Kosma Złotowski o Grenlandii, NATO i europejskiej grotesce. „Wystarczy jedno spojrzenie na globus”
fot. Facebook
W ostrym, momentami ironicznym wpisie europoseł Kosma Złotowski punktuje reakcje europejskich elit politycznych na amerykańskie żądania dotyczące Grenlandii. Zarzuca im brak realizmu, ignorancję geopolityczną i symboliczne gesty zamiast realnej polityki bezpieczeństwa. Jego diagnoza jest jednoznaczna: kto nie rozumie mapy świata, ten nie rozumie także wojny i pokoju.
Inne z kategorii
Czy Korona Chrobrego nadal ma znaczenie? Kontrowersje wokół polskich symboli
Europoseł Kosma Złotowski opublikował na Facebooku obszerny komentarz poświęcony reakcji europejskich przywódców na amerykańskie stanowisko w sprawie Grenlandii. Już na wstępie określa tę reakcję jednym słowem: „groteska”. Jak podkreśla, nie chodzi tu o pojęcie z podręcznika literatury, lecz o zjawisko, które można obserwować na żywo, śledząc zachowanie polityków w Europie.
Jednym z przykładów tej groteski ma być – jak pisze – „paradna wycieczka 15 żołnierzy Bundeswehry na weekend do Nuuk”, którą zestawia z głośnym gestem 5000 hełmów przekazanych Ukrainie na początku rosyjskiej agresji. W obu przypadkach widzi symbolikę pozbawioną realnej wartości militarnej. Krytycznie odnosi się też do niemieckiego przywództwa, pisząc wprost, że spodziewał się po Friedrichu Merzu „innej jakości”, ale – jak ironizuje – „są, widać, po jednych pieniądzach”.
W dalszej części wpisu Złotowski uderza w znacznie poważniejszy ton. Stawia pytanie, czy europejscy liderzy – wymieniając z nazwiska Merza, Macrona i Starmera – w ogóle rozumieją geopolityczne znaczenie Grenlandii. „Wystarczy jedno spojrzenie na globus” – pisze – by dostrzec, że kontrola nad tą wyspą oznacza możliwość oddziaływania na całą północną Rosję, Kanadę i północno-wschodnie Stany Zjednoczone.
Europoseł przypomina, że USA dostrzegły to znaczenie już po I wojnie światowej, a w czasie zimnej wojny – w porozumieniu z Danią – zbudowały na Grenlandii bazę wojskową. Jak zauważa, Dania nie poniosła wówczas realnych kosztów obronnych, korzystając – podobnie jak reszta Europy Zachodniej – z amerykańskiego parasola atomowego. Złotowski nie unika przy tym ostrych ocen historycznej polityki Kopenhagi wobec ludności tubylczej, wskazując na moralny kontrast między zaniedbaniami społecznymi a brakiem inwestycji w bezpieczeństwo.
Po zakończeniu zimnej wojny – argumentuje autor – Grenlandia przestała kogokolwiek interesować militarnie, a wydatki na obronność zanikły niemal całkowicie. Sytuacja zmieniła się dopiero wraz z agresywną polityką Rosji, która – jak pisze – „pokazała, że zdolna jest wystrzeliwać prawdziwe śmiercionośne rakiety i burzyć zapory większe niż ta w Solinie”.
W tym kontekście Złotowski przywołuje stanowisko Donalda Trumpa wobec NATO: skoro europejscy sojusznicy przez dekady nie inwestowali we własne armie, nie mogą oczekiwać, że Stany Zjednoczone będą ponosiły całość kosztów ich bezpieczeństwa. Jego zdaniem ten przekaz w końcu dotarł do europejskich stolic, czego efektem jest wzrost budżetów obronnych. Problem Grenlandii jednak – jak pisze – „nie trafił do nikogo”.
Autor stanowczo odrzuca narrację o „końcu NATO” rzekomo spowodowanym amerykańskimi roszczeniami wobec Danii. Ostrzega, że prawdziwym końcem sojuszu byłoby zajęcie Grenlandii przez Rosję, co oznaczałoby bezpośrednie zagrożenie dla USA. „Ale trzeba mieć globus” – dodaje z ironią.
W zakończeniu wpisu Złotowski formułuje jednoznaczną tezę: woli obecność wojsk amerykańskich na Grenlandii niż rosyjskich czy chińskich. Krytykuje przy tym europejskich przywódców za wysyłanie „groteskowych short term missions” zamiast prowadzenia poważnej polityki strategicznej. Całość spina gorzka diagnoza współczesnej Europy, zajętej jednocześnie Grenlandią, wojną, klimatem, gender i Zielonym Ładem – bez właściwej hierarchii spraw.