Opinie Dzisiaj 17:47 | Redaktor
Polityczny inuityzm. O złudzeniach suwerenności i realnej polityce

fot. Pixabay

Wpis Justyny Melonowskiej, publicystki „Christianitas”, wywołał zrozumiałe poruszenie – nie dlatego, że jest kontrowersyjny w sensie powierzchownym, lecz dlatego, że bezlitośnie obnaża fałszywe samozadowolenie, w którym lubimy się ostatnio przeglądać. Autorka bierze na warsztat nagły, niemal egzaltowany zryw „honoru narodowego” w mediach społecznościowych, wywołany wyborem nowego marszałka Sejmu oraz reakcją amerykańskiego ambasadora. Zryw, który – jak sugeruje – jest raczej symptomem politycznej naiwności niż dojrzałej suwerenności.

Polityczny inuityzm


Melonowska notuje z ironią, że w tym zbiorowym oburzeniu jest „coś niezwykle charakterystycznego, nawet miłego”. Oto Polacy, dotąd raczej obojętni na kwestie godności państwowej, nagle odkrywają w sobie czujność i dumę. Problem w tym, że ta duma przybiera postać, którą autorka określa mianem „politycznego inuityzmu” – stanu umysłu ludzi zdumionych, że w ich „chatce z kraja” ktoś obcy śmie się rządzić.


Metafora Inuitów i Grenlandii nie jest tu literacką igraszką. Melonowska dotyka samego sedna realizmu politycznego: jeśli dane terytorium ma znaczenie strategiczne, gospodarcze lub cywilizacyjne, to większe podmioty zawsze będą realizowały wobec niego własne interesy. „Jak śmie realizować własne pragnienia, zamiary i cele polityczne?” – pyta ironicznie. Odpowiedź jest brutalnie prosta: śmie i powinien, bo na tym właśnie polega polityka.

Między interesem a histerią

W tym miejscu autorka dokonuje zasadniczego rozróżnienia, które w polskiej debacie niemal nie funkcjonuje. Z jednej strony mamy realną politykę – interes, siłę, dyplomację, podmiotowość. Z drugiej: moralistyczne oburzenie, histeryczną retorykę i wiarę, że samo powoływanie się na „demokratyczny wybór” zamienia chaos w suwerenność. Jej diagnoza polskich elit jest bezlitosna: osoby sprawujące dziś kluczowe funkcje państwowe nie tylko nie potrafią uprawiać polityki, ale nie znają nawet jej języka. Są – pisze wprost – „warchołami” i „idiotami”, przypisanymi do interesów obcych, a przy tym wynarodowionymi i internacjonalnymi.

To mocne słowa, ale ich sens jest precyzyjny. W takich warunkach – argumentuje Melonowska – uprawianie polityki nie jest możliwe w ogóle, niezależnie od tego, jak zdefiniujemy naród, dobro wspólne, Zachód czy cywilizację. Jeśli elity nie są zdolne do działania jako podmiot, pozostaje im status przedmiotu. A skoro tak, inne podmioty – całe bloki polityczne – będą ten status sankcjonować bez skrupułów.

Sztuka przetrwania, sztuka polityki

Szczególnie uderzający jest finał wpisu. Autorka jednoznacznie odcina się od personalnej identyfikacji z obecnymi rządzącymi: „nie są moimi przedstawicielami”. Jako Polka – pisze – próbuje ich jedynie „przetrwać”. To nie gest emocjonalny, lecz akt politycznego realizmu. Władza, która nie reprezentuje interesu narodowego ani cywilizacyjnego, nie zasługuje na lojalność, lecz na przezwyciężenie – „zniesienie przez Polaków”.


Najbardziej prowokujące zdanie pada jednak na sam koniec. Melonowska przyznaje, że pod względem cywilizacyjnym i politycznym bliżej jej do symbolicznego „Repnina” niż do „czerwonego Włodka”. To wyznanie nie jest pochwałą obcej dominacji, lecz oskarżeniem wobec własnej elity. W realnej dyplomacji – pisze – taki „Repnin” mógłby być partnerem, a nawet narzędziem realizacji polskiego interesu narodowego, o ile po drugiej stronie byłby ktoś zdolny ten interes zdefiniować i egzekwować.

Tekst Justyny Melonowskiej jest więc nie tyle manifestem, ile aktem oskarżenia wobec iluzji, w których lubimy się urządzać. Pokazuje, że oburzenie bez podmiotowości jest tylko kolejną formą politycznej bezradności. A suwerenność bez zdolności uprawiania polityki pozostaje – jak inuicka chatka na Grenlandii – miejscem, w którym zawsze ktoś inny będzie decydował, co wolno, a czego nie.

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor
-->