[OKIEM TYGODNIKA] Dwóch świadków to za mało
fot. AI, ilustracyjne
Ślub od wieków oznaczał zobowiązanie wobec drugiego człowieka. Dziś coraz częściej staje się manifestem składanym samemu sobie — najlepiej w białej sukni, przy świadkach i przed obiektywami. „Samozaślubiny” mają być świętem samoakceptacji, lecz równie dobrze mogą świadczyć o czymś mniej podniosłym: o samotności, głodzie aprobaty i potrzebie zamieniania każdej prywatnej decyzji w publiczne widowisko.
Inne z kategorii
Schemat jest znany i powszechny od wieków. Najpierw pojawia się ekscytujący sekret. Potem uczniowie przekazują go sobie wzajemnie. Oczywiście „w tajemnicy” i z zastrzeżeniem, żeby „nikomu nie mówić”. W końcu znają go doskonale wszyscy w klasie. Bo dziecinne tajemnice istnieją właśnie po to, by je zdradzać, cieszyć się zbiorowym podekscytowaniem i pławić się w promieniach kilkuminutowej chwały „bohatera”, który „wie więcej”.
Dziecinne tajemnice mają także dorośli. Najchętniej takie, o których natychmiast dowiedzą się media. Nic nie rozprzestrzenia się lepiej niż ciekawostki z życia prywatnego.
I tak internet obiegła piorunująca wiadomość — znana dziennikarka Joanna Racewicz poślubiła samą siebie. A raczej wzięła udział w imitacji uroczystości zaślubin. Wcześniej na podobny krok zdecydowała się piosenkarka Anna Rusowicz. Wszystko w łzawych oparach słów o samoakceptacji, trosce o ciało i duszę oraz sprzeciwie wobec życia pod dyktando oczekiwań społecznych.
Jak mogą wyglądać takie „samozaślubiny”? Bardzo typowo. Są goście, jest biała suknia, jest wreszcie przysięga: „Wybieram siebie” i łzy wzruszenia. Oklaski. I koniecznie opłaty – wcale niemałe. W zamian nie otrzymuje się jednak ani sakramentu, ani skutku prawnego — jedynie uroczystą oprawę i świadków podjętego postanowienia. Do tego dochodzą „romantyczne” zdjęcia publikowane w internecie i kilka minut chwały w komentarzach.
Można oczywiście tłumaczyć swoją decyzję słowami niedawnej panny młodej: „To jest obietnica złożona samej sobie. (…) To był dla mnie symbol. Ludzie od pokoleń używają symboli, żeby pokazać coś, co jest ważniejsze i większe niż słowo". Tak. Pytanie tylko, dlaczego osobistą decyzję koniecznie chcemy „pokazywać”...
Dziennikarka podkreślała, że ceremonia to efekt wieloletniego poszukiwania swojej drogi. Taka retoryka świetnie wpisuje się we współczesne tendencje. Uczciwie trzeba też zaznaczyć, że minione epoki nie zawsze wychodziły naprzeciw osobom samotnym, uwięzionym w toksycznych relacjach i patologicznych związkach. W takich skrajnych przypadkach umiejętność postawienia granicy rzeczywiście może stanowić ważny, wręcz przełomowy krok. Znowu: po co jednak stawiać go w blasku fleszy i przed obiektywami kamer? Czy potrzebujemy więcej świadków, gotowych nie tyle przytrzymać tren sukni, ile wiwatować i podziwiać? Czy potrzebujemy rytuału, żeby uznać swoje postanowienie za rzeczywiste?
Jeśli tak jest, stanowi to głęboko smutną diagnozę współczesności. Nie umiemy już się duchowo rozwijać bez gromkich braw i obrzędowej bieli. Co więcej, obrzęd, który dotąd stanowił świadectwo bliskości z drugim człowiekiem, skierowano w przeciwną stronę — ku własnemu ego. Oczywiście każdy rytuał służy publicznemu potwierdzeniu zobowiązań. Tutaj brakuje jednak osoby, wobec której to zobowiązanie zaciągamy i która może oczekiwać jego dotrzymania. Nie przyjmujemy sakramentu, nie składamy przysięgi przed Bogiem ani nie formalizujemy związku w majestacie państwa. Jedynie wykrzykujemy w pustkę własne manifesty. Sami siebie próbujemy do nich przekonać i sami w dowolnej chwili możemy się z nich wycofać. Nikt nas z tego nie zrozliczy. Gest zyskuje szczególnie gorzki wydźwięk w epoce narastającej samotności i słabnących więzi.
Powodów takiego aktu może być jednak kilka. Niektórzy podejmują w ten sposób próbę przejęcia kontroli nad opowieścią o swoim życiu. Łatwiej ogłosić w mediach, że jest się samemu z wyboru, niż trwać pod ostrzałem współczujących spojrzeń. Panna młoda ma łzy w oczach, ale szeroko uśmiecha się do gości. Tak miało być. To naj(nie)szczęśliwszy dzień w jej życiu.
Hasło „wybieram siebie” dobrze pasuje do epoki, która samorealizację często stawia ponad zobowiązaniem, kompromisem i odpowiedzialnością za drugiego człowieka. Brzmi wygodnie. Niekoniecznie szczęśliwie.
Niekiedy nie bez znaczenia pozostaje też pokusa popularności. W dobie mediów społecznościowych „zwykłe” dziwactwa nie robią już na nikim większego wrażenia. By złożyć ofiarę bóstwu zasięgów i lajków, trzeba więc sięgać po coraz kreatywniejsze sposoby. „Samoślub” z pewnością wywołuje lawinę żartów i grymasów politowania, ale przynajmniej… wywołuje. Coś. O tym się mówi. W końcu świat musi usłyszeć, że ona „wybiera siebie” i zareagować. Najlepiej wzruszeniem, żeby mogła poczuć się lepiej. Czy jednak przysięga jest szczera, jeśli w chwili jej składania uważnie wpatruje się nie w lustro, tylko w twarze świadków? Deklaracja troski i samorealizacji wydaje się pusta, jeśli w istocie wypatruje ludzkiej aprobaty. To tylko makijaż, nałożony na kruche poczucie własnej wartości.
Oczywiście nie każdy, kto zdecydował się na „samozaślubiny”, kierował się wymienionymi przeze mnie względami. Istnieją zapewne inne, głębsze źródła tego wyboru. Nie wydaje mi się jednak, by podobne praktyki warto było nagłaśniać.
Podczas takiej ceremonii bukiet rzucony przez pannę młodą może rozsypać się w błocie — zabraknie chętnych, by go złapać. Świadomie lub nie, człowiek tęskni bowiem za czymś większym i bardziej trwałym od własnego „ja”. Szkoda pięknych kwiatów.