od nowa. Czasami dużo ważniejsze jest przywrócenie świeżości, zdolności widzenia tego, co już istnieje.

Zamiast tego niestety coraz częściej błądzi po tropikalnej wyspie i tworzy fatamorganę samozachwytu. Nie rozumie, że aby przetrwać, nie wystarczą jej galerie, granty i natchniona mina. Potrzebuje jeszcze kompasu prawdy, dobra i piękna; mapy tradycji i pamięci; narzędzi warsztatu oraz języka artystycznego. Potrzebuje także prowiantu, czyli sensu zdolnego nakarmić odbiorcę. A przede wszystkim potrzebuje towarzysza przy wieczornym ognisku. Bez niego pozostanie jedynie godnym litości szaleńcem.

Jolanta Fischer

Jolanta Fischer Autor

Dziennikarz Tygodnika Bydgoskiego
-->