Opinie Dzisiaj 17:47 | Redaktor
Zakonnica, która mówi Zachodowi rzeczy nieuprzejme – i właśnie dlatego potrzebne

fot. AI na podstawie zdjęcia https://en.wikipedia.org/wiki/File:Helen_Alford.jpg

W debatach o „kryzysie Zachodu” lubimy dwa gatunki rozmowy. Pierwszy: moralizatorskie narzekanie, po którym wszystko zostaje po staremu, tylko herbata stygnie szybciej. Drugi: technokratyczny optymizm, w którym każdą ranę leczy się aplikacją, regulacją albo kolejną „strategią”. Tymczasem wykład Helen Alford OP uderza w ton trzeci: realistyczny, nieco staroświecki (w najlepszym sensie) i niebezpiecznie konkretny. Nie jest to nowinka z wczoraj – i całe szczęście. Dobre diagnozy dojrzewają jak wino, nie jak tweety.

Alford patrzy na Europę i szerzej – na Zachód – nie przez pryzmat jednej bieżącej awantury, lecz przez dłuższą logikę cywilizacyjną: co się stało z naszym rozumieniem człowieka, dobra wspólnego, pracy, wolności i sensu instytucji. A potem – co najciekawsze – pokazuje, że „katolicki zasób” nie musi być wyłącznie pamiątką po przeszłości ani dekoracją w muzeum idei. Może być narzędziem naprawy. Narzędziem, które nie działa jak młotek na wszystko, ale jak dźwignia: wymaga punktu podparcia.

Kryzys Zachodu to nie tylko spór polityczny. To spór o to, kim jest człowiek

U Alford sedno kłopotu nie zaczyna się od wyborów, migracji czy inflacji. Zaczyna się od teorii człowieka, która przeniknęła nasze instytucje: od ekonomii po edukację.

Zachód – mówi dominikanka – wchodzi w fazę, w której wyczerpuje się „oświeceniowa synteza”: system pojęć, który świetnie radził sobie z wieloma sprawami (nauka, prawa, procedury), ale coraz gorzej tłumaczy, po co to wszystko jest i jak spajać wspólnotę bez przemocy albo bez rozpadu. Dlatego dzisiejszy świat zsuwa się po osi skrajności: z jednej strony technoutopijny libertarianizm (marzenie, że technologia rozwiąże problemy moralne), z drugiej – nowe odmiany twardego przymusu, w których państwo narzuca cele, bo społeczeństwo samo ich już nie potrafi uzgodnić.

Jeśli w centrum stoi samotna jednostka i wolność rozumiana wyłącznie jako „wolność od”, to wspólne cele stają się podejrzane, a dobro wspólne – niemal niewymawialne. Wtedy polityka zamienia się w zarządzanie lękami, gospodarka w produkcję bodźców, a kultura w wojnę o definicje. Instytucje działają, ale nie przekonują. Przypominają zegar, który chodzi, choć nikt już nie pamięta, po co mierzymy czas.

Rozdroże, rewolucja, dekadencja: trzy słowa opisujące to samo pęknięcie

Alford prowadzi inteligentny dialog z trzema europejskimi diagnozami.

Pierwsza – Marek Cichocki – mówi o rozdrożu: albo Europa czerpie z dziedzictwa kultury chrześcijańskiej, albo konsekwentnie wybiera postchrześcijaństwo. Co ciekawe, w tej optyce to nie „opcja chrześcijańska” jest w kryzysie, lecz postchrześcijańska – pełna napięć i niepewności.

Druga – Chantal Delsol – widzi „rewolucję” jako odwrót od chrześcijaństwa ku nowemu politeizmowi (w wersji miękkiej: duchowy pluralizm; w twardszej: kosmoteizm i dogmatyzmy udające tolerancję). Jej ostrzeżenie brzmi mocno: oderwana od źródła „czułość” może kończyć się terrorem. Nowe „prawdy” bez fundamentu zamieniają się w przemoc symboliczną lub prawną – bo coś musi podtrzymać absolut, skoro już nie podtrzymuje go transcendencja.

Trzecia – Jean-Luc Marion – dorzuca słowo „dekadencja”, a Alford z sympatią je podejmuje. Dekadencja to „kryzys kryzysu”: stan, w którym społeczeństwo nie ma odwagi wejść w moment decyzji. Udaje, że „jakoś to będzie”, przesuwa rachunek na później, żyje w stagnacji. Jest dość zasobne, by nie panikować, i dość puste, by nie wiedzieć, dokąd iść. W efekcie kryzys nie wybucha wprost – tylko sączy się latami.

To triada opisująca jedną ranę: Zachód przestał wierzyć, że istnieje prawda zdolna budować wspólnotę bez przemocy. A jednocześnie nie potrafi żyć bez jakiejś formy prawdy absolutnej. Więc produkuje ją zastępczo.

Najciekawsze: „katolicki moment” nie polega na triumfalizmie, tylko na punkcie podparcia

Wykład Alford jest tradycyjny w tym, co najważniejsze: nie zaczyna od propagandy i „odzyskiwania wpływów”, tylko od porządku rzeczy. Jeśli chce się poruszyć świat, trzeba – jak u Archimedes – dźwigni i punktu oparcia poza układem.

I tu pojawia się jej główna intuicja: współczesny kapitalizm ma w sobie tendencję do instrumentalizowania wszystkiego. Nie dlatego, że wszyscy są cyniczni, ale dlatego, że system tak działa: kwartalne raporty, presja inwestorów, język „zgodności” zamiast języka sensu. Nawet najlepsze idee stają się marketingiem. Nawet „wartości” trafiają do działu PR. Wtedy zmiana jest symulowana, a nie przeprowadzana.

Dlatego potrzebny jest zasób, którego biznes nie kontroluje. Zasób zewnętrzny. Dla Alford takim zasobem jest tradycja katolicka – nie jako pałka, tylko jako miara. Coś, co istnieje niezależnie od giełdy, trendów i konferencji.

Przykład z życia, nie z ambony: Blueprint for Better Business

Wykład robi mocne wrażenie, bo nie kończy się na abstrakcjach. Alford przywołuje historię po kryzysie 2008 roku: upadek Lehman Brothers i społeczna encyklika Benedykt XVI „Caritas in veritate”. Według opowieści, lekturą tej encykliki zachwycił się nawet menedżer z Goldman Sachs – co samo w sobie jest znakiem czasu: kiedy „najwyższe kapłaństwo finansów” chwali tekst papieża, to znaczy, że coś w systemie zgrzyta tak głośno, iż słychać to w City.

Z tego zrodził się ruch Blueprint: nie klub dla grzecznych, nie organizacja od „plakietek cnoty”, tylko katalizator zmiany myślenia w największych firmach. Klucz jest prosty i staromodny: cel firmy ma wyrastać z godności człowieka i dobra wspólnego, a praktyka ma kształtować nie tylko produkt, ale i ludzi. Tu pobrzmiewa Jan Paweł II i jego „Laborem exercens”: praca ma wymiar obiektywny (to, co wytwarzamy) i subiektywny (kim stajemy się, pracując).

To jest konserwatywne w najlepszym sensie: powrót do pytania, które cywilizacja stawiała zawsze, zanim nauczyła się udawać, że go nie ma. Co ta działalność robi z człowiekiem?

Zachód choruje na bałwochwalstwo praktyczne – nawet gdy nie wierzy w żadne bożki

Alford sięga po William T. Cavanaugh i jego rozróżnienie: bałwochwalstwo to nie tylko błędna doktryna, ale praktyka, która zdradza, co naprawdę czcimy. Nie trzeba wierzyć w „złotego cielca” – wystarczy żyć tak, jakby to pieniądz, władza i tożsamość były ostateczną miarą.

Kryterium biblijne jest bezlitosne w swej prostocie: fałszywy bóg „pożera”. Jeśli system pożera czas, uwagę, rodziny, wspólnoty, zdrowie psychiczne, a na końcu mówi, że to „koszt rozwoju”, to mamy problem religijny – nawet jeśli nazywamy go ekonomicznym.

A jednak Alford nie popada w tani antykapitalizm. Przypomina rzecz elementarną: gospodarka jest fundamentem dobra wspólnego – dzięki niej ludzie mają jedzenie, dach, bezpieczeństwo. Problemem nie jest to, że produkujemy dobra, tylko że gubimy miarę dobra. I wytwarzamy „marzenia” zamiast rzeczywistości, „tożsamości” zamiast sensu, „wartości” zamiast cnoty.

Droga wyjścia: mniej ideologii, więcej realizmu i wspólnoty pracy

Alford proponuje trzy splecione kierunki naprawy.

Po pierwsze: odzyskać zewnętrzny punkt odniesienia

Nie da się naprawić systemu, jeśli wszystkie kryteria pochodzą z jego wnętrza. Jeśli jedyną miarą jest efektywność, to efektywna będzie także destrukcja. Potrzebna jest miara, która nie zależy od wykresów. Tradycja chrześcijańska – w wersji dojrzałej, zdolnej do samokrytyki – może być takim „punktem podparcia”.

W tym miejscu Alford ciekawie kontrastuje dwie wizje dialogu: Dominique Pire akcentuje „wypełnienie się Innym” i ofiarę z siebie; Michał Paluch OP – idąc za Janem Pawłem II – pokazuje dialog wyrastający z silnej tożsamości, która potrafi zrobić w sobie miejsce dla Innego. Zachód potrzebuje obu: i empatii, i kręgosłupa.

Po drugie: odzyskać tomistyczny realizm dobra

Jeśli prawda ma wrócić do debaty publicznej, nie wróci jako pałka. Wróci jako realizm: rzeczy mają naturę, człowiek ma naturę, wspólnota ma wymagania. Alford wspomina odnowę tomizmu i autorów, którzy potrafili połączyć moralność z realizmem ludzkiego działania: Servais Pinckaers czy Herbert McCabe, a także tradycję Angelicum i jej nauczycieli, jak Francesco Compagnoni OP czy Wojciech Giertych OP. Nie chodzi o scholastyczny kostium, tylko o zdolność myślenia w kategoriach dobra realnego, a nie wyłącznie „preferencji”.

Po trzecie: zmienić antropologię ekonomii – od samotnej jednostki do osoby relacyjnej

Tu pada ważny argument z Jacques Maritain: człowiek jest zarazem indywidualny (ciało, potrzeby, konkurencja o zasoby) i relacyjny (duchowy wymiar, który spełnia się w więziach). Współczesna ekonomia nie jest całkiem fałszywa – jest redukcjonistyczna. A dane o dobrostanie i „szczęściu” podpowiadają, że po przekroczeniu minimum materialnego o jakości życia decyduje bogactwo relacji.

To oznacza, że Zachód nie wyjdzie z kryzysu samą redystrybucją ani samą deregulacją. Potrzebuje odbudowy więzi: w rodzinie, w pracy, w lokalnych wspólnotach, w instytucjach pośrednich. Potrzebuje wolności rozumianej jako „wolność do” – do dobra, do zobowiązania, do odpowiedzialności.

Najbardziej „konserwatywna” konkluzja: kryzys jest wezwaniem do decyzji

W tle wywodu Alford pobrzmiewa intuicja Mariona: Zachód boi się decyzji, więc dryfuje. Tymczasem bez decyzji nie ma odnowy. Kryzys jest momentem prawdy – a prawda jest zawsze wymagająca.

To dlatego dominikanka nie ucieka w romantyczną wizję „ostatnich mnichów”. Owszem, świadectwo jest konieczne, ale ona obstaje przy publicznej roli chrześcijaństwa: nie jako dominacji, lecz jako służby intelektualnej i moralnej. Przywołuje nawet Antonio Rosmini-Serbati i jego myśl o „dobroczynności intelektualnej”: nowe idee potrafią zmienić życie. W świecie, który tonie w sloganach, to brzmi jak rewolucja bardziej subwersywna niż protesty: myśleć jasno i działać przyzwoicie.

Europa patrzy dziś na Ukrainę – i widzi własne sumienie

Końcówka wykładu jest nieprzypadkowa: Alford mówi o Ukrainie, o doświadczeniu Kijowa i Majdanu, o „Rewolucji Godności” i pamięci Niebiańskiej Sotni. Pada zdanie zasłyszane od greckokatolickiego biskupa: że to „pierwsi młodzi ludzie, którzy oddali życie za Europę”.

W tej perspektywie kryzys Europy nie jest tylko akademicką debatą o tożsamości. Jest pytaniem, czy Europa ma jeszcze coś, za co warto cierpieć – i czy potrafi nazwać to bez wstydu. Godność, dobro wspólne, solidarność – to nie są ornamenty. To są słowa, za które ktoś płaci krwią. Jeśli Zachód o nich zapomni, inni przypomną mu o nich w sposób brutalny.

Diagnoza i recepta w jednym zdaniu

Kryzys Zachodu polega na tym, że utracił spójną wizję człowieka i dobra wspólnego, a więc dryfuje między technologiczną ucieczką a politycznym przymusem; droga wyjścia wiedzie przez odzyskanie realizmu (o człowieku), punktu podparcia (poza systemem) i odbudowę relacji, które czynią wolność zdolną do dobra.

Alford pokazuje, że to nie jest program „religijnej restauracji”, ale program cywilizacyjnej naprawy. Tradycjonaliści powiedzieliby: wreszcie ktoś przypomniał, że dom nie stoi od samej farby na elewacji. Najpierw trzeba wrócić do fundamentów. I sprawdzić, czy nie pękły.

Redaktor

Redaktor Autor

Redaktor
-->