[MIĘDZY WIERSZAMI] Klimat bez histerii. Książka, która pyta, kto płaci za zielone mity
Czy o klimacie można mówić bez histerii, katastrofizmu i moralnego szantażu? Leandro Narloch w książce „Politycznie niepoprawny przewodnik po klimacie” próbuje właśnie tego. Nie neguje problemów środowiskowych, ale rozbiera na części wiele popularnych opowieści, które od lat funkcjonują w debacie publicznej.
Inne z kategorii
W najnowszym omówieniu na kanale Tygodnika Bydgoskiego przyglądamy się książce brazylijskiego dziennikarza i publicysty Leandra Narlocha. Autor znany jest z serii „politycznie niepoprawnych przewodników”, w których podejmuje tematy obrosłe medialnymi schematami i próbuje sprawdzić, co w tych schematach jest prawdą, a co wygodnym mitem.
Książka przeciw klimatycznemu alarmizmowi
„Politycznie niepoprawny przewodnik po klimacie” nie jest książką akademicką. To raczej publicystyczna, mocno napisana próba zakwestionowania tonu, jaki dominuje w debacie klimatycznej. Narloch pokazuje, że opowieść o klimacie bardzo często sprzedaje się przez strach. Katastrofa, koniec świata, ginąca planeta, ostatnia szansa — tego typu komunikaty łatwo trafiają do mediów, organizacji pozarządowych i polityków.
Autor pyta jednak, czy taki alarmizm pomaga rozumieć rzeczywistość. Jego zdaniem często dzieje się odwrotnie: emocjonalna opowieść zastępuje rachunek skutków. Zamiast pytać, czy dana polityka naprawdę działa, czy zmniejsza emisje i czy poprawia życie ludzi, debata skupia się na tym, kto ma „właściwe” intencje.
Plastik, ropa i niewygodne pytania
Jednym z ciekawszych wątków książki jest obrona cywilizacji przemysłowej przed zbyt łatwym potępieniem. Narloch przypomina, że tworzywa sztuczne, ropa i nowoczesna chemia nie były wyłącznie źródłem problemów. W wielu przypadkach ograniczyły eksploatację zwierząt i zasobów naturalnych. Plastik zastąpił materiały pozyskiwane wcześniej kosztem słoni, żółwi czy wielorybów.
Autor nie twierdzi, że plastik nie stwarza problemów. Pokazuje jednak, że walka z nim często bywa bardziej symboliczna niż skuteczna. Papierowa torba albo papierowa słomka mogą wyglądać „ekologicznie”, ale ich realny koszt środowiskowy nie zawsze jest niższy. To jedna z głównych zalet książki: zmusza do pytania nie o to, co dobrze wygląda, lecz o to, co naprawdę działa.
Kto płaci za zieloną transformację?
Najmocniejszy wątek książki dotyczy niesprawiedliwości polityki klimatycznej. Narloch zwraca uwagę, że bogate społeczeństwa Zachodu zbudowały swój dobrobyt na taniej energii, przemyśle, transporcie, cemencie, stali i paliwach kopalnych. Dopiero potem zaczęły pouczać biedniejszych, że nie wolno im iść tą samą drogą.
Problem dotyczy także jednostek. Koszty droższej energii, nowych regulacji, ograniczeń transportowych czy wymiany źródeł ciepła najmocniej uderzają w tych, którzy mają najmniejszy margines bezpieczeństwa. Bogatszy człowiek może kupić nowszy samochód, lepiej ocieplić dom albo dopłacić do rachunków. Biedniejszy po prostu ponosi koszt polityki, której nie projektował i z której często najmniej korzysta.
Amazonia i mit natury
Sporo miejsca Narloch poświęca Amazonii. Dla polskiego czytelnika może to być temat odległy, ale dobrze pokazuje pewien mechanizm. Autor krytykuje romantyczne spojrzenie, w którym mieszkańcy terenów chronionych mają pozostać częścią „dzikiej natury”, ponieważ tak wyobrażają ich sobie aktywiści, media i zamożni mieszkańcy wielkich miast.
Narloch przypomina, że ludzie żyjący w takich miejscach również potrzebują dróg, prądu, internetu, opieki medycznej i normalnych szans rozwojowych. Ekologia, która broni przyrody kosztem człowieka, bardzo łatwo staje się ideologią wygodną dla bogatych, ale kosztowną dla biednych.
Nie bez zastrzeżeń
Książka Narlocha ma jednak swoje słabsze strony. Najbardziej widoczne jest liberalne skrzywienie autora. Krytykując państwową biurokrację i nieskuteczność regulacji, zbyt często sugeruje, że rozwiązaniem będzie rynek, konkurencja albo prywatyzacja. Polskie doświadczenia uczą ostrożności. Państwo bywa złym właścicielem, ale oddawanie strategicznych przedsiębiorstw i infrastruktury w ręce prywatne również potrafi stworzyć poważne problemy.
Dlatego tej książki nie trzeba przyjmować bezkrytycznie. Warto ją czytać jako głos w sporze, a nie jako podręcznik ostatecznych odpowiedzi. Jej wartość polega przede wszystkim na tym, że przywraca pytania, których w debacie klimatycznej często brakuje: kto płaci, kto korzysta, co naprawdę działa i czy pod hasłem troski o planetę nie przemyca się rozwiązań niesprawiedliwych społecznie.
Dlaczego warto obejrzeć omówienie?
W filmie omawiamy najważniejsze tezy książki, pokazujemy przykłady mitów, z którymi rozprawia się autor, i zastanawiamy się, gdzie Narloch trafia w punkt, a gdzie sam wpada w ideologiczne uproszczenia. To propozycja dla tych, którzy chcą rozmawiać o klimacie poważnie, ale bez obowiązkowej dawki apokalipsy.
Bo może właśnie tego najbardziej brakuje w dzisiejszej debacie: mniej histerii, więcej rozumu. I trochę odwagi, żeby zapytać, czy zielona polityka rzeczywiście pomaga światu, czy czasem tylko bardzo dobrze wygląda na konferencyjnym banerze.