[OKIEM TYGODNIKA] I tylko gryzipiórków żal…
fot. Filharmonia Pomorska
Pomniki mają tę wygodną właściwość, że milczą o tym, czego nie chcemy pamiętać. Talent łatwo odlany w brązie, trudniej jednak zważyć podpisy składane pod propagandowymi deklaracjami, pochwałami reżimu i wyrokami wydawanymi w jego imieniu. Czy wolno podziwiać wielką literaturę, nie pytając o cenę, jaką jej autorzy zgodzili się zapłacić cudzym sumieniem?
Inne z kategorii
W oddawanym właśnie do remontu gmachu Filharmonii Pomorskiej, na ekipy budowlane z wysokości cokołu spoglądać będą między innymi zadumane, brązowe oczy Czesława Miłosza. Popiersie noblisty zdobi galerię od 1997 roku. Dwa lata wcześniej to właśnie tutaj spotkał się on z mieszkańcami miasta. Dziś surowo wymodelowane oblicze zastygło w wyrazie lekkiego grymasu ust i sceptycznie zmarszczonych brwi. Czy poeta w ogóle powinien być sceptyczny? Tak — lecz czytelnicy powinni być równie sceptyczni wobec niego. Jak niegdyś przypominał inny mistrz słowa, składnia nie może być pozbawiona „urody koniunktiwu”.
Dlaczego więc ludzie kultury zostają zatopieni w zbiorowej pamięci jak owady w bursztynie – bez skazy, bez rachunku i, o ironio, bez refleksji? Chętnie chwalimy się, że Wisława Szymborska mieszkała niegdyś w jednej z toruńskich kamienic (jakby sama obecność mogła „uświęcić” lokal), a w bydgoskim „Kwartalniku Artystycznym” publikowane były teksty zarówno jej, jak i Czesława Miłosza.
Ale przecież w trudnych czasach często najważniejszym tekstem pisarza nie jest wiersz ani powieść, tylko podpis – pod umową lub odmową. A takich umów nie brakowało. Kto nie chciał pisać do szuflady, mógł zatwierdzić cyrograf i robić karierę. Warunkiem było znalezienie w swym dorobku miejsca dla kilku ciepłych słów na temat władz komunistycznych. Mieliśmy więc dość żenujące wiersze żałobne po śmierci Stalina, utwory wychwalające PRL-owską „wolność”, a nawet piękny podpis pod brzydką rezolucją popierającą stalinowski wyrok w procesie kurii krakowskiej. Na śmierć skazano wtedy trzech oskarżonych, w tym działaczy antykomunistycznego podziemia. Pozostali otrzymali kary długoletniego więzienia. 53 sygnatariuszy ze Związku Literatów Polskich, w tym Wisława Szymborska, pisało o „bezwzględnym potępieniu” rzekomych „zdrajców Ojczyzny”, niczym czerwoną litanię powtarzało propagandowe hasła o szpiegostwie oraz deklarowało piętnowanie „wrogów narodu”. Wszystko to bogatym, górnolotnym językiem artystów słowa. Zastanawiałam się nieraz, czy Szymborskiej faktycznie był potrzebny kolejny podpis do kolekcji? Czy dziki tłum stał za jej plecami i krzyczał: jeśli tego nie zrobisz, nie jesteś przyjacielem Cezara? Jak wynika z jej wyznania po latach, jako młoda dziewczyna, raczej szczerze wierzyła w system. Bez względu na motywacje, cyrograf pozostaje jednak cyrografem, a poparcie wyroku śmierci ma inny ciężar od zakreślenia krzyżyka w wyborach.
Miłosz nie był sygnatariuszem rezolucji krakowskich literatów, ale jego własny rachunek z epoką także nie zaczyna się od czystej karty. Przez lata pracował w dyplomacji Polski Ludowej, reprezentując państwo, które coraz szczelniej zamykało się w uścisku Moskwy. Późniejsze zerwanie z reżimem i emigracyjna współpraca z paryską „Kulturą” były gestem ważnym, być może nawet spektakularnym, ale nie gumką do wymazywania wcześniejszego wyboru. Kolejne dzieła miały natomiast stanowić cenne, bo poparte własnym doświadczeniem, świadectwo ideologicznej sztuki uwodzenia umysłu. Swoje „nawrócenie” przeżył znacznie szybciej od poetki, choć jego poglądy historyczne i narodowe nadal bywały trudne do zaakceptowania przez wielu odbiorców.
Oczywiście nie każdy podpis ważył tyle samo. Inaczej należy spojrzeć na krzywe linie kreślone przez torturowanych i drżących o życie swoich bliskich, inaczej na ozdobne zawijasy spragnionych sławy, a jeszcze inaczej na niewyraźne inicjały, przekreślone po latach. A jednak żaden z nich nie powinien nigdy blaknąć. Żaden z nich nie staje się moralnie obojętny. Nawet jeśli oślepia nas blask czyjegoś talentu.
Kilka lat temu podobna dyskusja toczyła się za kulisami konkursu reportażowego Grand PiK w Bydgoszczy. Wybrzmiewały wtedy liczne głosy: nie wolno zbyt surowo oceniać takich artystów, bo bez ich kompromisów nie mielibyśmy wielu znakomitych książek, filmów i wierszy. Kultura mogłaby nie przeżyć takiej rany.
Tyle że kultura to nie papierowy ołtarz, na który można składać ofiarę sumienia. W Polsce przetrwała ponad tysiąc lat. Tak bogate dziedzictwo pewnie by ucierpiało, ale nie zniknęłoby całkowicie bez kilku, choćby najznamienitszych nazwisk. Paradoksalnie, być może to ich cyrografy były dla niej bardziej niszczycielskie od potencjalnej ciszy.
Zresztą zdarzało się nieraz, że przekorny naród z największą uwagą czytał właśnie marginesy.
Byli tam poeci, którzy tkwili w okopach, próbując nadać swoim myślom nie tylko kunsztowny kształt, ale i moralny ciężar. Byli i tacy, którzy rozumieli, że krew przelewa się znacznie trudniej niż atrament. Zbigniew Herbert wiedział, że stara i brzydka cnota „sznuruje usta, powtarza wielkie: NIE”. Oczywiście zapłacił za to wysoką cenę biedy, goryczy, a nawet nadszarpniętych przyjaźni. Jego biografia nie wpisuje się pewnie w żywoty świętych, ale udowodnił, że taki wybór był możliwy, a konformizmu nie wolno nazywać troską o kulturę. Dlatego dziś jego wiersze raczej nie powodują intelektualnego dysonansu. Gdy Wisława Szymborska pisze o patriotyzmie: „Bez tej miłości można żyć, mieć serce puste jak orzeszek, malutki los naparstkiem pić, z dala od zgryzot i pocieszeń”, niektórzy mogą poczuć się mniej więcej tak, jakby czytali rozprawę Mickiewicza o wierności małżeńskiej. To tym bardziej bolesne, że twórczość poetki jest naprawdę do głębi poruszająca.
Łatwo jest kochać w miękkim fotelu. Trudniej – na emigracji, w niebezpieczeństwie, choć i tutaj nie jest się z góry skazanym na zapomnienie. Bydgoszcz także ma patronów pamięci mniej wygodnych, bo przypominających, że można było wybrać inaczej. Jednym z nich był pisarz i publicysta Radia Wolna Europa, Tadeusz Nowakowski. 13 lipca przypada kolejna rocznica odznaczenia go przez rząd na uchodźstwie Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. To wyróżnienie bez blichtru i — mimo trudnych czasów — bez komunistycznej czerwieni. Na piersi czuć jego ciężar.
Nie mamy więc prawa wymagać heroizmu, ale nie mamy też prawa nazywać jego braku błahostką.
Nie postuluję odebrania uwikłanym poetom cokołów. Nie próbuję kwestionować ich talentu i wkładu w narodowy dorobek literacki. Ale irytujący wydaje się ten listek figowy usprawiedliwiania i artystyczna niepamięć. Nie ma osobnej wersji Dekalogu dla geniuszy epoki. Literatura rodzi się przecież nie tylko z umiejętności. Równie ważne pozostaje widzenie świata. Trzeba sobie wreszcie uświadomić, że wylewając atrament do rynsztoka, nie ratujemy swojego talentu, tylko go brukamy.
Herbert pisał w „Wilkach”: „Nie nam żałować – gryzipiórkom – i gładzić ich zmierzwioną sierść”. To poruszający wyraz pokory. Bo czyż „wilki” nie są tu bardziej poetyckie od poetów? Ich leśne życie to esencja, której poeta-rzemieślnik nadaje jedynie zgrabną formę słów. To one odniosły zwycięstwo — pamięci i moralności. Może więc najbardziej żal powinno być gryzipiórków: ich zgniecionych kartek, pięknych podpisów i poplamionych atramentem palców. Wielkie marnotrawstwo.